Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Jezus opatrzył moje rany, uleczy i Twoje!

     Jestem osobą wolną, nie samotną. W tym roku ukończę 39 lat. Wychowałam się w rodzinie z problemem alkoholowym (tak to można delikatnie ująć). Pod tym określeniem ukrywam wiele problemów, takich jak: nieakceptacja siebie, kompleksy, lęki, nieumiejętność podejmowania życiowych decyzji itp.

     Klimat w moim domu był trudny do zniesienia - rodzice nie potrafili żyć w zgodzie. Ojciec uciekał w alkohol, matka żyła w żalach i pretensjach do niego. Sami byli poranieni i swoją niską samoocenę przekazali podświadomie nam - mnie i siostrze. Chociaż oboje bardzo starali się nas kochać - przede wszystkim zapewniając nam odpowiednie warunki materialne - to jednak kochali nas miłością "osobną", w której nie było jedności małżeńskiej.

     Ta domowa rana rosła wraz ze mną. Odkąd sięga moja pamięć, brakowało mi poczucia bezpieczeństwa, spokoju wewnętrznego i pewności siebie.

     W czasach liceum chętnie uczestniczyłam w spotkaniach modlitewnych Odnowy w Duchu Świętym. Wspólne modlitwy były dla mnie czasem wytchnienia od domowej atmosfery, były czasem doświadczania Bożej bliskości i przyjaźni innych ludzi. Z perspektywy wielu lat, które upłynęły od tamtej pory, widzę, jak wielkim darem i oparciem były dla mnie te młodzieżowe grupy pełne ideałów, pasji życia i kochania Boga. Myślę, że to dzięki nim w tym decydującym okresie życia nie weszłam w zło typu narkotyki, alkohol czy niszczące przyjaźnie.

     Po maturze zgodnie z zamiłowaniem rozpoczęłam studia teologiczne. Niosłam na plecach swój ciężar - poczucie gorszości, brak poczucia własnej wartości, nieustanny lęk, ciężar "bycia obok" nawet wśród przyjaciół, cierpienia intruza, błazna, emocjonalnej kaleki, odtrącęnię i brak szacunku. Dziś wiem, że gdy człowiek nie szanuje samego siebie, nikt inny też go nie szanuje.

     Po ukończeniu studiów poznałam Marka. Spędzaliśmy ze sobą niedziele, spacerowaliśmy, słuchaliśmy muzyki i - nic więcej... To znaczy żadnych planów na wspólną przyszłość z jego strony. Byliśmy oboje niedojrzali do małżeństwa. On był uzależniony od matki, która nim sterowała, a ja od niego. Cierpiałam i nie umiałam odejść. Pragnęłam życia na głębszym poziomie, otwartego na Boga, duchowego rozwoju. On był religijnie obojętny.

     Tak minęły trzy lata. Miotały mną sprzeczne uczucia. W końcu, tuż przed Świętem Miłosierdzia Bożego, przejrzałam na oczy, nabrałam wewnętrznej siły i stanowczo zerwałam ten niszczący mnie, prowadzący donikąd związek.

     Po zerwaniu tej relacji przeżywałam bardzo trudny okres swojego życia, tym bardziej że nie miałam wsparcia ze strony swoich znajomych. Wiele koleżanek obwiniało mnie za to zerwanie, wiele też pozakładało rodziny, więc nasze więzi się naturalnie rozluźniły i pourywały.

     Jedynym wsparciem była wtedy dla mnie wiara w Boga, ale w tamtym czasie Bóg, jak zza grubych chmur, często wydawał mi się bardziej daleki niż bliski. Upadałam w smutek wynikający z izolacji i samotności. Często, płacząc, pytałam Boga, dlaczego jestem gorsza, dlaczego mnie opuścił. Pragnęłam rozmowy, życzliwości, wsparcia w trudnościach życiowych. Nie znajdowałam tego jednak ani w domu, ani w pracy. Nosiłam w sercu jakiś ciężar - cierń, który nie pozwalał mi oddychać i radować się życiem.

     Wyjechałam na wakacje i tam spotkałam Wacka. Był o 13 lat starszy ode mnie, imponował mi pewnością siebie, obyciem wśród ludzi, poczuciem humoru. Z głodu miłości przylgnęłam do niego całym swym sercem i prędko zamieszkaliśmy razem. Gdzie był wówczas mój szacunek do samej siebie, do swojej kobiecości?...

     To były moje pierwsze doświadczenia z mężczyzną. Po tym wszystkim poszłam natychmiast do spowiedzi. Błagałam Boga o przebaczenie, ale nie mogłam podjąć decyzji o wyjeździe. Chciałam, ale nie umiałam. Ten człowiek jakby mną sterował, a ja byłam mu ślepo i ulegle posłuszna, niezdolna do podjęcia samodzielnego działania. Oczywiście, po jakimś czasie się rozstaliśmy- ale tylko dlatego, że on twierdził, że "mnie nigdy nie kochał". Czułam się brudna, wykorzystana, pusta w środku... Towarzyszyło mi poczucie winy i obrzydzenie do samej siebie. W ciągu kilku tygodni dokonało się totalne spustoszenie w mojej i tak już cierpiącej duszy. Wiedziałam, że straciłam coś cennego, co miało być darem tylko dla mojego przyszłego męża. To ból trudny do opisania.

     Nie byłam godna stać w szeregu swoich poukładanych znajomych z kręgu Domowego Kościoła. Zrozumiałam wówczas, że osiągnęłam swoje dno i że tak dalej być nie może. że muszę coś zrobić ze sobą, dla siebie, że chcę Bogu wynagrodzić ten upadek.

     Zaczęłam jeździć na rekolekcje ignacjańskie. Słuchałam, robiłam notatki i próbowałam się modlić, ale do mojego serca docierało niewiele treści. Bardzo powoli wychodziłam ze skutków zła, ze stanów depresyjnych, fal smutku i gniewu. Uczyłam się modlitwy medytacyjnej, wymagającej skupienia, koncentracji i wysiłku. Powoli kształtowała się we mnie prawdziwa wiara, niezależna od emocji i nastrojów. (...) Intensywne życie modlitewne pozwoliło mi otworzyć serce i Pan Bóg stał się centralną Osobą mojego życia. Głęboko doświadczyłam Bożej miłości i szacunku, jaki ma Bóg Ojciec dla każdego swojego dziecka. Po każdej medytacji byłam bardziej utwierdzona w tej miłości, a łaska Boża wprowadzała ład i harmonię w mojej duszy. W osobistej relacji z Bogiem Stwórcą znikają kompleksy, lęki, pękają myślowe schematy. Naturalnie, to wszystko nie stało się od razu. Światło Boże ukazywało mi, co ma się zmienić na przestrzeni kilku lat.

     W czasie rekolekcji poznałam reguły rozeznawania duchowego, zaczęłam codziennie praktykować ignacjański rachunek sumienia. Nauczyłam się, że życie prawdziwymi wartościami - miłością, przyjaźnią, pięknem i dobrem - nie jest możliwe bez maksymalnego wysiłku ze strony człowieka i bez udziału Bożej łaski. Ta możliwość współpracy, współtworzenia swojej własnej historii razem z Bogiem napełniła mnie chęcią do życia i nadzieją na przyszłość. Zaczęłam zauważać Boga w codzienności. Od czasu kiedy moja przyjaźń z Jezusem stała się bardziej osobista, bliższa, realna i świadoma, nie wplątałam się w żadną niewłaściwą relację. Trzeźwo i realnie oceniam nowe znajomości. Nie poszukuję za wszelką cenę ludzkiej akceptacji. Mam tę najważniejszą, jedyną, życiodajną i szczęściodajną więź z Ojcem i Przyjacielem.

     Od kilku lat mam stałego kierownika duchowego, który jest wielkim darem dla mnie. Mam także kilku sprawdzonych bliskich przyjaciół, których cenię jak skarby. Wiem jednak, że nikt nigdy nie będzie dla mnie takim przyjacielem, jakim jest Bóg.

     Chciałabym powiedzieć wszystkim osobom z rodzin dysfunkcyjnych, wszystkim poranionym, pogubionym i odrzuconym: Pan Bóg pragnie leczyć Wasze rany każdego dnia. Pozwólcie Mu na to! Otwórzcie szeroko drzwi serca na duchowe dary! Każdy człowiek, który jest głęboko poraniony, jeśli nie pozwoli Jezusowi uleczyć swojej duszy, będzie nieświadomie ranić siebie i innych. Szatan szuka najsłabszych miejsc, aby móc je zaatakować. Tylko dzięki Bożej mocy możemy go zwyciężyć. Mimo bolesnej przeszłości możecie kochać i być szczęśliwi!

     Piszę także do tych, którzy łatwo i jednoznacznie oceniają i potępiają ludzi. Życie każdego człowieka jest niepowtarzalne... Samotne kobiety potrzebują wsparcia. Jeśli nie otrzymają go w domu i w pracy, to gdzie?

     Budujmy sieci przyjaźni, życzliwości, wzajemnego poszanowania, współdziałania. Silniejsi niech chronią słabszych. Ci, którzy wychodzą z kryzysu, niech rozumieją tych, którzy przechodzą przez ciemną dolinę. Zmieniajmy świat na lepszy przede wszystkim modlitwą i dobrym słowem.

     Kiedy trwam w bliskiej relacji z Bogiem, zachowuję pokój w swoim sercu.


Janina


Publikacja za zgodą redakcji
Miłujcie się!, nr 3-2008



   

Wasze komentarze:
 Piotr: 11.05.2012, 05:02
 Panie Jezu Prosze Pomoz mi bym trwal przy Tobie ulecz moje zranione serce Boze wszechmocny Jestem taki samotny tyle we mnie jest strachu jestem takim grzesznikiem upadam na kolana bo tylko Ty mozesz zmienic moje zycie.Pragne Zyc Twoja Miloscia Panie -Dziekuje ze Jestes.Dziekuje za Swiadectwo.
 przegrałem życie: 20.09.2011, 18:26
 Chciałbym, żeby Bóg dał mi dobrą pracę, zdrowie, dobrą i zdrową żonę, mały własny kawałek ziemi i mały, brzydki ale własny dom pełen miłości. Widzę jednak, że to bardzo wielkie marzenia. Im dłużej żyje, tym bardziej widzę jak nierealne. Bóg wysłuchuje chętnie modlitw ludzi, którzy stracili dziewictwo przed ślubem, brali narkotyki, uzależnili się od alkoholu, papierosów, trawy, ale z takimi szarakami jak ja nie che mieć wiele wspólnego. Wystarczy, że mam dach nad głową u rodziców i wyjadam ich jedzenie siedząc bez pracy. Tak bardzo tego nie rozumiem.
 Ania: 02.09.2011, 12:39
 Panie Jezu ulecz moje złamane serce, moje rany, moją duszę, spraw by cierpienie znikło , proszę Cię o radość, proszę Cię o dobrego zaradnego zyciowo męża, który mnie pokocha, męża anioła, Ty wiesz z kim bardzo bym chciała być.Proszę Cię jęsli taka Jest Twoja WOla,to błagam Cie Jezu przez Twe święte Rany, z wstawiennictwem dusz czysccowych spleć nasze drogi, i rozpal miłość i uczucie ku sobie na nowo.
 Łucja: 31.03.2011, 22:47
 Kochani. Też bylam osoba samotna, bardzo zraniona, pogubiona. Zaufajcie Panu! Ile w Was leku, otwórzcię się na dobro które Bóg rozdaje wokoło:) Modlcię się i ufajcie Panu. W pokorze.. Bóg postawi na Waszej drodze osobę której zaufacię, nauczycie się miłości, razem będziecie wzrastać w Bogu. Pozdrawiam. Już tak bardzo nie samotna i tak bardzo szczęśliwa i kochana przez mężczyzne i Boga.
 Gabi: 13.12.2009, 14:24
 Anno, doskonale rozumiem! I zgadzam się z Tobą w pełni! Ja też uważam, że czasem trzeba wręcz krzyczeć do Boga! "Proście, a otrzymacie" Tu trzeba ogromnej wiary, ale przecież dla Boga nie ma nic niemożliwego. Módlmy się odważnie, wykrzyczmy nasze prośby Panu! On zareaguje na pewno! Jezu ufam Tobie.
 Anna: 28.10.2009, 00:05
 Powyższe świadectwo, choć bardzo pozytywne i pełne nadziei, jest jednak historią życia konkretnej osoby - jego Autorki. Jej życie tak akurat się potoczyło - ale każdy z nas ma swoje własne życie - i nie ma na nie gotowego scenariusza do skserowania. Ja również - podobnie jak Autorka - odprawiłam już rekolekcje ignacjańskie i chociaż wywarły one ogromny wpływ na moje życie duchowe i mam podobne doświadczenia jak ona (świadomość, że życie prawdziwymi wartościami nie jest możliwe bez maksymalnego wysiłku ze strony człowieka i bez udziału Bożej łaski, zauważanie Boga w codzienności, nie wplątywanie się w niewłaściwe relację, realne ocenianie nowych znajomości, powstrzymanie się od poszukiwania za wszelką cenę ludzkiej akceptacji), to nie ma we mnie pokoju i poczucia spełnienia. Wręcz przeciwnie - to właśnie przed rekolekcjami i okresem intensywnej formacji akceptowałam samotność i uważałam, że to jest tak dobra droga jak każda inna - a teraz wszystko wywróciło się do góry nogami. Właśnie w ostatnim czasie zdałam sobie z przerażającą wyrazistością sprawę, że nikt - a już na pewno nie Pan Bóg - mi nigdy nie kazał żyć w samotności, że jest to najprawdopodobniej skutek moich lęków, fałszywych przekonań, kompleksów, uników, zaniedbań... Nigdy dotychczas nie czułam tak naglącej potrzeby ZMIANY tego wszystkiego, zmiany mojego życia, WALKI o swoje szczęście... Uświadomiłam sobie także, że do tej pory modliłam się bardzo mętnie i niejednoznacznie. Oczywiście, Bóg wie, czego potrzebujemy, ale czy nie jest tak, że trzeba KONKRETNIE sprecyzować czego właściwie chcemy? Przecież Ewangelia podaje, że Jezus nieraz pytał: "Co chcesz abym ci uczynił?", a ludzie, których uzdrawiał DOKŁADNIE wiedzieli, czego chcą, jak żebrak Bartymeusz: "Panie, abym przejrzał!". Oni mieli konkretne pragnienia - i Jezus żadnego z nich nie odprawił z niczym! Zgadzam się tutaj z tym, co napisała Mo: nieraz łatwo zadowalamy się jakimiś sybstytutami (np. przyjaźń zamiast miłości) i wydaje nam się, że to szczyt naszych pragnień. A serce nadal boli. Zgadzam się również, że inni (w tym kierownicy duchowi i "bardzo mądre" osoby ze wspólnot (najczęściej będące w związkach małżeńskich) uciszają nas i "usypiają" przekonując, że taka właśnie jest wola Pana Boga. I jeszcze raz powołam się na Ewangelię i przykład niewidomego Bartymeusza: "słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu zaczął wołać" a "wielu nastawało na niego, żeby umilkł". Czasami sami siebie uciszamy, bo wstyd nam nagabywać Boga, bo "nie wypada", bo może nam się to nie należy? Ja przez wiele lat uważałam, że małżeństwo mi się po prostu "nie należy". Innym - tak, mi - nie. A teraz mam ochotę tupać i krzyczeć i tak jak Mo - wybijać szyby w oknach Pana Boga. Uciszany niewidomy "jeszcze głośniej wołał". I dostał to, czego chciał. Przecież Jezus sam zachęca nas nie tylko do wytrwałości w modlitwie, ale wręcz do natręctwa, jak w przypowieści o wdowie, która naprzykrzała się sędziemu, czy o człowieku, który dobijał się do drzwi przyjaciela domagając się chleba. To NAM jest wstyd tak postępować - Jezus takie zachowanie nie tylko popiera, ale wręcz zaleca. Może dlatego, że wie przecież, że brak nam zdecydowania, że sami nie wiemy, czego chcemy? Poza tym - kiedy dziecko tylko sobie cicho kwęka, matka spojrzy, ale nie podejdzie, nie weźmie na ręce. Ale kiedy zaczyna się wrzask - zbiega się cała rodzina! Dlatego mam zamiar teraz drzeć się wniebogłosy - niech się zbiegną wszyscy święci!
 on: 21.09.2009, 02:12
 Niby Ci się wszystko pięknie ułóżyło ale zostałaś sama.
 Kinga: 29.05.2009, 20:11
 Czyli trzeba sie dużo modlić .. A mam pytanie .. otworzyć serce Panu Jezusowi tzn pozwolić mu robić wszystko co chce w naszym życiu? bo tego właśnie pragnę, żeby robił co tylko chce, bo wiem, że On wie najlepiej .. ? prosze o odpowiedz na: kinieczka1@o2.pl
 Michał: 19.11.2008, 12:40
 Można rzec że wszystko się dobrze układa, ale poczucie niskiej wartości siebie ciąglę we mnie tkwi. To świadectwo daje nadzieję i szansę na to że każdy złamany na duchu może zostac uleczony. Jezus mówi : "Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście a Ja was pokrzepię" Panie Jezu bardzo Cię kocham!!! :*


 Magdalena: 02.11.2008, 11:23
 Dziękuję Pani za te słowa. Tak wiele do mnie dotarło po przeczytaniu Pani swiadectwa, relacji. Uratowała mnie Pani.
 Aga: 04.10.2008, 23:25
 Wiem co to jest samotność, nawet będąc wśród bliskich. Chyba to co przeczytalam bylo mi bardzo potrzebne..
 Ona: 29.08.2008, 11:23
 To swiadectwo jest cudowne, duzo mi dalo, szczególnie teraz kiedy jest mi bardzo żle jestem samotna nie mam nikogo. Czasami nawet mam mysli ze moje zycie nie ma sensu, ale potem doswiadczam Bozej miłosci i wiem ze On jest ze mna. Ciagle szukam miłosci, szczescia ale przeciez Bog mi to da w odpowiednim momencie. Wierze w to dzieki temu nadal zyje....
 Agnieszka: 12.08.2008, 22:57
 do mo: dziękuje.
 Ja: 12.08.2008, 21:57
 Dziękuję Bogu za to świadectwo. Fragmenty tego tekstu pozwoliły mi uwierzyć w to, że kiedyś Pan uleczy i moje duchowe rany.
 mo: 11.08.2008, 15:35
 Do Agnieszki: Myślę Agnieszko, że Bóg istnieje (podkreślam, że jest to moje osobiste całkowicie subiektywne zdanie). Mam w moim życiu i w życiu moich bliskich aż nadto „dowodów” na to. Jednak czym innym jest wierzyć, że Bóg istnieje, a czym innym jest wierzyć w Boga. Nawet wydaje mi się, ze czym innym jest wierzyć w Boga, a czym innym jest Mu zawierzyć. Uważam, że Bóg jest znacznie bardziej „nieznany” i nie poznany przez człowieka niż się nam wydaje. Uważam, że nie jest możliwe dojście powodów takich lub innych „bożych decyzji” w naszym życiu (jeszcze nikt nie wyjaśnił jak mi się zdaje sensu cierpienia, poza oczywistym twierdzeniem, ze jest ono wynikiem obecności zła na świecie). Mnie osobiście najbardziej irytują opinie formułowane przez niejednokrotnie szacowne osoby. Opinie w stylu „Bóg zawsze wysłuchuje modlitw, a nawet gdy ich nie wysłuchuje czyni to dla naszego dobra”. Nie znalazłam w Piśmie Świętym (być może źle szukałam) nic co uzasadniałoby takie twierdzenia. Pan Jezus jedynie raz powiedział, że Bóg nie wysłuchuje modlitwy, „bo źle się modlicie”. Jednak nie objaśnia bliżej co znaczy „źle się modlić”. Jakiekolwiek zatem interpretacje tych słów, są jedynie ludzkim wymysłem. I uważam, że nie można na nich polegać. Pan Jezus mówił także, że cokolwiek chcecie aby się wam stało, proście o to Ojca z wiarą, a tak (!) wam się stanie (zatem stanie się tak jak chcemy, a nie inaczej i stanie się na pewno). W świetle tych słów upadają moim zdaniem twierdzenia, że czasem Bóg nie wysłuchuje naszych modlitw, dla naszego dobra. Podejrzewam, że cały problem tkwi w sile naszej wiary. Wiary w Pana Boga w ogóle i wiary w to że da nam to o co go prosimy. Duga rzecz to ta aby się „nie modlić źle” – cokolwiek to znaczy. Bo chyba nie oznacza to tylko tego aby się nie modlić o zło. Osobiście z pokorą przyznaję, ze moja wiara jest dużo mniejsza niż ziarnko gorczycy, a modlitwa bardzo niedoskonała. Ale czy to stoi na przeszkodzie Panu Bogu aby mnie wysłuchał? Nie wiem. Przecież wysłuchanie modlitwy wpłynęłoby na wzmocnienie wiary (tak mi się wydaje). Bardzo żałuje, że nie mogę Go o to spytać osobiście. Pozdrawiam.
 lolita: 09.08.2008, 21:36
 Samotnosc to nasz wybor, przewaznie nieswiadomy. Mysle ze powyzszy artykul doskonale to wyjasnil... osoby samotne to ludzie nie porafiacy lub bojacy sie okazywac uczucia, to emocjonalni kalecy, to ludzie poranieni przez zycie. Nie winmy za to Boga i nie winmy siebie zaakceptujmy ten stan a jesli nie mozemy tego zrobic to wyjdzmy przeciwnosciom na przeciw gwalcac swoje leki, zahamowania, niesmialosc, itp. Autorka artykulu nie potrafila sie zdobyc na powiedzenie paru slow Markowi: kocham cie.
 Agnieszka: 06.08.2008, 23:27
 do mo: popieram w 100%!! Tylko pytanie dlaczego Bóg tak robi? A może po prostu go nie ma i wszystko jest przypadkiem? To by było chyba dużo gorsze niż nasze "nieudolne" tłumaczenia "boskich wyroków"
 Agnieszka: 06.08.2008, 23:24
 do Janka: Ja mam wokol siebie wiele życzliwych ludzi. Zawsze miałam, choć nie zawsze zauważałam. Ja tylko nie chce być sama, chce iść do kolejnego etapu. Nauczyłam sięprzyjaźni- to chcę się teraz uczyć miłości, (zwykłej - nie mówimy ojakijś abstrakcji typu miłość do wszystkich ludz, itp.) - tylko jak się tego uczyć jak nie ma z kim? nie chodzi o samotność, bo zajać sobie czymś, a także kimś życie- umiem aż nadto- tylko co z tego kiedy cały czas czuje jakiś brak? Już mam dość oszukiwania samej siebie- że nic nie brak i wszystko da się zrobić tak żeby było w porządku. Oststnio, mimo że nic złego sie nie dzieje, nic też nie jest w porządku.
 Agnieszka: 06.08.2008, 23:20
 do Tomek: Dokładnie! Dlatego tak się teraz wkurzam. Kiedy mam wrażenieze absolutnie nic ode mnie nie zalerzy - bo jak się starałam i nie wyszło? Może ja się starałam za mało? a może sięjakoś pomyliłam? To dlaczego Bóg pozwolił mi siępomylić? A kiedy jeszcze słyszę od kolejnej zakochanej osoby "to się dzieje jakby po za mną". To mnie szlak trafia- bo dlaczego jej siędzieje a mi (i wielu innym) nie? Gdybym wiedziała- że coś konkretnego robie źle- to mogłabym to poprawić... a tak mam poczucie całkowitej beradności. To może powinnam zaufać Bogu? ... Tylko jak mu ufać, kiedy nie wiem dokąd idę, a dookoła widze takie sytuacje (u innych ludzi w życiu - wierzących) że można tylko siąść i płakać? Skoro innych tak dośwaidcza, to mnie tak "delikatnie" samotnością też może doświadczyć.
 mo: 04.08.2008, 15:25
 To przepiękne świadectwo po raz kolejny prowadzi mnie ku przekonaniu, że samotność jest złem, a nie jakimś szczególnym rodzajem powołania obok kapłaństwa i małżeństwa. Faktem jest, że serce czekające na miłość najłatwiej jest zranić. Nie można też powiedzieć, że Pan Bóg jest dla nas szczególnie łaskawy i zamiast tej jednej jedynej miłości, której pragniemy daje nam np. przyjaciół i innych tego typu ludzi, bo tak widzi naszą drogę ku zbawieniu. Uważam, że podsuwanie nam przyjaciół zamiast tej jedynej miłości, jest nieudolnym substytutem, a nie aktem miłości ze strony Pana Boga i spełnieniem pragnień. Ale przecież musimy sobie to jakoś tłumaczyć w duchu miłości do Boga, bo inaczej zwariowalibyśmy. Jak to mawiała pewna popularna postać powieściowa „nie próbujmy wyroków boskich dochodzić, by nie pobluźnić”. Postawa rezygnacji i pogodzenia się z losem, albo cierpiętnictwa jest mi zupełnie obca. Właściwie myślę sobie, że o to diabłu chodzi, żeby nas zniechęcić do walki o realizację naszych pragnień. Czyni to poprzez właśnie rezygnację, brudzenie nas grzechami i poczuciem winy po ich popełnieniu, budzenie w nas niskiej samooceny i pesymizmu, albo zadawolenia z osiągnięcia różniego rodzaju substytutów, "wypełniaczy samotności". Szczerze mówiąc mam za złe Panu Bogu, że na to pozwala. Że zsyła na nas samotność i do tego nie ma nic przeciwko aby zły tak sobie pozwalał. Nie najlepiej rzucam kamieniami (lub czymkolwiek w ogóle), ale gdyby okna niebieskiego domu Pana były niżej, to chyba nie miałby w nich żadnej szyby całej. Kto się lubi ten się czubi. Pozdrawiam.
[1] (2) [3]


Autor

Treść

Nowości

Modlitwa do św. Josemarii EscrivyModlitwa do św. Josemarii Escrivy

Modlitwa do św. braci męczenników Jana i PawłaModlitwa do św. braci męczenników Jana i Pawła

Przyczyny wchodzenia młodych w świat przestępczościPrzyczyny wchodzenia młodych w świat przestępczości

Uczenie dzieci odróżniania dobra od zła to zadanie na lataUczenie dzieci odróżniania dobra od zła to zadanie na lata

Dlaczego młodzi wchodzą w konflikt z prawem? Co ich pociąga?Dlaczego młodzi wchodzą w konflikt z prawem? Co ich pociąga?

Najbardziej popularne

Godzina ŁaskiGodzina Łaski

Modlitwy do św. RityModlitwy do św. Rity

Litania do św. JózefaLitania do św. Józefa

Jezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się JezusowiJezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się Jezusowi

Modlitwa o CudModlitwa o Cud

Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]

Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty |

Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt

© 2001-2022 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej