Humor Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Pobierz Spowiedź Opowiadania Perełki

W przychodni z kontenerów

     Wszawice, odmrożenia, owrzodzenia całego ciała - to nie są typowe przypadki spotykane w przychodniach publicznych. Tutaj to norma i nikt się tego nawet nie wstydzi.

     - A co my byśmy bez tej poradni zrobili! Przecież my też jesteśmy ludźmi, tylko miasto tego nie widzi - denerwuje się Hanna, bezdomna od roku. - A tu zawsze jest jakiś lekarz, zbada dokładnie, jak ma czas to jeszcze porozmawia jak z człowiekiem. To jest coś wspaniałego!

     Po chwili do rozmowy dołącza pani Bogusia - ja dziś przyszłam, bo już od miesiąca nie mogę poradzić sobie z kaszlem, o proszę, a koleżanka na opatrunek, poparzyła się od piecyka. Mieszkamy na działkach, więc takie sytuacje się zdarzają, bo ogrzać się czasem trzeba, nie?

     PASOŻYTY

     - Proszę usiąść na tym krześle, pani doktor przyjmuje właśnie ostatniego pacjenta - mówi jedna z pielęgniarek, wskazując taboret w gabinecie zabiegowym, i od razu dodaje - proszę się nie bać jest czyste...

     Zbliża się godz. 16.00, pielęgniarki są wykończone po dzisiejszym dniu. Opatrunki, przydzielanie leków, bielizny, dokumentacje, wywiady medyczne i socjalne. Przez uchylone drzwi, słychać przyciszoną rozmowę: "Nie ma pani dowodu osobistego? Mhm... długo mieszka pani w tym opuszczonym budynku... a ciepło tam macie? Czy ma pani problemy z alkoholem..." Ciszę przerywa wchodząca pielęgniarka. - Przez te mrozy liczba pacjentów znacznie się zwiększyła. Najczęściej zgłaszają się z infekcjami górnych dróg oddechowych, odmrożeniami czy owrzodzeniami. - mówi pielęgniarka Agnieszka Fill.

     Ale trzeba przy tym jeszcze uważać, żeby samemu czegoś nie złapać, bo czasem przychodzi pacjent, po którym skaczą różne żyjątka, a pod ubraniami znajdują się skupiska pasożytów. Pacjenci zarażają się od siebie nawzajem, albo łapią świerzb w noclegowniach, bo pościel nie zawsze jest tam zmieniana, a świerzbowce żyją poza skórą nawet trzy-cztery dni.

     - Ja to się czasem buntuję na taki stan rzeczy, bo niektórzy z naszych bezdomnych po prostu wrośli już w swoją sytuację i nawet nie myślą jej zmienić. W zeszłym roku przyszedł do nas pan, który potrzebował 10 mężczyzn do rozładowywania węgla. Płacił 200 zł dniówki. Żaden się nawet nie ruszył - opowiada pielęgniarka. - Staramy się ich mobilizować, żeby zrobili coś ze swoim życiem, bo na 10 bezdomnych to może dwóch-trzech jest takich totalnie bezradnych, reszcie tak jest po prostu wygodnie. Nie muszą wstawać o piątej rano, żeby w poradni wyjęto im kartę, rejestrować się, czekać miesiąc na wizytę u specjalisty. Tu zostaną przyjęci od ręki, pomijając już to, że nie muszą płacić. Mamy tu takiego pacjenta, który od 10 lat przychodzi do nas regularnie. Ma poważne problemy z nadciśnieniem, tutaj lekarz go zbada, potem dostanie lekarstwa i fru! - mówi Agnieszka Fill. - Obecnie każdy bezdomny może być ubezpieczony, czy to przez urząd pracy, po dostarczeniu odpowiednich dokumentów i zarejestrowaniu się jako osoba bezrobotna, czy też przez opiekę społeczną na okres trzech miesięcy. Ale to trzeba chcieć i trochę się zainteresować. Niektórzy pacjenci mają nawet postawę roszczeniową. Twierdzą, że opieka medyczna im się należy.

     LEKARZE NADZIEI

     Poradnia dla bezdomnych powstała w 1991 r. przy ul. Powsińskiej. Stworzenie jej było koniecznością, bo bezdomni, nie mając ubezpieczenia, nie mogą być przyjmowani w publicznych ośrodkach służby zdrowia. Podjęło się tego Stowarzyszenie "Lekarze Nadziei", którzy na wzór swoich kolegów z Francji, zorganizowali mały lokal tuż przy noclegowni i raz w tygodniu wyznaczyli dla nich swoje dyżury. Stopniowo zgłaszało się coraz więcej chorych, a także lekarzy-wolontariuszy. Po dwóch latach, kiedy w pobliżu miało powstać Muzeum Katyńskie, zostali stamtąd wyrzuceni. Tamten lokal stoi pusty do dziś, ale założycielce, dr Marii Czarneckiej, udało się znaleźć dwa wolne pokoje w noclegowni przy Wolskiej, potem zaczęła starać się o odrębne pomieszczenia. - Teraz to się może wydaje głupie, ale kiedyś nie było innej rady. Udało mi się załatwić dwa kontenery z Ursynowa, w których mieszkali robotnicy budujący metro. Zezwolenie na ustawienie ich w obecnym miejscu i rwało tyle, że gdybym miała budować hotel Mariott, to by mi tyle samo czasu zajęło bieganie po urzędach! - śmieje się pani doktor. Kontenery były w okropnym stanie, ale własnym kosztem udało się doprowadzić je do porządku.

    Dziś są tu trzy gabinety, z czego dobrze wyposażony gabinet stomatologiczny cieszy się największym zainteresowaniem. Funkcjonują też gabinety, jJzie przyjmuje: psychiatra i neurolog, dwóch dermatologów, chirurgów i kardiologów, a także endokrynolog, pediatra i internista. Pielęgniarki załamują ręce, bo chętnych na darmową poradę specjalisty czy opatrunki jest coraz więcej, a pomieszczeń, pieniędzy i lekarstw nie przybywa. W ciągu dnia do specjalisty zgłasza się nawet od 20 do 30 osób. Sprawozdania za 2009 rok mówią o 8859 przyjętych pacjentach, a nowych zapisało się o 200 więcej niż w roku ubiegłym.

     Niewiele by brakowało i od tego roku przychodnia zostałaby zamknięta, bo miasto nagle cofnęło zgodę na finansowanie, zrzucając ciężar na NFZ. Doktor Czarnecka, znów zaczęła działać i tym razem też się udało. 170 tys. zł pokryje opłaty za media i częściowo etaty pielęgniarek (bo tylko one dostają tu pensję), które będą się teraz nazywały formalnie opiekunkami. - Za to, co zostanie może uda się kupić aspirynę czy witaminę C, na leki receptowe, funduszy już pewnie nie starczy, a tu spotyka się czasem naprawdę ciężko chorych ludzi, którym trzeba coś dać, bo sami sobie leków nie kupią - denerwują się pielęgniarki.

     Ale bezdomni doceniają starania swoich lekarzy. - Anioły to na pewno nie są, ale wyrażają wdzięczność. Piszą do nas listy, kartki z pozdrowieniami, kiedyś nawet jeden bezdomny, który dostał własne mieszkanie, zaprosił cały personel do siebie.

     - Za mało jest takich placówek. W Polsce to chyba w Krakowie i Wrocławiu coś jest. W Warszawie kiedyś była jeszcze przy Centralnym; można było iść, jakieś leki dostać, a słyszałem, że jeszcze na Miodowej jest jakaś opieka? - mówi Piotr, bezdomny od trzech lat. - A nie każdy też wie, że tu może przyjść, dlatego jest taka duża umieralność wśród nas, bo w szpitalach nie chcą przyjmować "śmierdziuchów".

     POKOCHAĆ BEZDOMNYCH

     Każdego dnia, tuż przed godziną 9.00, przed barakiem przy Wolskiej 172 ustawia się ogonek pacjentów. - To nie są brudni, śmierdzący i pijani ludzie, jakich najczęściej spotykamy na dworcach albo w tramwajach. Chociaż i takie przypadki się zdarzają. Ale czasem oni są nawet lepiej ubrani ode mnie! - śmieje się Maria Czarnecka. - Przychodzą nie tylko bezdomni, ale także cudzoziemcy. Sporo Murzynów, Czecze-nów, Cyganów. Nie mają pieniędzy na prywatną wizytę, albo pracują "na czarno" i nie są ubezpieczeni.

     Każdy pacjent jest tu poważnie traktowany, badany od stóp do głów, co nieczęsto zdarza się w innych przychodniach. Najczęściej nie ma możliwości zrobienia badań dodatkowych, trzeba więc diagnozować po staroświecku, ale, jak twierdzą lekarze, jakoś się to udaje. - Rozmawiamy z nimi, pytamy, jaka jest przyczyna bezdomności, zwłaszcza kiedy są u nas pierwszy raz - mówi dr Czarnecka - Największym naszym problemem jest brak miejsca, gdzie możemy naszych chorych wyleczyć, pomijając ten baraczek. Bo przychodzi mi taki mieszkaniec klatki schodowej z infekcją kataralną czy grypową, a ja mam mu powiedzieć, że musi się położyć do łóżka? Piszę prośby do noclegowni, żeby pozwolili im w nich zostać. Nie zgadzają się. Przyjmują ewentualnie tych po szpitalu. Dużo jest przypadków kardiologicznych, do tego dochodzą sprawy nowotworowe, zaburzenia wątrobowo-żołądkowe, bo jak oni się odżywiają? Dziś mi jeden pan, który mieszka w żerańskich kanałach, opowiadał, że ostatnio umarło tam dwóch mężczyzn. Zamarzli.

     Każdy przypadek jest inny i każdy robi straszne wrażenie. - Gdyby ktoś zobaczył dziś panią z ropnym zapaleniem... Wyglądało to jakby ją ktoś żywcem obdarł ze skóry. To jest wynik popijania koktajli, nie wiem dokładnie, z czego to się składa, ale na pewno jest tam denaturat, który wpływa fatalnie na skórę i na organizm człowieka. A jej partner, który też był u mnie, miał dla odmiany Bardzo silną biegunkę. Czasami przychodzą też ludzie z potwornie cuchnącymi ranami, w których zagnieździły się już robaki.

     Jak więc można lubić taką pracę?! - pytam. - Ja lubię... - odpowiada cicho pediatra, a po chwili dodaje - I co jest najważniejsze, my wszyscy tak mamy, bo tu może pracować tylko osoba, która lubi bezdomnych. Zaczynałam 20 lat temu, i już wtedy byłam na emeryturze, ale coraz więcej lekarzy młodych przyłącza się do nas. Wiadomo, my, emeryci, mamy czas - śmieje się. Ale i młodzi się nie ociągają w pomaganiu bezdomnym. I robią to z sercem.

     - Mam tu taką jedną śliczną dziewczynę, którą uwielbiam. Jest córką lekarza i sama ma dwie córki. Mieszka z jakimś facetem i pije na okrągło. Stoczyła się zupełnie... Mnie jest ich tak żal, że nie potrafią zapanować nad tym nałogiem. I muszę im jakoś pomoc - mówi dr. Czarnecka.


Marta Troszczyńska


Tekst pochodzi z Tygodnika

7 lutego 2010


List pocieszenia List pocieszenia
Henri J. M. Nouwen
Sześć miesięcy po śmierci matki Henri J. M. Nouwen, pragnąc ukoić ból ojca po stracie najbliższej mu osoby, zaczął pisać do niego długi list. Snując rozważania nad znaczeniem śmierci, umieścił je w kontekście śmierci i zmartwychwstania Chrystusa... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]
O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2018 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej