Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Każdy kolejny krzyż przybliża mnie, do Niego

Moje dorosłe, samodzielne życie rozpoczęło się od związku niesakramentalnego. Bałam się takiej sytuacji, ale nie potrafiłam się jej przeciwstawić. Od początku nasze wspólne życie nie układało się. Prawdziwy koszmar zaczął się jednak na Kubie, dokąd wyjechaliśmy po czterech miesiącach naszego "małżeństwa". Tam przedwcześnie urodziło się nasze dziecko, którego nie udało się uratować. Przeżyłam szok i wiedziałam, że to już koniec tego związku. Grozę sytuacji pogarszał szalejący cyklon, którego także mogłam być ofiarą. Modliłam się i Bóg pozwolił mi przetrwać. Po czterech latach od tamtego strasznego wydarzenia odbył się na Jasnej Górze mój prawdziwy ślub. Potem urodził się nam upragniony syn Krzysztof, który również był wcześniakiem. Początkowo świetnie się rozwijał, ale nie trwało to długo. Także to moje małżeństwo, zbudowane na prawdziwej miłości, wkrótce po ślubie zaczęło się chwiać. Mąż wyjechał sam na placówkę, a Krzyś coraz częściej chorował.

Miał niecałe trzy lata, gdy na skutek przedawkowania antybiotyków zapadł na bardzo poważną chorobę krwi i trafił do szpitala. Lekarz stwierdził, że jest tylko cień nadziei na uratowanie go. Tak zaczęła się walka o życie Krzysia. Szpital, dom, szpital, dom i ciągle tylko cień nadziei. Transfuzje krwi były wykonywane co drugi dzień. Igły do transfuzji musiały być grube, więc drobne żyły Krzysia pękały. Dlatego przeprowadzano je, nakłuwając nie tylko przeguby rąk, ale także wierzchnią część dłoni, nogi, a także głowę. Miał też wykonywane inne przykre zabiegi, jak na przykład wyciąganie szpiku z mostka. Musiał brać wiele leków, wśród nich hormonalne, które powodowały, że szybciej rósł, dostał zarostu, wyszły mu stałe zęby itp. Trzyletnie dziecko z zarostem to widok niesamowity, ale dla wielu ludzi śmieszny, co niejednokrotnie okazywali, zadając ból Krzysiowi i mnie.

W czasie tej choroby, na skutek braku krzepliwości krwi, gdy Krzyś się rozgrzał lub zdenerwował, krew leciała mu nosem, uszami i ustami. Dlatego lekarz powiedział, że zgodzi się na moje wizyty w szpitalu pod warunkiem, że żadne z nas nie będzie płakać. Krzyś tłumił płacz i wycierał oczy w obawie, by nas nie rozdzielono. Prosił też, żebym go uśpiła, aby nie widział, jak będę wychodziła ze szpitala. A ja, żegnając się z nim, nie wiedziałam, czy zobaczę go jeszcze żywego. Mąż był nadal na placówce i coraz częściej wspominał o rozwodzie.

Po dwóch latach choroba Krzysia została zaleczona, ale przy każdej nowej chorobie mógł nastąpić jej nawrót. Krzyś miał wtedy pięć lat. Pojawił się jednak nowy problem. "Traci wzrok i nie ma na to ratunku" - powiedział okulista. Równocześnie stwierdzono, że grozi mu garb. Rozpoczął się nowy etap bardzo intensywnych ćwiczeń, czasami aż do utraty przytomności, codzienne pływanie, noszenie różnych gorsetów i częste pobyty w szpitalu.

W tym czasie mąż wrócił z placówki i rozpoczął się smutny proces rozwodowy. Nie mogłam zrozumieć, że z tak wielkiego uczucia nie pozostało u niego nic. Proces trwał długo i był bardzo bolesny. Mimo braku mojej zgody orzeczono rozwód. Krzyś kochał ojca i ja kochałam męża; kocham go zresztą do dzisiaj.

Gdy słyszy się o czyjejś tragedii - nawet tej najgorszej - dotyka się jej tylko powierzchownie. Prawdziwy ból i rozpacz przychodzi dopiero wtedy, gdy dotyka to nas samych. Tak było i w moim przypadku. Umarła moja mama. Wydawało mi się, że to, co na mnie spadło, przerosło moje siły. Tylko z pomocą Boga można było to unieść. I Bóg kolejny raz przyszedł mi z pomocą.

Po kilku latach intensywnych ćwiczeń zagrożenie garbu u Krzysia minęło, ale nadal często chorował. Po kolejnym długotrwałym gorączkowaniu znów trafił do szpitala, gdzie stwierdzono niewydolność nerek i w konsekwencji konieczność dializowania.

Początkowo choroba postępowała wolno. Jej gwałtowne przyspieszenie nastąpiło, gdy Krzysztof miał siedemnaście lat i był w klasie maturalnej; wtedy zaczął dializy. Zaraz też nastąpił nawrót choroby krwi z dzieciństwa. Prawie równocześnie zapadł na żółtaczkę i złapał jeden, a wkrótce dwa następne wirusy wątroby. Rok przed śmiercią pękł mu wyrostek robaczkowy. Był dializowany przez sześć lat. Te sześć lat to okres wielu dodatkowych zabiegów i cierpień, a przede wszystkim ciągłego zagrożenia. Krzysztof wiedział, że nie będzie długo żył, i mówił mi o tym. Były to trudne rozmowy. Gdy nie potrafiłam ukryć przygnębienia, powtarzał: "Nieważne, ile się żyje, ale jak". Ufał Bożemu Miłosierdziu. Ja uczę się tego do dzisiaj.

Krzyś bardzo kochał ojca i zawsze zabiegał o jego odwiedziny. Gdy był mały, nitką przywiązywał męża do mebli i prosił, żeby został. A później, po wyjściu męża, płakał godzinami, ja także. Gdy szedł ostatni raz do szpitala, bał się, żeby ojciec nie zobaczył go w tak złym stanie. "Jak wyjdę ze szpitala, zadzwonię do ojca" - powiedział. Ale nie wyszedł.

Śmierć mojego syna stała się faktem. Przygniatały mnie rozpacz i bolesny smutek. Teraz niczym wydawało mi się to, co dawniej powodowało paraliżujące przerażenie. To był trudny okres mojego życia. Dopiero teraz zrozumiałam, że Bóg uczył mnie przyjmowania tego, co sam daje. Każdy kolejny krzyż przybliża mnie do Niego. A Jego cudowna moc pozwala przetrwać najtrudniejsze chwile. Ta moc uzdolniła mnie do wybaczania i kochania tych, którzy mnie najbardziej zranili. To nie moja zasługa, to dar Boży, że mogę nadal kochać męża i mieć nadzieję, że kiedyś Pan Bóg wskaże mu drogę do Siebie, choć ja nie muszę być tego świadkiem.

Od kilku miesięcy mieszkam z moim ojcem, który, między innymi, ma chorobę Alzheimera. Opieka nad ojcem nie jest łatwa. Ja również nie jestem najzdrowsza; przede wszystkim grozi mi utrata wzroku. Czy mimo tylu przeżytych cierpień i dramatów potrzebne mi jest jeszcze takie doświadczenie?

Jest to dla mnie niepojęte, że dopiero teraz - gdy dowiedziałam się, że mam stracić wzrok - dostrzegłam piękno otaczającego świata; zachwycam się tym, na co patrzyłam przez wiele lat bez zachwytu.

Dziękuję Jezusowi za pomoc i proszę, by leczył dalej mą duszę i nie pozwolił mi oddalić się od Niego - nawet za cenę kolejnej udręki.

Małgorzata


   

Wasze komentarze:
 marianna: 13.05.2008, 10:54
 Modlę się codziennie do Ducha św. o jego dary. Jest to łaska cudów w moim życiu. Takich niezauważalnych od razu ale z czasem dostrzeganych zmian na cudowne lepsze. Polecam modlitwę do Ducha św. bo przez nią Trójca św. sprawuje opiekę nad człowiekiem. a bez tej opieki do dobra się nie dojdzie.
(1)


Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej