Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Plany Boże nie są naszymi planami

Jesteśmy dwadzieścia trzy lata po ślubie. Mamy dwoje dzieci, dwudziestodwuletnią Kasię i dwudziestoletniego Pawła. Kiedy urodziła się Kasia, wydawało się, że wszystko jest w porządku: ważyła 4 kilogramy, dostała 10 punktów, wypisali nas ze szpitala bez żadnych zastrzeżeń. Ja także ciążę znosiłam dobrze, nie brałam żadnych leków, nie chorowałam.

Kasia od początku siniała, szczególnie gdy płakała. Lekarka, która przyszła z rutynową wizytą do domu (Kasia miała wtedy kilka dni), wysłała nas na prześwietlenie klatki piersiowej. Wynik był dla nas zaskakujący: ciężka siniczna wada serca - przełożenie pni tętniczych. Prognozowano Kasi do siedmiu lat życia - takich wad w Polsce jeszcze w tym czasie nie operowano. Kilkunasto- dniowej Kasi zrobiono cewnikowanie serca i jednocześnie otwór w przegrodzie międzyprzedsion- kowej, co umożliwiło mieszanie krwi tętniczej z żylną, i na jakiś czas zapewniono możliwość życia. Oczywiście my - rodzice i rodzina - modliliśmy się o jej zdrowie. Pierwszy rok życia upłynął na przemian w szpitalu i w domu. Zadawałam sobie wiele pytań: Dlaczego urodziło mi się takie dziecko? Dlaczego moim koleżankom rodziły się zdrowe dzieci, a mnie chore? Dlaczego one mogą chodzić ze swoimi dziećmi do parku, a ja ciągle muszę do szpitala? W wieku 10 miesięcy Kasia miała kolejne cewnikowanie i operację paliatywną umożliwiającą życie przez kilka lat. Po operacji zaczęła przybierać na wadze, rozwijać się, znacznie mniej chorowała, nie była już tak często w szpitalu - był to dobry czas, by decydować się na drugie dziecko. Urodził się nam Paweł, zdrowy, o dwa lata młodszy od Kasi.

Ciągle modliliśmy się o zdrowie Kasi i jednocześnie szukaliśmy pomocy. Wreszcie nadarzyła się okazja: przez rok miały być operowane w USA polskie dzieci z ciężkimi wadami serca, dwoje miesięcznie. Kasia była już w tym czasie pod opieką Centrum Zdrowia Dziecka, obiecano jej taki wyjazd. Ale najpierw trzeba było zrobić kolejne cewnikowanie i sprawdzić, czy ciśnienie płucne jest jeszcze takie, że można przeprowadzić operacyjnie całkowitą korektę wady. Sprawa cewnikowania ciągnęła się pół roku - psuły się aparaty do tego zabiegu, Kasia chorowała, w kolejkę wchodziły dzieci bardziej potrzebujące. A ja jeździłam do niej na dwie, trzy godziny, bo wtedy nie wolno było na dłużej, choć dzieci płakały, rozpaczały. Wciąż modliliśmy się o zdrowie Kasi, ale zawsze w zgodzie z wolą Bożą. Chciałam, aby wyjazd Kasi na operację do Ameryki odbył się pod patronatem Prymasa Tysiąclecia, który w tym czasie został odwołany do wieczności. Bardzo wierzyłam w jego wstawiennictwo u Matki Bożej. Najpierw wielki cios: Kasia do USA nie pojedzie, ponieważ komisja nie zakwalifikowała jej ze względu na nadciśnienie płucne. Nie była to wiadomość łatwa do przyjęcia i tylko wiara mi to umożliwiła.

Zaczął się Jubileusz 600-lecia obecności Cudownego Obrazu na Jasnej Górze. Myślałam, że Prymas musi mi pomóc w tym czasie i poprosić Matkę Bożą o zdrowie dla Kasi. Przez osiemnaście miesięcy - tyle trwał Jubileusz - chodziłam pieszo około godziny drogi w każdą sobotę do grobu Prymasa, aby wyprosić łaskę zdrowia. Byłam na kilku spotkaniach wspominających Prymasa, słyszałam świadectwa ludzi, którzy doznali pomocy przez jego wstawiennictwo. Tymczasem stan zdrowia Kasi nie poprawiał się. Nadal była sina i po przejściu kilkunastu kroków bez wózka bardzo zmęczona, miała bóle głowy i nawracające zapalenia oskrzeli. Buntowałam się i jednocześnie codziennie modliliśmy się razem z mężem o zdrowie dla Kasi zgodnie z wolą Bożą. Z jednej strony nie chciałam cudu za wszelką cenę, z drugiej - oczekiwałam go.

Na zakończenie Jubileuszu pojechaliśmy z dziećmi na Jasną Górę, aby podziękować za to, co jest, aby umieć dźwigać krzyż, z którym się pogodziliśmy. Był jeszcze jeden wielki zryw modlitwy i atak do nieba, gdy zmobilizowałam całą armię ludzi do modlitwy, Mszy świętej i Komunii w intencji Kasi w niedzielę Miłosierdzia Bożego. Ale już bardzo spokojnie przyjęłam to, że Kasia jest nadal chora. Widocznie tak trzeba. Kasia miała nauczanie indywidualne, przebywała na przemian w domu i szpitalu, kilkakrotnie mówiono mi, że to początek końca, i dziwiono się, że potrafię przyjąć to ze spokojem.

Plany Boże nie są naszymi planami. Kasia ma dwadzieścia dwa lata, od czterech lat jest pod opieką Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci, które oprócz usług medycznych zapewnia jej towarzystwo młodych wolontariuszy. Zabierają ją do kina, na spacer czy spotkania grupy z Taize. Poza domem Kasia porusza się na wózku, co wymaga czyjejś pomocy.

Kiedy już pogodziliśmy się z wolą Bożą względem Kasi, bardzo polecałam Bogu Pawła w różnych świętych miejscach w czasie pielgrzymek. Od zerówki był ministrantem, stał często blisko ołtarza, ukończył kurs lektorski, był na kilku pieszych pielgrzymkach na Jasną Górę. Kłopoty z nim zaczęły się w siódmej czy ósmej klasie. Zaczął słuchać i grać muzykę metalową, przestał się uczyć, wybierał złe towarzystwo. Razem z mężem szukaliśmy pomocy u psychologów, pedagogów katolickich i świeckich. W I klasie liceum opuszczał bardzo często lekcje, grał muzykę satanistyczną. Nie zdał i musiał opuścić szkołę. Prawie codziennie prosiłam w kościele Boga o przemianę serca Pawła. Pytałam, czemu Bóg nie chce mi pomóc, jak mam Go prosić?

Z Pawłem było coraz gorzej. Zaczęły się narkotyki, dziewczyna, złe towarzystwo. Stawał się agresywny, w domu nic nie robił, nie uczył się, zaczął kraść pieniądze. Nie pomagały żadne rozmowy, wizyty u psychologów. Nie dotrzymywał zobowiązań. Już dużo wcześniej przestał się modlić, chodzić do kościoła i na spotkania ministrantów. W domu pojawiły się książki o tematyce satanistycznej, a obrazek i krzyżyk, które wisiały nad jego biurkiem piętnaście lat, zostały zdjęte. Coraz większa agresja, kłótnie, kradzieże. Pieniądze trzeba było nosić stale przy sobie, inaczej ginęły. Najbardziej poszkodowana była Kasia, potrafił ukraść nawet, gdy nocą szła do łazienki i zostawiła pod poduszką. Prośby, groźby, modlitwy, pertraktacje - nic nie skutkowało. W intencji przemiany Pawła ukoronowaliśmy Matkę Bożą w naszym sanktuarium domowym, podejmowaliśmy różne posty, modlitwy - Paweł nadal schodził na bezdroża. 25 marca przypadkowo znalazłam pakt z diabłem podpisany przez Pawła własną krwią dla pozyskania przychylności dziewczyny... Zastanawiałam się, jak to możliwe - Pawła już dawno oddałam pod opiekę Matce Bożej, tyle modlitw i nic? Dlaczego? Jak trzeba prosić, jak się modlić, aby uprosić przemianę serca? Pogodziłam się z chorobą Kasi, to chociaż z Pawłem mogłoby być więcej radości i nadziei na jego dobre życie.

Po przeczytaniu kolejnej książki o narkomanii uświadomiłam sobie, że mój syn jest narkomanem i stąd się bierze jego agresja, apatia, kradzieże, lenistwo, nieuctwo. Mam dwoje dzieci ciężko, nieuleczalnie chorych. Łzy same kapały mi z oczu, kiedy mówiłam o tym Panu Jezusowi w kościele. I niejeden raz te łzy kapały. Uczyły mnie przyjmować trudne chwile.

Jak walczyć z narkomanią, z chorobą syna? Zalecenia były proste, lecz bardzo trudne do przyjęcia: nie dać mu wsparcia, nie dać jeść, wyrzucić z domu. Wiele razy rozmawialiśmy z Pawłem o konieczności leczenia, ale on twierdził, że nie jest mu potrzebne, wszelkie obietnice natychmiast łamał. Bardzo wiele mnie kosztowało zamknięcie przed nim lodówki, zabranie kluczy do domu, niewpuszczanie naćpanego do domu. Gdy brudny spał na klatce schodowej, ja wcale nie mogłam spać. Inicjatorem tych wszystkich trudnych działań prowadzących do tego, aby Paweł zaczął się leczyć, był mąż. Są to działania tak trudne dla matki, że chyba tylko modlitwa dała mi siły, aby wesprzeć w nich męża. Poszliśmy nawet na poli- cję, gdy podrobił czek i ukradł obrączkę (akurat był dzień matki). W końcu ustaliliśmy termin - albo idzie do ośrodka się leczyć, albo na ulicę - dom dla niego będzie zamknięty. Wszystko zostało uzgodnione z terapeutką. Paweł spakował się i wyjechał do ośrodka. Pozwolił, byśmy go z Kasią odprowadziły na dworzec. Dzięki Bogu, że podjął taką decyzję, że obyło się bez wyrzucenia z domu. Myślę, że to dzięki modlitwom. Oto jedna z nich, zapisana w pamiętniku: "Dziś po raz kolejny uświadomiłam sobie, że Bóg przecież wie o wszystkim, wszystko może i Jemu jeszcze bardziej zależy na Pawle, bo przecież za niego oddał życie na krzyżu... Powierzać Mu codziennie wszystkie trudności i czekać cierpliwie... Prosić o siłę, światło Ducha Świętego i do końca zaufać. Jezu, dopomóż w tym zaufaniu. Jezu, ufam Tobie. Matko moja, wspieraj mnie..."

Paweł od pół roku jest w ośrodku. W domu jest spokój. Pieniądze mogą leżeć spokojnie. A ja dojrzewam w moim cierpieniu. Kiedyś nie wyobrażałam sobie, że moje dziecko nie zda matury. Teraz pragnę tylko, aby był uczciwym, dobiym człowiekiem. Aby się nawrócił, wyleczył z nałogu. Mam nadzieję, że tego doczekam. Modlę się też o to, aby zbuntowana i nieakceptująca swej choroby Kasia zwróciła się bardziej do Boga.

Modlę się w intencji Pawła, poszczę i chwalę Boga w moich problemach. Ale zanim zaczęłam Go chwalić, bardzo długo pytałam: "dlaczego?". Mój proces przyjmowania cierpienia związanego z Pawłem był długi i powolny. Pytałam siebie i spowiednika, męża i zaufaną siostrę zakonną. Przecież tylu ludzi modliło się w jego intencji. Innym cuda zdarzają się natychmiast, byłam tego świadkiem podczas Mszy o uzdrowienia. Widzę sens cierpienia z powodu choroby, ale jeśli ktoś schodzi na złą drogę mimo modlitw, wyrzeczeń i starań? Bardzo trudno było mi to zaakceptować. Gdy z Pawłem było bardzo źle, siostra zakonna podtrzymywała mnie na duchu: "Nie pytaj, dlaczego taki krzyż, tylko nieś go razem z Chrystusem". I prosiłam codziennie na Mszy świętej, abym miała siłę go nieść...

Kiedyś, gdy jak codziennie powierzałam Pawła Matce Bożej, przyszła mi do głowy myśl. że zawierając przymierze z Maryją w duchu aktu "in blanco", powiedzieliśmy, że jesteśmy gotowi na wszystko, co Bóg nam przez Nią ześle. Skoro gotowi, to nie powinnam pytać: dlaczego? I przestałam pytać. Może przez te trudne doświadczenia Bóg chce oczyścić i umocnić moją wiarę. I chociaż powiedziałam Bogu "tak" : nie pytam już, dlaczego mnie i moją rodzinę tak wybrał, chwalę Go i wielbię, ale... czasami wątpliwości wracają. Dlatego ciągle nie ustaję w modlitwach i postach.

Matka


   

Wasze komentarze:
 xxx: 12.01.2009, 06:59
 św. Teresa od Dzieciątka Jezus (+ 1897): "Tak dobrze jest służyć dobremu Bogu pośród nocy, która doświadcza, wszak mamy jedynie to życie, by żyć wiarą."
 xxx: 10.01.2009, 16:32
 św. Paweł od Krzyża († 1775): Wiary ciemności Są też pewnością Miłości świętej Jej niezawodność Słodyczą dobrą Wlewa się w serce
(1)


Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej