Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Niczym rozległy ocean

     Jan Paweł II w swoim Liście apostolskim Novo millennio ineunte wzywa nas za Chrystusem, abyśmy "wypłynęli na głębię". Redakcja Z Niepokalaną zwróciła się do kilku osób z pytaniem, jak rozumieją owe wezwanie, zachętę, co ona znaczy w ich życiu? Poniżej zamieszczamy uzyskane odpowiedzi:

     Wojciech Cejrowski, podróżnik

     - Pierwszy raz wypłynąłem na głębię, kiedy mój stryj Andrzej Cejrowski zatrzymał szalupę na środku jeziora, pomógł mi zejść do wody i powiedział: "A teraz spróbuj sobie poradzić. Niczego się nie bój. Pamiętaj, ja tu na górze czuwam i kiedy zaczniesz tonąć, wyciągnę cię za włosy".

     Papieskie "wypłyń na głębię" znaczy dla mnie tyle co: zaufaj sobie, podejmuj wyzwania, a w razie niebezpieczeństwa pamiętaj, że Bóg czuwa i wyciągnie cię z opresji.

     Zaufaj sobie! Czy słowo "sobie" oznacza tu odsunięcie Boga na dalszy plan? Czy chodzi o postawę "dam sobie radę sam"? Owszem. Właśnie o to chodzi (moim zdaniem).

     Wiele osób ma skłonność do zawracania Panu Bogu głowy różnymi drobiazgami. Z każdą sprawą lecą do nieba i proszą: "Daj, pomóż, pamiętaj, opiekuj się". Pan Bóg miłosiernie słucha tego szumu, nie irytuje się, nie obraża - jest nieskończenie cierpliwy.

     Ja taki cierpliwy nie jestem i strasznie mnie irytuje u bliźnich postawa modlitewnego wyczekiwania na pomoc z góry. To jest postawa bierna. Jakaś taka socjalistyczna - niech się ktoś mną zajmie, zaopiekuje... Modlić się trzeba, ale działać także.

     Pewien Izraelita modlił się w synagodze, żądając wygranej na loterii. Nachodził Pana Boga codziennie przez wiele tygodni. Uporczywie i coraz bardziej agresywnie domagał się trafienia miliona dolarów. W końcu Pan Bóg nie wytrzymał, wychylił się zza chmury i wrzasnął: "Mosiek! Daj mi szansę! IDŹ KUPIĆ LOS!!!"

     Zamiast bez przerwy klęczeć i obracać różańce, zamiast biadolić i czekać na dar z jasnego nieba, WYPŁYŃCIE NA GŁĘBIĘ! Dajcie Bogu szansę zadziałać. On wyposażył nas wszystkich w liczne talenta - w ręce, nogi, oczy, rozum, w zmysły, umysły, umiejętności... - i powiedział: "Idźcie i czyńcie sobie ziemię poddaną". CZYŃCIE, to znaczy: róbcie coś, stwarzajcie, bądźcie aktywni.

     Potem Jezus dał nam przypowieść o talentach, z której jasno wynika, że wszystko, co otrzymaliśmy, mamy inwestować, obracać, pomnażać. Talent został dany po to, żeby go używać, a nie odkładać na później.

     Wierzysz w Boską mądrość, w Opatrzność itd.? To dlaczego nie rozwijasz wszystkich swoich uzdolnień? A kto powiedział, że dobry chirurg nie może być przy okazji świetnym pianistą? Szkoda czasu na głupoty? Trzeba się skupić na tym, co najważniejsze i leczyć łudzi, a nie brzdąkać po klawiszach? Nie poprawiaj Pana Boga - skoro dał ci jakiś konkretny zestaw narzędzi (uzdolnień...), to WSZYSTKIE one czemuś służą. Za tym stoi jakaś myśl. Powiem więcej: Duch Święty.

     Pan Bóg, w przeciwieństwie do nas, nigdy nie puka bez celu po klawiszach życia. Kiedy stwarzał każdego z nas i wyposażał na ziemską drogę, dał nam do plecaka dokładnie to, co będzie potrzebne. Jedni z nas dostali więcej, inni mniej, ale każdy wszystko, co mu będzie potrzebne.

     "Masz. A teraz WYPŁYŃ NA GŁĘBIĘ i radź sobie sam".

     Nie umiesz pływać? A pamiętasz, jak cię w dzieciństwie ciągnęło do wody? Wtedy trzeba się było nauczyć. Z wiarą i ufnością pójść za moim wezwaniem. Nie poszedłeś. A byłbyś dzisiaj świetnym pływakiem, mistrzem olimpijskim. No cóż, nie pierwszy to raz... ani twój, ani innych. Ludzie bez przerwy pozostawiają żyzne pola odłogiem. Przeszukaj swój plecak, na dnie znajdziesz zestaw narzędzi szkutniczych, który cię zawsze tak bardzo irytował, weź go teraz, zbuduj sobie łódź i wypłyń w końcu na tę głębię.

     Ludzie zazwyczaj wolą się skupić na czymś jednym, wybranym - żyjemy w epoce specjalizacji. Ja natomiast czuję renesansowy przymus "używania" wszystkich narzędzi, które dostałem od Boga. Dlatego nie mam żadnego konkretnego zawodu ani dyplomu - po maturze nie ukończyłem już żadnej szkoły, chociaż uczyłem się i studiowałem w wielu. Ale jednocześnie jestem cieślą (kilkanaście lat pracy w stadninie koni w Szwecji, gdzie najpierw budowałem płoty, a potem stajnie). Mówię (i myślę!) płynnie w trzech językach, fotografuję zawodowo, za pieniądze, piszę i publikuję (4 książki, liczne artykuły w gazetach i czasopismach). Poza tym pracuję w radiu, telewizji, występuję na scenie, organizuję wyprawy do ginących plemion w Amazonii, a ostatnio, jako przewodnik, oprowadziłem pielgrzymkę-wycieczkę do Meksyku, zorganizowaną przez Księży Marianów...

     Co to wszystko znaczy? Bałagan? Zachłanność?

     Po prostu za każdym razem, kiedy słyszę wewnętrzne wezwanie WYPŁYŃ NA GŁĘBIĘ, wypływam. Kilkakrotnie porzucałem karierę i szedłem za tym głosem. W nieznane. Na głębię. I zawsze, ZAWSZE, za każdym razem przekonywałem się, że wszystkie dotychczasowe umiejętności, wszystko, co znajduję w moim plecaku, łączy się ze sobą. Jeden element pasuje do drugiego, uzupełnia go... Widocznie mam taki być. Jeszcze nie wiem, w jakim celu, ale nie pytam o to. Ufam. Płynę dalej i łapczywie rozwijam każdą kolejną umiejętność odnalezioną w sobie. Wykorzystuję każdą kolejną szansę, którą dostrzegam. Nie odmawiam Panu Bogu. Nie kombinuję za bardzo, nie pytam: po co i na co? Biorę wszystko, co Bóg daje, wierząc, że On wie, co robi. A gdybym zaczął tonąć, wyciągnie mnie za włosy.

     Leszek Korfman, inżynier budownictwa lądowego

     - Jestem człowiekiem w jesieni życia. Nigdy nie miałem problemów z wiarą, a tym samym z systemem wartości. Jednak po usłyszeniu wezwania Ojca Świętego "wypłyń na głębię" nie do końca je rozumiałem. Uświadomiło mi ono moją małość i bezradność, mimo że jestem po studiach, mam za sobą suksesy zawodowe w dziedzinie organizacji i zarządzania, lata pracy społecznej i w Akcji Katolickiej. Lektura Novo millennio ineunte zmusiła mnie do analizy mojej sytuacji doczesnej. Zadaję sobie pytanie, co mam robić, jak żyć, by wypłynąć na tę głębię. Poza modlitwą chrześcijanin, zwłaszcza w dzisiejszym świecie, musi być aktywny, przeciwstawiać się złu, które rozlewa się tak szeroko w przerażającym tempie. Wydaje mi się, że zło za czasów PRL-u, które pozostawiło po sobie wielkie spustoszenie moralne, nie było tak niebezpieczne jak jest teraz. W tamtym czasie byliśmy zmuszani siłą do zaniechania praktyk religijnych. Obecnie nikt nas nie zmusza np. do pracy w niedzielę i święta. Sami to robimy, będąc mamieni pieniędzmi lub wygodą życia. Wierzymy reklamom, że tak przyjemnie pójść z całą rodziną w dzień świąteczny do supermarketu na zakupy. Poddając się indoktrynacji reklamy, zapominamy o trzecim przykazaniu "pamiętaj, abyś dzień święty święcił". Zapominamy o świętowaniu niedzieli, także o innych przykazaniach Dekalogu, a jednocześnie chcemy, by nas Bóg wysłuchiwał, a jeszcze lepiej by było, gdyby spełniał wszystkie nasze prośby, a my pozostawali bierni, bo taka postawa nie wymaga wysiłku i zaangażowania. Chcielibyśmy przeżyć życie lekko, miło i przyjemnie. Wiele ludzi poddaje się tym skłonnościom, a przecież Pan Bóg dał nam rozum, wolną i nieprzymuszoną wolę, i dlatego w sposób rozumny należy przeciwstawiać się łatwym rozwiązaniom. Niestety, ja też miałem skłonności do bycia obojętnym. Ale zacząłem odczuwać potrzebę pogłębienia swojej wiary, bo zdawałem sobie sprawę, że jest płytka.

     Z czasem doszedłem do wniosku, że tak mało uczyniłem dla Kościoła i wspólnoty, w której żyję. Obudziła się we mnie świadomość, że przez modlitwę i działanie na rzecz Kościoła oraz dobra wspólnego mogę coś jeszcze uczynić. Idźmy więc naprzód z nadzieją. Nowy okres życia Kościoła otwiera się przed nami niczym rozległy ocean. Wypłyńmy na głębię, licząc na pomoc Chrystusa.

     Wypłynąć na głębię, to m.in. pogłębić swoją wiarę, a przede wszystkim mieć w sercu Chrystusa, tzn. mieć miłość do bilźniego, tolerancję i szacunek dla praktyk religijnych innych chrześcijan, co nie jest równoznaczne z tolerancją sekt. Wypłynąć na głębię, to być czynnym katolikiem, oprócz modlitwy uczestniczyć czynnie w życiu Kościoła, wspierać materialnie i duchowo dzieła w nim przeprowadzane. Wreszcie wypłynąć na głębię, to również znaczy być aktywnym obywatelem. Minione 50 lat zabiły w nas sens działania społecznego. Jako katolicy otrząśnijmy się z tego stanu. Nie obrażajmy się, nie szczędźmy sił i talentów, danych nam przez Stwórcę, dla dobra nas samych, Kościoła i naszej Ojczyzny.

     Beata Moskal, prawniczka

     Nie umiem Ci, Panie, dziękować, / Bo tak małe są moje słowa. / Zechciej przyjąć moje milczenie/ I naucz mnie życiem dziękować.

     - Słowa tej pieśni usłyszane po raz pierwszy w czasie pielgrzymki jubileuszowej do Rzymu zapadły mi głęboko w sercu, i często powtarzam je na modlitwie. Dla mnie "wypłynąć na głębię" oznacza właśnie wielbienie Boga i dziękowanie Mu za ogrom łask każdą chwilą swojego życia, świadczenie o Jezusie Chrystusie przez świadectwo swojego życia.

     Nie czynię wielkich rzeczy, nie pracuję w hospicjum, nie założyłam fundacji czy stowarzyszenia. Moje życie jest całkiem zwyczajne, można by nawet powiedzieć, że monotonne, podzielone między dom i pracę. Ale myślę sobie, że do takich zwykłych zadań powołał mnie Bóg i zadania te muszę wykonać, jak najlepiej potrafię. Staram się dużo wymagać od siebie, doskonalić się, zmieniać przede wszystkim siebie, a nie innych.

     Moją wielką nauczycielką jest Maryja. To Ona uczy mnie każdego dnia mówić Bogu fiat, iść z radą i pomocą do tych, którzy jej potrzebują, modlić się, radować z małych rzeczy, nieść radość i uśmiech, nie narzekać, przyjmować z pokorą przeciwności losu, przebaczać. Każdego dnia dziękuję Bogu za ludzi, których spotykam na drodze; to przez nich Bóg okazuje mi swoją miłość.

     Najświętszy Boże,
     mój Ojcze Niebieski
     Ty masz względem mnie
     szczególny plan
     w Kościele i pomiędzy ludźmi.
     Ty znasz od zawsze
     działalność, dla której
     zostałem stworzony;
     pracę, którą tylko ja
     mogę wykonać,
     a nikt inny.
     Jeśli tego zadania nie podejmę,
     nigdy nie zostanie wykonane.
     Dlatego muszę dołożyć starań,
     by je wykonać.
     Pozwól mi poznać Twoją wolę,
     a będę kroczył za Tobą,
     jakimkolwiek okaże się
     to zadanie.
     Wiem, że w Tobie
     wszystkiego mogę dokonać
     - Tyś siłą i wytrwałością.
     Amen.

     Czesław Ryszka, dziennikarz, były poseł RP

     - Od lat pracuję jako dziennikarz związany z tygodnikiem Niedziela. Piszę również książki. W moim przypadku sprawdza się przysłowie: "Czym skorupka za młodu nasiąknie..."

     Najpierw wychowanie w religijnej śląskiej rodzinie, potem studia polonistyczne i teologiczne na KUL-u, aktywny udział w ruchu oazowym ks. F. Blachnickiego. Tak formowała się moja osobowość i kultura. Przekonałem się w swoim życiu wielokrotnie, że nie ma poważniejszej, ciekawszej i sensowniej szej rzeczy w świecie niż religia. Stąd, kiedy zacząłem pisać, wiele miejsca, a może nawet wszystko, jest w moich książkach poświęcone popularyzacji najważniejszych zagadnień chrześcijaństwa. Piszę o największych wyzwaniach naszych czasów, o szerzącej się tzw. "kulturze śmierci", przejawiającej się w aborcji, eutanazji, promowaniu sekt; łączę niepokoje w przyrodzie z katastrofą ekologiczną, sprowokowaną lekkomyślną i grabieżczą gospodarką człowieka. Podstawowe zagrożenie widzę w tym, że oszałamiającemu rozwojowi techniki nie towarzyszy rozwój etyczny człowieka. Napawać to powinno przerażeniem. Stąd też nadzieja w nauczaniu Ojca Świętego. Dlatego piszę piątą książkę o Papieżu - Polaku, zatytułowaną "Jan Paweł II Wielki".

     Piszę również wiele o maryjnych objawieniach i sanktuariach, które - według Jana Pawła II - są oznakowanymi miejscami spotkań z Bogiem, drogowskazami na planie zbawienia, geografią łaski i miłosierdzia. Pokaźną liczbę książek poświęciłem postaciom świętych i kandydatów na ołtarze. Szukam dowodów na istnienie Boga. Właśnie nadzwyczajne zjawiska w religii, znaki i nadprzyrodzone dary, jakie posiadali ludzie święci, pozwalają żywić przekonanie, że Bóg w ten sposób objawia nam swoją wszechmoc i potęgę. Nie chodzi mi o jakieś sztuczne, magiczne znaki, ale o drogę łaski, która sprawia, że ktoś przerasta swoją świętością zwykłych zjadaczy chleba.

     Pragnąłbym swoim życiem oraz twórczością udowodnić, że można żyć tak, jak naucza tego Jan Paweł II. Ze można z rodziną zbudować "domowy Kościół", a z posługi słowa uczynić drogę do świętości. To dla mnie znaczy wypłynąć na głębię.

Z Niepokalaną - wiosna 2002


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej