Powołani do egoizmu?Są niezależni, wykształceni i... samotni. Nie potrafią czy nie chcą znaleźć sobie życiowego partnera?"Muszę być wierna jedynej osobie, którą kocham, czyli sobie" - mówi Samantha, bohaterka jednego z najpopularniejszych seriali ostatniej dekady "Seks w wielkim mieście". Samantha przekroczyła już czterdziestkę, ale ma figurę trzydziestolatki i tak też się ubiera. Ma fascynującą pracę, wieczory spędza w klubach i restauracjach, niemal każdy z innym partnerem. Widz nie wie nic o rodzinie Samanthy. Czy jej rodzice żyją, czy ma rodzeństwo? Trudno powiedzieć. Wiadomo natomiast, że rolę rodziny pełnią w jej życiu przyjaciółki. Im opowiada o sukcesach i porażkach w pracy, o wrażeniach z trzeciej w tym tygodniu randki i o ostatniej wizycie w spa. Samantha dba o siebie, tryska humorem, jest atrakcyjna. Czy wypowiedziane przez nią zdanie mogłoby stać się manifestem pokolenia singli? SINGLU, KIM JESTEŚ? Pojęcie staropanieństwa czy starokawalerstwa odeszło do lamusa. Nastała epoka singli. Według raportu Centrum Badania Opinii Społecznej "Kontrowersje wokół różnych zjawisk dotyczących życia małżeńskiego i rodzinnego", współcześni pojedynczy to osoby stanu wolnego (nie wliczając rozwodników i wdowców) w wieku od 25 do 50 lat. Szacuje się, że jest ich w Polsce około 5 min i liczba ta stale rośnie. Biorąc pod uwagę tendencję wzrostową, do roku 2030 będzie ich o 2 min więcej. Jak się okazuje, co czwarty z nich wyraża przekonanie, że życie w pojedynkę jest ciekawsze, niż osoby pozostającej w stałym związku, a co dwunasty uważa je za najlepszą dla siebie formę egzystencji. Są to głównie osoby młode, aktywne zawodowo, uzyskujące wysokie dochody. Swój status cywilny traktują jako przejściowy albo świadomie decydują się na życie w pojedynkę, opowiadając się za stylem "bez zobowiązań i kompromisów". - "Singlujący" to grupa osób, które po wkroczeniu w dorosłe życie z dwóch dróg realizacji siebie: rodzinnej i zawodowej postawili zdecydowanie na tą drugą - mówi ks. dr Romuald Jaworski, psycholog i psychoterapeuta, prezes Stowarzyszenia Psychologów Chrześcijańskich. - Niejednokrotnie są to jedynacy o wysokim poziomie narcyzmu i egotyzmu, od dzieciństwa przyzwyczajeni do życia w pojedynkę. Każde spotkanie z drugim człowiekiem w intymnej relacji wiąże się dla nich z poczuciem ograniczenia wolności. A wolność dla tej grupy osób nie jest wartością instrumentalną, ale nadrzędną. Single realizują się na linii życia zawodowego i ludycznego, a więc w schemacie produkcja-konsumpcja. Potrzeby więzi z innymi realizują otwierając się na relacje z ludźmi żyjącymi podobnie. Oczywiście zachowując wysoki poziom neutralności, wolności i braku zobowiązań. Single to produkt wielkich miast. Tempo życia sprzyja tam modelowi życia w amoku pracy-relaksu-konsumpcji. Człowiek żyje z dnia na dzień wkręcony w tryby wielkiej industrialnej machiny, bez chwili na refleksję, za czym tak naprawdę goni. Nie bez powodu notorycznymi singlami pozostają managerowie, prawnicy, dziennikarze i pracownicy korporacji, a więc ci, których praca wymaga dyspozycyjności 24 godziny na dobę. Każdy związek, czy to przyjacielski, czy damsko-męski, wymaga zaangażowania. Aby się rozwijać, potrzebuje poświęcenia mu czasu i energii. Jeśli na pracę zawodową człowiek przeznacza 12 godzin dziennie, a na dojazd do niej i powrót kolejne dwie, pozostaną mu cztery godziny, kiedy będzie tak wykończony, że nie będzie miał siły na nic poza odreagowaniem stresu. - Życie wielkomiejskiego singla wcale nie jest tak przyjemne, jak pokazują to mass media - twierdzi o. Mirosław Pilśniak, dominikanin. - Często wiąże się z morderczą pracą. Człowiek jest wykorzystywany jako mięso armatnie przez pracodawców. Jest przydatny firmie tak długo, jak długo pozostaje w 100 proc. do jej dyspozycji. To złudzenie wolności. Jednym z objawów jest tak zwana "turystyka weekendowa". Zmęczeni do granic wytrzymałości po tygodniu pracy ludzie robią dwudniowe wypady za granicę, gdzie spędzają czas na pijaństwie, przemocy i przypadkowych kontaktach seksualnych. Następnie wracają do pracy, by przez następny tydzień harówki zarabiać na weekendowe szaleństwa. Ciemną stroną "singlowania" jest widmo samotnej starości. Podejmując taki wybór, człowiek musi liczyć się z tym, że kiedyś przestanie być produktywny, a jego dochody znacząco zmaleją. Formuła życia producenta-konsumenta wyczerpie się, robiąc miejsce poczuciu izolacji i pustki. DLACZEGO SAMI? Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że na początku lat 90. ponad połowa mężczyzn wstępujących w związek małżeński nie osiągnęła 25 lat, ale w roku 2006 - już tylko jedna czwarta (27 proc). Wśród kobiet liczba ta zmalała o jedną trzecią (z 73 do 48 proc). Okres najczęstszego zawierania małżeństw przesunął się więc z przedziału wiekowego 20-24 lata na przedział 25-30 lat. Co jest tego przyczyną? - System jest tak zbudowany, że aby znaleźć przyzwoitą pracę, koniecznie trzeba skończyć studia i od razu po ich ukończeniu podjąć staż. Po drodze wskazany jest drugi fakultet bądź doktorat, liczne szkolenia i kursy językowe - mówi dr Dagmara Jaszewska, socjolog z UKSW. - Po wszystkim okazuje się, że czasu na znalezienie męża czy żony pozostaje niewiele. Specjaliści jako jedną z przyczyn pozostawania w stanie wolnym wskazują na fenomen przegapienia najlepszego czasu na znalezienie drugiej połówki. Jako najbardziej sprzyjający i owocny nadal uznawany jest czas studiów. Jednak współcześni studenci do zakładania rodziny się nie palą. Małżeństwa żaków należą dziś do rzadkości. - Jednym z powodów jest panujące przekonanie, że aby założyć rodzinę, trzeba spełnić szereg wyśrubowanych warunków - twierdzi o. Pilśniak. - Należy mieć mieszkanie, a więc zaciągnąć kredyt na 30 lat, zarabiać minimum trzy tysiące złotych miesięcznie i mieć samochód. Tyle że człowiek, który osiągnie to wszystko, obudzi się koło czterdziestki i nie będzie już wystarczająco elastyczny, żeby zbudować związek. Ponadto okaże się, że wszyscy sensowni kandydaci są już zajęci. Regułę, że im później, tym trudniej, potwierdza doświadczenie samych zainteresowanych. - Kiedy jest się starszym, pojawia się więcej problemów - mówi Agata, 28-letnia przedszkolanka z Warszawy. - Wcześniej do związku podchodziłam bardziej na luzie. Teraz do głosu zaczyna dochodzić presja wieku, która wszystko komplikuje. Rosną wymagania. Na każdego chłopaka patrzę jak na potencjalnego męża i to odbiera mi spontaniczność. Jednak według CBOS-u to nie trudności materialne czy problemy mieszkaniowe są dziś przyczyną odkładania decyzji o małżeństwie. Podstawowy powód przedłużającego się panieństwa czy kawalerstwa stanowią czynniki psychologiczne oraz prowadzony tryb życia. W przypadku kobiet połowa badanych jako przyczynę podała obawę przed nieudanym małżeństwem. 40 proc. respondentów odpowiedziało, że małżeństwo mogłoby stanowić przeszkodę w karierze zawodowej. Jedna trzecia (36 proc.) wskazała na brak odpowiedniego kandydata na męża, a także na dążenie współczesnej kobiety do życia bez zobowiązań. Niemal tyle samo badanych (35 proc.) wyraziło obawę przed pogorszeniem sytuacji materialnej po założeniu rodziny. Najmniej istotne okazały się w przypadku pań obawy przed obowiązkami rodzicielskimi (16 proc.) i brak chęci posiadania dzieci (10 proc). Przyczyny przedłużającego się stanu kawalerskiego są według Polaków zgoła inne. Najczęstszą z nich, deklarowaną przez ponad połowę respondentów, jest wybór tzw. wolności, czyli życia bez zobowiązań. 38 proc. podaje jako powód brak gotowości do podjęcia obowiązków rodzicielskich. Znacznie rzadziej mężczyźni odkładają decyzję o wejściu w związek małżeński z powodu braku odpowiedniej kandydatki oraz przekonania, że zaszkodzi to ich karierze zawodowej. KULA U NOGI Bartłomiej, 26-letni specjalista od spraw IT, przeprowadził się do Warszawy z Torunia. Ma za sobą kilka nieudanych związków, obecnie jest sam. Mieszka z kumplem, który rzadko wychodzi z biura przed godziną 21. Na brak rozrywek i nadmiar wolnego czasu nie narzeka. Tylko oglądając galerie znajomych na portalach społecznościowych, gdzie królują zdjęcia ze ślubów i chrzcin, zastanawia się, czy on robi coś nie tak, czy inni za mocno się spieszą. - To jest po prostu fajne - mówi o życiu singla. - Można robić to, na co ma się naprawdę ochotę. Związek narzuca pewne ograniczenia, trzeba się liczyć ze zdaniem drugiej strony. Będąc wolnym, jeśli masz na coś ochotę, łapiesz za telefon, obdzwaniasz znajomych i wśród nich zawsze znajdzie się osoba, która jest w dokładnie takim samym nastroju, co ty i ma ochotę dokładnie na to, co ty. Mam kilka koleżanek, singielek po trzydziestce. Na co dzień dobrze się z tym czują. Chociaż każdemu zdarzają się gorsze dni, chwile zwątpienia. Wtedy dobrze mieć kogoś, z kim można pogadać. Choć według danych CBOS-u tylko 16 proc. ankietowanych uważa, że życie singla jest ciekawsze niż życie we dwoje, z roku na rok maleje motywacja młodego pokolenia do wchodzenia w związki. Dlaczego? - Dawniej małżeństwo było jedynym sposobem na zaspokojenie pewnych potrzeb, choćby potrzeby seksualnej - mówi dr Dagmara Jaszewska. - Dziś, za sprawą antykoncepcji, nastąpiło radykalne oddzielenie sfery seksualnej od płodności. W połączeniu z liberalizacją norm społecznych, nie trzeba już wchodzić w związek, żeby być aktywnym seksualnie. Nawet potrzeba macierzyństwa bywa zaspokajana poza związkiem. Istnieją banki nasienia, m vitro. Dwieście lat temu człowiek poza rodziną nie miał szans na przetrwanie. Rodzina zapewniała bezpieczeństwo materialne. Dziś każdy jest w stanie sam na siebie zarobić, może zjeść w restauracji, oddać ubrania do pralni. Słowem, współczesnej rodzinie odebrano wiele pełnionych przez nią dawniej funkcji. Pozostała jedynie funkcja miłości. Kryzys rodziny pokazuje, że to za mało. - Istnieje ogromna akceptacja społeczna dla wczesnej inicjacji seksualnej i przysłowiowego "seksu na pierwszej randce" - twierdzi o. Pilśniak. - Młodzi zaczynają odnosić wrażenie, że trwały związek nie wniesie w ich życie nic poza odpowiedzialnością, ciężarami i końcem wolności. BRIDGET JONES TO JA! Zaczęło się od jednego felietonu. Sara Cagen opisała w nim zjawisko rosnącej liczby osób żyjących samotnie, ale szczęśliwych. Tekst spotkał się z niesamowitym odzewem. Okazało się, że trafiła dziesiątkę. Wkrótce potem napisała książkę "Quirkyalone. Manifest bezkompromisowych romantyków", która stała się przebojem. Od tamtej pory rekordy oglądalności biją filmy i seriale opowiadające o życiu singli w wielkim mieście, jak "Przyjaciele", "Dziennik Bridget Jones", "Ally McBeal" czy wreszcie polska "Magda M". Pojedynczy uzyskali nową, pozytywną tożsamość. Bohaterowie są młodzi, piękni i dowcipni. Prowadzą życie, którego niejeden zmęczony codziennymi obowiązkami małżonek mógłby pozazdrościć. Co prawda wciąż szukają miłości, ale to, że jej nie znajdują, nie wydaje się ich unieszczęśliwiać. Dzisiejsza singielka to spełnienie marzeń feministek. Nieobciążona zobowiązaniami wobec męża i dzieci, niezależna finansowo, na równi z mężczyznami lekko traktująca sferę seksualną. Prądem myślowym, który na równi z feminizmem przyczynił się do powstania "subkultury singli", jest indywidualizm. - Wyobraźmy sobie dwoje dzieci, które były wychowywane z myślą przede wszystkim o karierze, samorealizacji, zachęcane do rywalizacji z innymi - mówi dr Jaszewska. - Niezliczone reklamy mówiły im: "Jesteś tego warta", "Podaruj sobie odrobinę luksusu". Nagle w wieku 25 lat spotykają się dwie indywidualności i próbują zbudować związek. Dawniej kultura regulowała odgórnie wiele spraw. Może nie było to sprawiedliwe, ale każdy znał swoją rolę i zadania do spełnienia. Dziś każdy szczegół wspólnego życia, od przygotowania posiłku po wychowanie dzieci, jest przedmiotem niekończących się negocjacji. Znalezienie osoby, która swoją przyszłość widzi podobnie, nie jest tak oczywiste, jak było dawniej. Kiedy wszystkie te prądy i przemiany zaowocowały pojawieniem się na świecie dostatecznie dużej liczby osób żyjących w pojedynkę, by zwrócili na nich uwagę producenci, ruszyła machina marketingowa. Współczesny człowiek jest przecież nade wszystko konsumentem. A singiel okazał się konsumentem idealnym. Dwie osoby mieszkające razem płacą jeden czynsz, kupują jedną pralkę, lodówkę i telewizor. Ale nie dwoje singli. Pojedynczy nie ma czasu na gotowanie, woli zjeść w restauracji. Żeby mieć życie towarzyskie, musi wyjść z domu i zostawić część wypłaty w kinie czy kawiarni. Musi się też odpowiednio prezentować. Osobie żyjącej w związku nie będzie przeszkadzało, jeśli małżonek nosi spodnie ze sklepu z używaną odzieżą. Na początku znajomości chcąc nie chcąc koncentrujemy się na powierzchowności drugiej osoby. Na tym etapie jakość spodni ma znaczenie. - Osoby mające kogoś bliskiego są odporniejsze na propagandę marketingową - mówi ks. Jaworski. - Reklama nieustannie stara się nam wmówić, że potrzebujemy do szczęścia kolejnego gadżetu. Jeśli jest obok ktoś, kto nas dobrze zna, istnieje duże prawdopodobieństwo, że w odpowiednim momencie powie nam: po co ci to? POJEDYNCZY Z POWOŁANIA? Czy jednak każdą osobę żyjącą w pojedynkę można nazwać singlem? Subkultura singli to produkt ostatnich lat, a przecież pojedynczy, niekoniecznie kapłani i osoby konsekrowane, byli w społeczeństwie od zawsze. Często pełnili ważne funkcje. - W pojęcie singli wrzuca się osoby bardzo różne - zauważa ks. Jaworski. - Są tacy, którzy nie znaleźli drugiej połówki nie ze swojej winy. Ktoś budował związek przez lata sądząc, że będzie trwały, ale z jakiś powodów rozpadł się i okazało się, że na nowy jest za późno. Ktoś zaangażował się w jakieś dzieło i nie zauważył, że czas łączenia się w pary mija. Są wreszcie ci, którzy świadomie nie decydują się na małżeństwo dla służby ludziom lub ważnym wartościom. Są to naukowcy, którzy pozostają samotni, żeby nie zaniedbywać bliskich, żołnierze, którzy nie chcą narażać dzieci na stres związany z niebezpieczeństwem utraty ojca, pracownicy socjalni, którzy chcą w pełni służyć podopiecznym. Okazuje się więc, że "singlowanie" nie jest po prostu wyborem stanu kawalerskiego lub panieńskiego, lecz raczej sposobem bycia i myślenia. Jest wyborem konsumpcyjnego stylu życia, w którym drugi człowiek jest traktowany jak towar. Mogę wziąć tyle, ile chcę i wtedy, kiedy chcę. Czasem okazuje się, że mentalnie singlem można być w parze. Bo jak inaczej traktować model "weekendowych związków", kiedy ludzie razem spędzają dwa dni, a na resztę tygodnia rozchodzą się, żeby sobie w karierze nie przeszkadzać? Lub związki DINKS-ów (Double Income No Kids - dwie płace, żadnych dzieci), których stać na narty w Alpach, ale nie na dziecko? Czy wobec tego można w pojedynkę żyć naprawdę szczęśliwie? - Źródło satysfakcji życiowej nie leży w tym, czy jestem w związku małżeńskim, czy sam - twierdzi ks. Jaworski. - Kluczem jest poczucie sensowności tego, co robię, pozostawienia po sobie dobrego śladu, bycia komuś potrzebnym i wchodzenia w głębokie, satysfakcjonujące relacje. Osoba, która wybrała życie w pojedynkę, może mieć to wszystko, na przykład jako lider fundacji pomagającej chorym. - Czy można mówić o powołaniu do życia w pojedynkę poza stanem kapłańskim i zakonnym? - pyta o. Pilśniak. - W Ewangelii Jezus mówi o osobach bezżennych, które są takimi z jakiegoś powodu i o tych, którzy wybrali ten stan ze względu na Królestwo Niebieskie. Myślę, że jest masa zadań, które są trudne do pogodzenia z życiem rodzinnym. Chociażby praca naukowca, artysty, wędrownego katechisty. Ale nie jest dobrze, kiedy osoba pozostaje sama z lęku albo dlatego, że tak jest łatwiej. Nie ma powołania do egoizmu, jest powołanie do miłości. Iwona Świerżewska
Tekst pochodzi z Tygodnika
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |