Ezechiel: Daniel w jaskini lwów![]() Synu człowieczy! Cokolwiek najdziesz, zjedz; zjedz te księgi. Proroctwo Ezechielowe III, 1 Wicher, wicher, wicher! Z szumem nadciąga od północy, gna przed sobą obłok. Obłok toczy się jak ogromna szklana kula, w środku której szamoce się płomień. Obrzeżony blaskiem zbliża się, zbliża! Z ognia, który płonie wewnątrz obłocznej kuli, wychodzą zwierzęta. Cztery gibkie, smukłe ciała. Ale co to za zwierzęta? Pyski ich mienią się ludzkimi twarzami. Skrzydła wyrastają im z boków. Kopyta u ich nóg bydlęce, a rozpalone jakby z miedzi, po której chodzą iskry żaru. Pod skrzydłami ręce ludzkie, a skrzydła końcami związane ze sobą. Jakież to stwory, jakież to zwierzęta przedziwne? Jeden twarz ma ludzką, drugi paszczę lwa, trzeci pysk wołu, a czwarty ma twarz orła z okiem płonącym, z zakrzywionym dziobem. Biegną, idą i wracają, a każdy krok ich jak błyskawica. Ogień u ich stóp i kopyt. Cztery bestie człeko-skrzydlate, bydlęco-człecze. Cztery płomienie wybuchające, wirujące. Koła, koła, koła... Ogromne, niezmierzone jak obręcze morskich widnokręgów. A jedne w drugich lecą niby na rysunkach wschodnich mędrców, znających obroty gwiazd, planet, słońca i księżyca. Koła, koła, koła... Tocząc się odchodzą w przestrzeń kosmosu. Koła świetliste, a pątrzące, pełne oczu połyskliwych i mrugających. Idą zwierzęta, idą i wracają. Wokół nich koła, koła, koła. A nad wszystkim przestwór otwarty, otchłań niebieska wisząca jak sklepienie lodowe, jak w kryształ ścięta morska głębia dnem obrócona do góry. Jaki szum! Czy to wiatr? Nie! To szum skrzydeł ogromnych, narastających jak ryk fal, a w ryku tym głos jeden tak potężny jak okrzyk wielkiego tłumu, jak zgiełk obozowiska. Skąd ten głos? Od sklepienia, jakby wykutego z szafiru, wybłyska światłość gęstniejąca w środku jak żar ogromnego paleniska. Światłość rozchodząca się tęczowymi kręgami, niby po wielkim deszczu, gdy łuk tęczy wykwita na obłokach. Młody kapłan Ezechiel z dala od ojczystego kraju, w ziemi chaldejskiej, pośród nieszczęsnych wygnańców i niewolników z ludu Izraela, zobaczył to niezwykłe widzenie. Bóg ukazał mu chwałę wszechświata. Pozwolił mu zajrzeć za niewidzialną zasłonę, która spowija świat, aby zwykły człowiek nie doznał zawrotu głowy i przerażenia. Mędrcy, astronomowie, matematycy chaldejscy ślęczeli nad obrazami nieba, wyliczali pracowicie biegi gwiazd, ich ukazywanie się i znikanie. Tajemnymi cyframi oznaczali linie, kręgi, kwadraty, dziwne figury, znaki Zodiaku. Rysowali, połączywszy ich punkty świetliste - byki, lwy, barany, koziorożce i ludzkie postacie. Ezechiel żyjąc w Chaldei widział te rysunki zadziwiające, tajemnicze. Widział uczonych, którym oczy ślepły od wypatrywania nocnego nieba. Ale to on, Ezechiel, bez żadnej zasługi zobaczył na własne oczy to, co tamci ścigali tylko cyframi, umysłem. Stał i patrzył w zachwycie na prawdziwą wizję wszechświata. Ale potem nagle zdjęło go przerażenie. Zajrzał przecież w otchłań obróconego do. góry dnem oceanu. Poraził go blask płynący z tej głębi, która była szczytem. Tam nie było dołu ani góry. Była przestrzeń nieskończona, otaczająca go ze wszystkich stron wielkimi sferami. Ezechiel padł na ziemię. Zakręciło mu się w głowie. Poczuł, jak jest mały i znikomy. Ale wtedy usłyszał właśnie rozkazujący Głos: - Wstań, synu człowieczy! Stań na nogi, będę z tobą mówił. Oprzytomniał Ezechiel od trwogi, przerażenia i poczucia znikomości. Wstał. A Głos idący z nieskończonej przestrzeni mówił do niego: - Posyłam cię do narodu Izraela. Synowie jego zdradzili mnie, odeszli ode mnie. Sami zerwali przymierze zawarte ze mną. Rozproszyłem ich po dalekich ziemiach, ale nie chcę ich pozostawić. Może jeszcze nawrócą się i zrozumieją, że mają jednego tylko Boga. Idź pomiędzy nich, niech wiedzą, że dałem im proroka w najgorszej niedoli. Przeląkł się Ezechiel, że to on ma być tym prorokiem. A Pan, odgadując jego lęk, mówił dalej: - Nie bój się, synu człowieczy. Nie bój się ich drwin i szyderstwa. Dam ci słowa, które im zaniesiesz. Ezechiel podniósł óczy i ujrzał rękę wyciągniętą ku sobie, ogromną rękę trzymającą zwinięte księgi. Ręka rozwinęła przed nim karty. Ujrzał, że zapisane były gęsto po jednej i po drugiej stronie. A z tego, co zdołał odczytać, były tam słowa grozy, narzekania i lamentu. - Masz, zjedz te księgi, zjedz je, synu człowieczy. Ezechiel otworzył usta, a wielka ręka nakarmiła go trzymanymi księgami. Połknął je lekko, jakby były z miodu i mleka. Poczuł w ustach słodycz, słodycz nieznaną. I gdy tak stał, smakując smak słów Bożych, usłyszał znowu łoskot skrzydeł i wielką muzykę kół ocierających się w ruchu o siebie. Zdawało mu się, że porywają go w biegu, niosą i składają na ziemi tam, gdzie mieszkał, na wygnaniu. Przez siedem dni rozpamiętywał swoje widzenie i milczał. Lud gromadził się wokoło niego, nędzne resztki, które dowlokły się do obcej ziemi. Inni pozostawili kości w dolinach, przez które przechodzili w głodzie, poniżeniu i poczuciu krzywdy. Przez siedem dni milczał i smucił się patrząc na nieszczęsnych współbraci. Potem wstał, otworzył usta i zaczął nauczać. Słowami, którymi nakarmił go Bóg, chciał teraz nakarmić swoich braci, wlać w nich ufność i nadzieję. Chciał im powiedzieć, że nie na darmo siali swoje kości w ziemię, że powstaną one kiedyś z doliny i obloką się znowu ciałem. Zmartwychwstaną. Bo nie ma nic niemożliwego dla Stwórcy i Pana Zastępów. Chciał im powiedzieć, że choć opłakują straconą świątynię, nowy strumień wypłynie spod progu świętego miejsca. I jeśli zechcą, zbudują nową świątynię, większą i wspanialszą, świątynię ducha. Bo wszędzie, gdziekolwiek naród Izraela czcił Boga prawdziwego, tam On wznosi między nimi swoją żywą świątynię. Bóg mój posłał Anioła swego i zamknął paszczęki lwom, i nie zaszkodzili mi. Proroctwo Danielowe VI, 22 Król Dariusz myślał, że noc ta nigdy się nie skończy, nigdy nie dobiegnie kresu. Przyniesiono mu wieczerzę. Odrzucił jadło. Podano mu wino. Odtrącił kielich. Wino pociekło niby krew po posadzce. Przeraził się tego czerwonego strumienia. Nie chciał wody. Położył się na łożu, ale za chwilę zerwał się i znów zaczął krążyć po komnacie. Jak lew w klatce - pomyślał. - Lew. Wpatrzył się w ciemności i widział lwy rozszarpujące człowieka. Zakrył twarz dłońmi, ale zdawało mu się, że krew cieknie między palcami. To on sam, Dariusz, kazał wrzucić do dołu, do jaskini lwów, pierwszego pośród swoich książąt, człowieka bez skazy, Daniela. Król wiedział, że jest to człowiek bez skazy, mędrzec i wieszcz. Człowiek, który jeden jedyny wśród mędrców potrafił odczytać tajemniczy napis na ścianie sali w czasie uczty Baltazara. To on kiedyś wykładał sny potężnemu Nabuchodonozorowi. Nie zabiegał o sławę, bogactwo, znaczenie. Był księciem i namiestnikiem króla z jego woli. Ubierał się w purpurę i złote łańcuchy tylko na żądanie władcy. Był człowiekiem czystym, skromnym i pobożnym. Dariusz wiedział o tym, a jednak wydał go na pożarcie lwom. Jakże mógł ocaleć wśród wygłodniałych dzikich bestii, które tylko czekały na łup? Już teraz tam wloką jego członki, miażdżą kości. Najedzone ludzkim mięsem kładą się i odpoczywają. Królewskie lwy. Miotając się w niepokoju po pałacu król uprzytamnia sobie, czym był dla niego Daniel. Król, otoczony sprytnymi i chytrymi urzędnikami i dworakami, tylko do Daniela miał zaufanie. Nabuchodonozor cenił go i szanował. Baltazar bał się. Zaś on, Dariusz, miłował go jak ojca. Jak to się wszystko stało? Jak mogło do tego dojść? Oczywiście zazdrośni książęta uknuli spisek. Młody król Dariusz nie podejrzewał niczego, gdy jego doradcy przedstawili mu do podpisu dekret, że kto w ciągu trzydziestu dni modlić się będzie lub prosić o coś kogo z wyjątkiem króla, ma być rzucony lwom na pożarcie. - Król podpisze dekret, żeby pokazać, jaki jest potężny. A my pozbędziemy się cichcem Daniela, który nie przestanie się modlić, jak to robi codziennie, nie zamykając okien swego domu. Dariusz podpisał dekret. A kiedy doniesiono o tym Danielowi, jeszcze szerzej otworzył okna domu i zwrócony na zachód, w stronę, gdzie leżało święte miasto Jeruzalem, modlił się i chwalił Boga na klęczkach. Wypatrzyli go chytrzy dworacy i pobiegli do króla. - Królu! Czyś nie postanowił, że ktokolwiek modliłby się w ciągu trzydziestu dni lub prosił o coś ludzi z wyjątkiem ciebie, ma być wrzucony do jamy lwów? - To prawda. Postanowiłem tak. - No właśnie. A tymczasem twój zaufany Daniel, Izraelita, lekceważąc twój rozkaz modli się trzy razy na dzień. Król zasmucił się bardzo. - Dekret królewski musi być dotrzymany! - Poczekajcie do zachodu słońca. Może znajdzie się jakieś wyjście. Ale po zachodzie słońca zjawili się żli doradcy podjudzając króla: - Królu, prawo Medów i Persów nie zezwala, aby król robił wyjątek od swojego dekretu. I tak się stało. - Przyprowadźcie mi Daniela - rozkazał król. Daniel stanął na progu pałacu spokojny jak zwykle i pełen godności. - Słyszałeś wyrok, Danielu? I co powiesz? Może Bóg, którego zawsze chwalisz, wybawi cię z paszczy lwów. Porwały go straże i wrzuciły do dołu, gdzie trzymano królewskie lwy. Otwór zatkano wielkim kamieniem, a na nim przybito pieczęć królewską z odciskiem jego pierśćienia. Nie ma przecież żadnej nadziei, aby ocalał. Po cóż ńęc tłukę się po pałacu? - myślał król. - Po co spoglą- :am na gwiazdy, czy już bledną, czy noc mija? Było jeszcze bardzo rano, gdy król z włosem zmierzwionym po bezsennej nocy, z piekącymi oczyma pobiegł [o lwiego dołu. Nachylił się i płaczliwym głosem zawołał: - Danielu, sługo Boży! Czy Bóg, któremu tak pilnie łużyłeś, zdołał cię wybawić od lwów? A z głębi dołu dobiegł głos Daniela: - Królu, żyj na wieki! - Żyje! Żyje! Wydobądźcie go stamtąd czym prędzej! - wołał król. Przybiegli strażnicy zwierzyńca i spuścili drabinkę lo dołu. Po chwili cały i zdrowy ukazał się w otworze Daniel. Król otworzył mu ramiona. Ściskał go i dotykał, jakby rie dowierzał oczom i chciał lepiej sprawdzić, że Daniel żyje, że nie tknęły go dzikie zwierzęta. Jak to się stało? - Bóg posłał swojego Anioła i zamknął lwom paszcze. I widzisz, królu, że wyszedłem z zasadzki cało. Król Dariusz uradowany ściskał Daniela w objęciach. - Przyprowadźcie tu moich złych doradców! - rozkazał król. Zjawili się wkrótce, a gdy zobaczyli Daniela, którego zapieczętowali w lwiej jamie, przerazili się bardzo. Słyszeli z daleka chrapliwy pomruk dzikich bestii. Król kazał ich strącić do jamy. Nie dolecieli jeszcze do dna, gdy lwy rzuciły się na nich i rozdarły ich w mgnieniu oka. - Inny dekret postanowię, Danielu, bez niczyjej rady. Dekret, aby w całym moim państwie wszyscy czcili i bali się jednego tylko Boga, twojego Boga. On bowiem jedynie jest Bogiem żywym i wybawia tych, którzy mu służą, tak jak wybawił Daniela z lwiej jamy. ANNA KAMIEŃSKA
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |