Pożegnanie PawełkaUmiera od wielu miesięcy. Niedawno wypisano go ze szpitala w Dziekanowie. Nie rokuje wyleczenia. I choć na ołysiałej po terapii głowinie sześciolatka zaczęły pojawiać się nowe, kruchutkie włosy, organizm zaprzestał walki. Lekarze już opuścili ręce.Ostatnie tygodnie życia spędzić powinien przy mamie. Umrzeć w swoim domu, gdzie za oknem szczeka znajomy pies, słychać krzątaninę w gospodarstwie. To nic, że biednie tu i smutno, że brak ojca, który przemieszcza się gdzieś po świecie i czegoś szuka. Matka też szuka. Wierzy, że Pawełek przeżyje, że może ktoś gdzieś da odrobinę nadziei. Szukanie nadziei Dziś ważny dzień. Jadą aż pod Warszawę, do Józefosławia. 120 kilometrów od ich wsi. Do pani, który wyciągnęła z podobnych chorób nastoletniego Łukasza, potem małą Olę. Też byli skazańcami. Pisano o tym w gazetach. Znajomy sąsiadów ma wygodny samochód. Zgodził się zawieźć i przywieźć. Pawełka można ułożyć na tylnych siedzeniach. Późnym popołudniem są już na ulicy Sasanki w Józefosławiu. Co powie ta ciemnowłosa kobieta, która od dłuższej chwili dotyka ciała chłopca? Czy da choć cień nadziei? W paręnaście minut po zabiegu rozmawiam z panią Haliną Molędową, psychologiem. Mimo wieloletniego doświadczenia, mimo wielokrotnego stykania się z najcięższymi chorobami - w oczach łzy. - Nie mogę znieść chorób dzieci. Cierpią cichutko, bez skarg, jakby wiedziały, żę to już i godziły się z tym. Sama mam trójkę, najmłodsze w zerówce, sama je wychowuję. - A co z Pawełkiem? Jest nadzieja? - Nikła, niemal żadna, chociaż ostateczny wyrok - czy ktoś w to wierzy, czy nie - nie należy ani do lekarza. To wie tylko Bóg. Stale jeżdżę do Częstochowy, do Matki Boskiej. Modlę się, płaczę, proszę o ratunek dla moich chorych. Nie wolno opuszczać rąk. Podejmę próbę pomocy Pawełkowi, chociaż bardzo niepokoi mnie także jego mama. To ją muszę wzmocnić, dodać otuchy do przebrnięcia przez dramat, stanięcia na nogi. Tam u niej wielka bieda, a ona nie ma już śladu siły. - Bieda? No więc jak zapłaci za spotkania? - Zapłaci?! Mowy nie ma! Nie biorę grosza za tak chore dzieci! Nie jestem potworem bez sumienia! Martwię się, jak oni przyjadą za tydzień, bo podobno nie mają czym, a znajomy chce zwrotu kosztów za paliwo. Łowy na pieniądze Wlokę się poszarzałą, przedwieczorną ulicą do przystanku ku Warszawie. Płaczę. Od lat, od wielu lat pisywałam o ludzkich dolach i niedolach, ale i mnie puszczają nerwy. Nie chce zniknąć sprzed oczu cierpiąca twarz matki, wychudzone, lejące się przez ręce ciałko chłopca i dziwny, niemal starczy spokój w jego oczach. Jeszcze wieczorem gonię po sąsiadach. Zbieram pieniądze dla Pawełka. Nim dzień zatrzaśnie wrota, mam już 100 złotych. Jutro od samego rana wznowię łowy. Nasze osiedle jest pełne bogatych ludzi. Zaczęło się dobrze. Pani Basia, kioskarka daje "na dobry początek" 20 złotych. Tyle samo dorzuca jedna z matek, znana mi z widzenia i uprzejmych zagadywań o różne sprawy. Uzbierane przez miesiące grosiki - wszystko co ma - wręcza mi moja córka, licealistka. Ciągle mało, przeraźliwie niedużo. Ludzie liczą każdy grosz. Ale - jak dotąd - zaczepiałam tych uboższych. Emerytka z mojej klatki dorzuca dziesiątkę. Krążę niczym sęp po sklepie i osiedlowych alejkach. Na szczęście ten jesienny dzień jest pogodny, oblany słońcem, więc sporo osób spaceruje, odpoczywa, oddycha. Prosta opowieść o tym, po co i dla kogo zbieram, nie budzi zdziwienia, niedowierzania. Wszak wielu z nas zna się nie od dziś, choćby z widzenia. Wierzą, ufają. Zaczepiam panią, o której wiem, że jest dobrze ustawioną bizneswoman. Ta da przynajmniej 20 złotych - błąka mi się po głowie myśl, kiedy po raz któryś opowiadam o celu zbiórki. - Jeśli dzieciak chory, niech matka odda go do hispicjum. Są szpitale, jest opieka. Gdybym tak dawała każdemu, poszłabym z torbami - słyszę ku wielkiemu zdziwieniu. Kobieta deklamuje pełną listę posług należnych chorym i zapala się coraz bardziej. Mowa niemal płomienna, ale jakże straszna: - Jakby matka chciała, toby pomoc znalazła. Nie przesadzajmy z tą biedą i tym paraliżem opieki społecznej. Tłumy meneli, każdy wyciąga rękę - klepie bez pojęcia, językiem osoby "na poziomie". Okrągłe słowa, cytaty z gazet, gładkie komunały. Przerywam. Nie mam ochoty tego słuchać. Nie mam ochoty tłumaczyć, że bywają sytuacje ostateczne, do których jej wywody pasują, jak pięść do nosa. Oburzona, że przerywam jej tak pięknie rozpoczętą orację, fuka pod nosem i odchodzi. Drugie spotkanie z ewentualną dawczynią 10 złotych też okazuje się niewypałem. I to znacznie gorszym. Tym razem otrzymuję w darze wykład o aborcji, o warunkach ekonomicznych rozwoju kraju, nawet fragment ględu-ględu o cudnym raju Unii Europejskiej. W końcu wrzask złości o nierobach-naciągaczach. Mam chętkę trzasnąć w ten wytapetowany, głupi pysk. Nie chcesz - nie dawaj. Wolna wola. Przecież tylko zaproponowałam wybór. Lecz nie wygłaszaj swoich mądrości z miną pani tego świata. - Znam problematykę nędzy - nie przerywa sobie paniuncia. - Działam w fundacji charytatywnej i wiem prawie wszystko o ludziach, co wystają po kątach z wyciągniętą ręką. - Hm. To zapewne była pani na tym przesławnym koncercie dobroczynnym, transmitowanym przez telewizję bodajże z Wilanowa? Stanisław Sojka sprzedawał tam swoje piosenki na rzecz biednego domu dziecka. - Nie byłam, ale słyszałam. - To wie pani zapewne, ile pieniędzy na biedne dzieci zdołano wylicytować od śmietanki, elity finansowej Warszawy. - Nie obiło mi się o uszy akurat to. - Dużo dali, szanowna pani. Dużo! Wystarczyło na kisiel dla kilkudziesięciu podopiecznych, na cały miesiąc jedzenia tego kisielu. Za to kreacje pań olśniewały, a piękne auta i garnitury zwalały z nóg. Jest wściekła. Masz babo za swoje. Złośliwie dorzucam: - Życzę spokojnych snów zadowolonego z siebie człowieka! Może i nie powinnam się unosić. Wszak to ja ją nagabywałam. Ale cóż robić? Szlag mnie zwyczajnie trafił. Tyle gadania, by wydusjć z charytatywnej damesy mizerną dychę. W dodatku z dziesiątki nici. Oooo, już do żadnej takiej nie podejdę. I tak uzbierałam prawie 200 złotych. Będzie na benzynę, nawet na dwa razy. Pawełek dojedzie wygodnie do Józefosławia. Jest auto! Wieczorem wpada młoda sąsiadka zza ściany - Ula. Opowiadam jej w skrócie o zbiórce. - No i po co wydawać pieniądze na samochód. Mam grupkę przyjaciół, jeden z nich ma duże auto. Pojedziemy, przywieziemy, odwieziemy. Podaj tylko adres, może jakiś telefon. - Ale to prawie 500 kilometrów jednego dnia. Czterokrotny przejazd. - Głupiaś? Co ważniejsze? Nasze zmęczenie, czy życie tego malucha? Nie żartuj sobie, nic się nam nie stanie. Zorganizujemy te przewózki, jak długo będzie trzeba. I rozejrzymy się, w czym tam jeszcze będzie można pomóc. Wielki kamień spada mi z serca. Świat nie oszalał od reszty. Są na nim jeszcze LUDZIE. Co za otucha! W kolejny piątek znów Józefosław. Pod wieczór Ula z przyjaciółmi dowożą Pawełka. Wygląda dużo lepiej. Matka opowiada, że przez kilka ostatnich dni malec miał apetyt. Zjadł cały rosół, nawet próbował chodzić. Ile w niej nadziei. Broni się przed przyjęciem pieniędzy gestem biedaka pełnego godności. Jest poruszona darem ludzi. Jest poruszona wiadomością, że to już koniec utrapień z dojazdami. - O czym marzy Pawełek? - pytam właściwie bez sensu. - On to zawsze chciał mieć kolejkę z torami. Nawet dziś o tym wspominał. Kolejka z torami. Ostatnie marzenie umierającego dziecka. Bo umiera. Pani Halina mówiąc, że: coś lekko drgnęło i jest nieco lepiej - rnie ma wielu złudzeń. Stan Pawełka nadal określa jako niemal beznadziejny. Ale co postanowi Bóg? Cuda się zdarzają. Walczyć trzeba do końca. To obowiązek. Od kilku dni modlimy się o życie Pawełka. Grupa proszących coraz większa. Wierzymy. Teraz kolejka! Pawełek musi mieć najlepsze jedzenie. Na to trzeba zbierać. Ale marzenia, póki jest, też nie wolno lekceważyć. Kolejka z torami! Będziesz miał tę kolejkę. Niech sobie różne paniusie nawet plują jadem wymowy. Będziesz miał. Następnego piątku stan Pawełka jakby lepszy. Na buzi, dotąd stężałej w żałosnym grymasie cierpienia, cień uśmiechu. To dodaje skrzydeł. Wielkich, niosących falę ufności. Dzwonię do znajomej, pracującej w "Forum Penitencjarnym", czasopiśmie polskiego więziennictwa. Ela stwierdza krótko: - Ogłoszę, zbieramy. Głowa do góry. Już następnego dnia zawiadamia, że ma aż 300 złotych. Dawał każdy - bez zbędnych dyskusji. Zrozumieli w mig, o co chodzi. Jadę na Rakowiecką szczęśliwa, że aż tak dużo udało się uzbierać. W piątek znów Józefosław. W kopercie szeleszczą banknoty. Jeszcze trochę i kolejka marzenie jest! Pani Halina wychodzi z gabinetu. Ma dziwny wyraz twarzy. Nie pytam. Czuję. Potwierdza te przeczucia: - Umarł dziś rano. We śnie. Mój dobry Boże... - w jej oczach łzy. Płaczemy razem. Pawełku! Ale ja mam dla ciebie pieniądze! Od tylu ludzi! Co z nimi zrobić?! Dać jakiejś fundacji? Staje mi przed oczami twarz rozgadanej damy charytatywnej z mojego osiedla. A jeśli trafi te kilka marnych groszy akurat do niej? Rzeczywistość bywa złośliwa. Nie! Grzebię w książce telefonicznej. Hospicjum dla dzieci chorych na raka. Dzwonię, podają numer konta. Wpłacam anonimowo. Pawełku. Żal. Nie zdążyłeś dotknąć marzenia. Ale nam dałeś ufność, że nigdy nie jest się tak do końca beznadziejnie samotnym. ZUZANNA ŚLIWA
Moja Rodzina nr 5/2002
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |