Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Bóg nie pozwolił mi umrzeć

Nie mogę pisać tylko o moim doświadczeniu cierpienia, lecz o naszym wspólnym - małżeńskim i rodzinnym. Jesteśmy małżeństwem od osiemnastu lat. Połączyło nas Duszpasterstwo Akademickie, razem przeżywane rekolekcje, obozy letnie i zimowe, pielgrzymki na Górę Świętej Anny, do Częstochowy - zwłaszcza ta Warszawska. Wspólnie przeżywaliśmy burzliwe lata osiemdziesiąte. Nie mogę nie wspomnieć, że mieliśmy podobne zainteresowania - studiowaliśmy na wydziale lekarskim na tym samym roku, a po ślubie w tej samej grupie dziekańskiej.

Pierwsze lata naszego małżeństwa nie były wolne od trosk. W związku z bardzo niskimi poborami nasze portfele były często puste, ale w takich momentach na pomoc przychodziła nam nasza ślubna Ewangelia o ptakach i liliach na polu (Mt 6,25-34). Te właśnie słowa przywracały nam ufność w Bożą Opatrzność, która nigdy nie okazała się daremna. Wcześniej czy później nadchodziła niespodziewana pomoc - zawsze adekwatna do naszych potrzeb (nigdy więcej!). Powoli dojrzewaliśmy do cierpienia w naszym życiu małżeńskim i rodzinnym. Poprzez diagnozę niedomagania Janusza (męża), która napawała mnie lękiem (mieliśmy już wówczas ponaddwui- półroczną córeczkę), poprzez zagrożenie życia dziecka, które nosiłam pod sercem (tzw. ciąża zagrożona) i późniejsze choroby synka - przyszło na nas największe doświadczenie.

Zaczęły mnie nękać coraz bardziej dokuczliwe bóle głowy, pogarszała się też moja wydolność fizyczna. Razem z mężem uważaliśmy to za objaw przemęczenia i znerwicowania - było to najlogiczniejsze wytłumaczenie. Etat dzielony między oddział dziecięcy i poradnię dla dzieci, związane z tym dyżury szpitalne, przygotowywanie się do specjalizacji z pediatrii i prowadzenie domu... Równocześnie Janusz pracował podobnie - tylko że na oddziale wewnętrznym i z o wiele większym obciążeniem dyżurowym. Na jednym z dyżurów zauważyłam u siebie wyraźne pogorszenie słuchu prawego ucha. Po leczeniu przeciwzapalnym audiogramy były nadal złe. W związku z tym zostałam wysłana na dokładne badania diagnostyczne do kliniki laryngologicznej. Jeszcze przed wyjazdem ustaliliśmy z mężem, że każdy wynik przyjmiemy w prawdzie. Może to zupełnie niedorzeczne, ale trochę cieszyłam się tym, że wyjaśnią się przyczyny moich dolegliwości.

Po wielu badaniach, uwieńczonych tomografią komputerową, dowiedziałam się prawdy. Diagnoza była groźna: guz mózgu, zlokalizowany w bardzo trudno dostępnej dla chirurgów okolicy (w kącie mostowo-móżdżkowym). Niestety, neurochirurgia polska raczkowała wówczas w tego typu operacjach. Tylko dzięki częstej obecności w kaplicy szpitalnej na modlitwie i Eucharystii mogłam przyjąć ten ciężar. Nie dźwigałam go jednak sama. W domu wprowadzono codzienną modlitwę w mojej intencji. Dwa zaprzyjaźnione małżeństwa oraz bardzo często kapłan z naszej parafii, no i my z Januszem odmawialiśmy codziennie część różańca oraz litanię do Miłosierdzia Bożego. W związku z dużym zagrożeniem życia przyjęłam sakrament chorych. Równocześnie mąż usilnie dowiadywał się, gdzie mogłabym poddać się operacji. W tym też czasie, za sugestią i pod dużym naporem rodziny, zdecydowaliśmy się jeździć do bioenergoterapeuty. Mój stan ogólny oraz ustąpienie wielu dolegliwości, jak również poprawa wyników badań klinicznych (m. in. audiogramu) pozwalały przypuszczać, że guz uległ znacznemu zmniejszeniu. Moja kondycja na tyle się poprawiła, że niektórzy znajomi nie mogli uwierzyć w diagnozę. Niestety, po wykonaniu kontrolnych zdjęć tomograficznych okazało się, że guz niebezpiecznie urósł.

Na skutek wielu szczęśliwych zbiegów okoliczności na początku 1990 roku trafiłam na oddział kliniki neurochirurgicznej, gdzie krótko wcześniej zakupiono pierwszy w Polsce sprzęt do przeprowadzania tak skomplikowanych operacji. Tymczasem Janusz porozsyłał modlitewne wici do wszystkich znajomych i przyjaciół. Później dowiedzieliśmy się, że i przyjaciele przyjaciół oraz znajomi znajomych modlili się za mnie i często ofiarowywali Msze święte. I ja starałam się nie być bezczynna. Prawie codziennie chodziłam na Eucharystię (mimo kilkakrotnego ostrzeżenia, że w moim stanie chodzenie jest niebezpieczne).

Po szczęśliwie przebytych dwóch operacjach, chociaż byłam przykuta do łóżka, cieszyłam się, że przez ręce kapelana mogę dostąpić łaski Komunii świętej. Okres pooperacyjny przebiegał bez żadnych komplikacji, moja radość zaczęła się jednak zmieniać w coraz to większy niepokój. Dlaczego nie ma Janusza? Dotychczas odwiedzał mnie bardzo często... Lekarze zapewniali, że mąż ma grypę i przecież nie może mnie zarazić. Wiedziałam już wcześniej, że nasza córeczka jest chora. Zdaniem męża nie było to nic poważnego, ale dla pewności oddał ją na oddział laryngologii dziecięcej pod fachową opiekę (pojechał w tym dniu na pogrzeb swojej babci).

Gdy dowiedziałam się, że córka została przewieziona do innej kliniki laryngologicznej, byłam pewna, że dzieje się coś złego, a ja jestem "dla mojego dobra" okłamywana. Telefonicznie wymogłam na mężu, aby przyjechał i przedstawił mi prawdę. Prawda była okrutna. Oboje z Januszem płakaliśmy w czasie rozmowy. Córeczka leżała pod respiratorem, a jej życie wisiało na włosku. Okazało się, że wskutek rażącego błędu lekarza - do którego się nie przyznał - doszło do masywnego krwotoku wewnętrznego z tętnicy szyjnej. I to zło Pan Bóg potrafił zamienić w dobro przez łańcuch ludzi dobrej woli. Kilkanaście osób w odpowiedzi na apel oddało natychmiast krew do transfuzji (brakowało jej, gdyż Majka ma bardzo rzadką grupę krwi - w Wojewódzkiej Stacji Krwiodawstwa było jej tylko pół litra). Anestezjolog kliniki kardiochirurgii dziecięcej znieczulał ją do operacji, radiowozem policyjnym przywieziono na konsultację hematologa (była godzina szczytu), prywatnymi samochodami dowożono potrzebne materiały i leki. W ciągu godziny przetoczono Majce 7 litrów krwi (u dziecka w jęj wieku w żyłach płynie około 3 litrów) - do jednej żyły "pompowano", a z drugiej tętnicy fontanną wypływała. Cudem Opatrzności Bożej było zgromadzenie takiej ilości krwi - niemożliwością wydawało się pozyskanie chociaż 2 litrów! Ostatecznie po kilku operacjach znalazła się na oddziale intensywnej terapii.

Dopiero później dowiedziałam się, że Janusz w najbardziej krytycznym momencie całkowicie oddał jej życie Bogu ("Panie, jeżeli chcesz, zabierz ją - do Ciebie należy. Ale jak to wytłumaczyć Ewie?"). Zaraz w pierwszej dobie, gdy została odłączona od respiratora, zdecydowałam się wyjść z kliniki na własne żądanie. Było to dwa tygodnie po operacji Majki. Jej stan był opłakany - leżała w pajęczynie najróżniejszych rureczek, ale starała się uśmiechać do mnie i Janusza. Kolejne dni mijały, a Bóg czynił cud po cudzie w organizmie Majki. W maju, w normalnym terminie przystąpiła do sakramentu pokuty i do Pierwszej Komunii świętej. Dziś, po latach, poza bliznami nic nie wyróżnia jej z grona rówieśniczek, chociaż wypisana była z kliniki z rozpoznaniem zawału prawej półkuli mózgu. Chwała Panu!

Ale to nie był jeszcze koniec naszych prób... Moje bóle głowy stawały się trudne do wytrzymania, często wymiotowałam; nadwrażliwość na hałas, zapachy i światło sięgała zenitu. Kolejne badanie tomograficzne wykazało wznowę - guz, który według wiodącego anatomopatologa miał być niezłośliwy, wykazał swą bardzo dużą złośliwość lokalną... Wzrastał w zastraszający sposób. Tymczasem mój Tata też się rozchorował... Nowotwór... Widziałam, jak niknie w oczach i bardzo cierpi. Wszyscy płakaliśmy po kątach. Jedyną pociechą były częste wizyty kapłana z Panem Jezusem. Udało się nam (Mamie, Januszowi i mnie) namówić Tatusia, aby wraz ze mną przyjął sakrament chorych. A potem był pobyt Taty na oddziale chirurgicznym, operacja, która się udała... I również mój pobyt w klinice neurochirurgicznej. Musiałam leżeć, brać leki, zastrzyki, kroplówki. Ale jeszcze mogłam zachować minimum samodzielności - sama chodziłam do toalety (obok sali), opierając się o ścianę i barierki łóżek.

W drugiej dobie pobytu na oddziale dowiedziałam się od Janusza o śmierci Taty. Uparłam się. że pojadę na pogrzeb, choćby na wózku inwalidzkim. Ordynator oddziału, mąż i brat stryjeczny próbowali mi wyperswadować ten pomysł. Przeważyło stwierdzenie, że Tatuś na pewno nie chciałby, żebym takim zachowaniem jeszcze bardzie nadwątliła swoje mizerne siły. Cóż, pozostała mi tylko modlitwa (albo aż modlitwa). Wołałam w duchu do Boga, że już wystarczy tych prób, a równocześnie prosiłam o siły do dalszego niesienia krzyża. Wiedziałam, że jest ze mną źle, lecz nie zdawałam sobie sprawy ze stanu zagrożenia życia. Guz urósł do wielkości męskiej pięści (?!). wrastając w pień mózgu, a lekarze nie wierzyli w sens podjęcia operacji. Operowali mnie tylko ze względu na solidarność zawodową. Operacja trwała kilkanaście godzin. Największą radość przeżyłam po otwarciu oczu, kiedy zobaczyłam przy swoim łóżku kapłana z Najświętszym Sakramentem i uśmiechniętego męża.

Potem przyszły szare, trudne i pełne nauki pokory dni. Byłam w pełni zależna od innych, uczyłam się prosić. Po długim pobycie w klinice neurochirurgicznej otrzymałam skierowanie na oddział onkologii. W międzyczasie miałam trochę "urlopu" od białych fartuchów (od Wigilii do Nowego Roku). Moje siły psychiczne i fizyczne były bardzo nadwątlone. Do domu zostałam wniesiona przez męża i szwagra. Znaleźli się ludzie, którzy zadbali o moją duszę - sprowadzono kapłana (trzeci raz przyjęłam sakrament chorych), modliły się nade mną osoby z Odnowy w Duchu Świętym i oczywiście codziennie był odmawiany różaniec.

I przyszedł bardzo trudny do przeżycia pobyt na onkologii. Panowała tam pełna lęku i beznadziejności atmosfera. Ciągle ocierał się człowiek o śmierć współpacjentów. Miałam tam przyjąć 30 dawek naświetlań tzw. bombą kobaltową. Od tych leczniczych promieni ginęły pozostawione po operacji komórki guza, ale również komórki skóry. Powoli łysiałam oraz niewiarygodnie traciłam siły. Przy życiu podtrzymywała mnie tylko częsta Komunia święta. Mąż, walcząc o moją nadzieję, nagrał na taśmę magnetofonową fragmenty Ewangelii według świętego Marka o uzdrowieniach. Przesłuchiwałam ją i ze smutkiem powtarzałam Panu - A ja? O mnie zapomniałeś?

Wreszcie nadszedł wytęskniony powrót do domu. Tu też nie obyło się bez próby... Zaczęłam cierpieć na straszliwe drżenia głowy i rąk, które uniemożliwiały mi sen (głowa podskakiwała na poduszce), przyjmowanie pokarmów i napojów (mąż karmił mnie przyciskając głowę do oparcia fotela). Zaburzenia połykania powodowały ciągłe krztuszenie się. To było już powyżej granic mojej wytrzymałości. Prosiłam Janusza o skrócenie mi cierpień, o podanie mi środka, który zakończy moje życie. Na szczęście mąż nie "ulitował" się nade mną. Po wielu konsultacjach poprzedzonych modlitwą (wiele nauczyło nas medytowanie 38. rozdziału Mądrości Syracha) Janusz zmienił dawki i niektóre przyjmowane przeze mnie leki. Powoli drżenia zaczęły ustępować. Bóg nie pozwolił mi umrzeć. Ulitował się nad dziećmi, mężem, rodziną. Okazał swe miłosierdzie i moc uzdrowienia. Jezus żyje! Chwała Mu i cześć, i dziękczynienie!

To był początek naszego nowego życia, początek różnych przewartościowań. Mimo pozornej degradacji społecznej (z lekarza na rencistę I grupy inwalidzkiej i gospodynię domową, która na domiar złego nie potrafi sprostać wszystkim obowiązkom) jestem szczęśliwa. Żyję dla Boga, dla dzieci i męża.

Minęło już dziewięć lat od tamtych wydarzeń. Nawet nam trudno uwierzyć, jak wiele znaków uczynił Pan w naszym życiu. Byłam osobą, która samodzielnie nie potrafiła usiąść w łóżku, nie mogła czytać (z powodu silnego oczopląsu), me umiała się nawet podpisać i bełkotliwie mówiła Przez prawie niedostrzegalne działanie Boga myśmy nie widzieli tego, lecz każda osoba z zewnątrz zauważała pozytywne zmiany w moim organizmie) już w 1992 roku mój stan zdrowia m tyle się poprawił, że mogliśmy z Januszem pojechaać na rekolekcje. Od tego czasu przynajmme raz w roku odprawialiśmy je, pogłębiając nasza wiarę, nadzieję i miłość. Jesteśmy ciągle w drodze do Miłosiernego Ojca i choć nieraz upadam podnosimy się wzajemnie i razem próbujemy iść dalej.

Ewa


   

Wasze komentarze:
 Ewa: 31.03.2008, 12:04
  Duch Święty to Osoba , To Bóg ! Miłość Ożywiająca ... to trochę podobnie jak w Rodzinie Ludzkiej : JEST ...Ojciec , Matka i ...DZIECKO ...ONO JEST DAREM Danym i Zadanym ; JEST Osobą ..podobnie jak Rodzice , ale Dziecko Wnosi świeżość , radość , miłość czystą , ożywia , uszczęśliwia ... DZIĘKI NIEMu Miłość Rodzicow się Wzmacnia , Potęguje , JEST CEMENTEM dwojga kochających się prawdziwie ludzi .
(1)


Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej