Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Powołany do wieczności

     O ostatnich miesiącach życia Janusza Kotarby mówi jego żona Małgorzata

     CHOROBA POJAWIŁA SIĘ NAGLE

     Janusz, wieczny wędrowiec, aktywny, twórczy, uprawiający niemal wszystkie sporty, podczas letniej wyprawy do Turcji, na której był z ojcem Andrzejem Bujnowskim i dziećmi, dostał silnych boleści barku. Myślał, że jest to nawrót kontuzji z poprzedniego roku. kiedy na parafiadzie podczas gry w piłkę złamał obojczyk. Wrócili do domu tuż przed pielgrzy mką Ojca Świętego do Polski w sierpniu i wydawało się, że te dolegliwości minęły.

     Podczas wizyty papieskiej nocowało u nas dużo osób. Wybieraliśmy się wszyscy na Mszę św. na Błonia. Rano, gdy wychodziliśmy z domu. Janusz zwlekał z wyjściem, mówiąc, że dołączy do nas później. Po powrocie, okazało się, że został w domu. Nie czuł się najlepiej.... Na początku września kiedy odebrał wyniki USG, bardzo się spieszył na spotkanie z kimś; podał mi je w biegu mówiąc - mam jakieś zmiany w wątrobie - i pojechał dalej.

     WIECZOREM ZADZWONIŁAM

     do znajomego lekarza, przeczytałam mu diagnozę napisaną po łacinie. Okazało się, że są to najprawdopodobniej zmiany nowotworowe. Świat się załamał... przynajmniej dla mnie. Ale nie dla Janusza. Janusz posłusznie poddawał się badaniom. Rano jeździł do szpitala na rowerze, a potem na tym rowerze objeżdżał Kraków, załatwiając wszystkie sprawy wydawnictwa. Cały czas aktywnie pracował.

     W październiku po kolejnej biopsji, kiedy diagnoza była jednoznaczna - nowotwór, Janusz powiedział, że nie będzie się zajmował swoją chorobą. Chciał, żebym to ja wzięła na siebie jego leczenie. Dopóki mógł - był aktywny, utrzymywał kontakty z ludźmi, swoją chorobę odłożył jakby w nawias. Był człowiekiem, który niezwykle kochał życie, ale nie walczył o nie za wszelką cenę. Kochał życie, kochał działanie, sytuacje, które tworzył, spotkania z ludźmi. Bawiła go ta cała materia życia. Przy tym był szalenie obowiązkowy, nigdy się nie spóźniał, wszystko musiało być zrobione w terminie, skończone. Miał też taką bardzo pozytywną cechę, że jeśli coś mu się nie udawało, czy znalazł się w jakiejś trudnej sytuacji, to mówił, że

     TO TRZEBA POLUBIĆ

     Przez wiele lat mieszkaliśmy w Krakowie w dozorcówkach. Wydawać by się mogło, że to jakiś dysonans - Janusz profesor w liceum, a jednocześnie dozorca sprzątający kamienicę. Po przeciwnej stronie ulicy dozorcą był ojciec jednej z jego uczennic. Janusz nie wstydził się tej pracy, po prostu starał się być dobrym dozorcą. Myślę, że podobnie potraktował swoją chorobę, tzn. w sposób rzeczywisty. Nie wpadał w jakąś bezsensowną walkę z tą chorobą, tylko robił to, co się dało zrobić i tyle. On właściwie o tej chorobie w domu nie rozmawiał, ani ze mną, ani z dziećmi.

     Nigdy nie narzekał w stylu: "Jestem taki chory i co wy teraz zrobicie". To ja chyba przeżywałam większy stres niż on. Ten ogromny ciężar przygniótł mnie całkowicie, wręcz fizycznie.

     MOMENTEM PRZEŁOMOWYM BYŁA NOWENNA,

     którą odprawiliśmy w intencji zdrowia Janusza u 00. Karmelitów przed uroczystością Niepokalanego Poczęcia 8 grudnia. Modliliśmy się w gronie rodziny i przyjaciół przez dziewięć dni Koronką do Miłosierdzia Bożego. I po tej modlitwie zostałam z tego stresu uwolniona. Pan Bóg dał nam siłę - Januszowi, dzieciom, mnie do przeżywania tej trudnej, pełnej fizycznego i psychicznego bólu sytuacji.

     Staraliśmy się żyć normalnie, rodzinnie, radośnie. Modliliśmy się wspólnie z dziećmi nie tylko o uzdrowienie Janusza, ale wszystkie trudne sprawy, które dotykały naszych znajomych, przyjaciół. Wychodziliśmy z zaklętego kręgu własnego cierpienia. A modlitwa miała wielką siłę...

     W styczniu Janusz musiał już częściej leżeć. W lutym był bardzo słaby. Jego przyjaciele zorganizowali

     SPOTKANIE MODLITEWNE

     o uzdrowienie. Janusz mimo złego samopoczucia chciał pójść na to spotkanie. Zawieźliśmy go do sali przy kościele Królowej Jadwigi, położyliśmy go na materacu za kulisami. W pewnym momencie ludzie wynieśli go leżącego na scenę i modlili się nad nim. Janusz chciał koniecznie usiąść. Jakaś dziewczyna mu pomogła, "oddając" mu swoje plecy jako oparcie. Modlitwa była tak gorąca, że brakowało tylko, żeby Janusz wstał i został uzdrowiony. Jednak ta iskierka życia nie przeskoczyła, Pan Bóg miał widać inne plany. Ale Janusz był bardzo szczęśliwy.

     Janusz pogodził się z tym co się stało, chociaż wciąż miał nadzieję na uzdrowienie. Na tydzień przed śmiercią, kiedy już usypiał, powiedział mi, że

     JEDNAK UMIERA

     Nie zostawiał jakiegoś testamentu, jakiejś instrukcji co mamy robić. Prosił tylko, żeby go pochować w rodzinnych Świątnikach i żeby kontynuować wydawanie magazynu RUaH.

     Ten cały okres umierania Janusza, był czasem rodzenia się do nowego życia - dla nas tu, na ziemi, dla Janusza w wieczności. Dziecko gdy się rodzi, musi przeżyć ten trudny moment przejścia. Wiedziałam, że mam Januszowi towarzyszyć w tym przechodzeniu przez ciemną dolinę. Miałam absolutną pewność, że Jezus byt z nam; Wiem. że Janusz jest nadal z nami. tylko już po tamtej stronie.

     Dziękuję Bogu za to. że dał nam swoją łaskę na ten czas. Zresztą ja do dzisiaj czuję namacalnie

     JEGO MIŁOŚĆ,

     która ogarnęła całą naszą rodzinę po nowennie, o której wspomniałam. To jest coś takiego, jakbyś został otulony pieluszkami, jakby cię ktoś niósł, nie boisz się, jesteś bezpieczny, w kokonie miłości. Ktoś mógłby powiedzieć, że coś jest ze mną nie tak, po tych wszystkich przeżyciach, ale tego samego doświadczają dzieci.

     To doświadczenie dam łaski Bożej, dam Miłości w tym trudnym czasie umierania i śmierci Janusza było dla mnie potwierdzeniem, że Pan Bóg jest. Teraz nie tylko w to wierzę, ale wiem, że On jest.

OSTATNIE SPOTKANIE

Janusza spotkałem ostatni raz w styczniu tego roku na podwórku drakami "Pracownia AA" przy Placu na Groblach. Tam zresztą często się spotykaliśmy, on w sprawach magazynu "RuaH", a ja magazynu "Jezus żyje!". Był zwykły roboczy dzień, a Janusz wyglądał tak jakoś nietypowo: ubrany odświętnie, nie spieszący się i bez swojego nieodłącznego atrybutu - roweru, którym podróżował po Krakowie nawet zimą. Uśmiechnął się przy powitaniu.

- Słyszałem, że jesteś chory. - zagadnąłem

- Tak. Mam raka. Zostało mi parę miesięcy życia. - odpowiedział spokojnym głosem.

Nie wiedziałem co powiedzieć. W końcu wydusiłem z siebie - Robisz coś z tym, leczysz się?

- Co mogę robić? Modlę się. Biorę też taki preparat. Ale na to nie ma lekarstwa. Ciebie też proszę o modlitwę.

Janusz nie żartował. Był ciężko chory. Zmarł w Środę Popielcową 5 marca 2003 r. Miał 53 lata.

Sylwester Szefer
Janusz Kotarba - pseudonim "Paganini"

Człowiek orkiestra. Nauczyciel matematyki, pasjonat turystyki górskiej, działacz duszpasterstwa akademickiego "Beczka", znawca muzyki, wydawca śpiewników studenckich, turystycznych i zakazanych pieśni patriotycznych w okresie PRL, organizator festiwalu "Gorcstok", właściciel firmy fonograficznej i wydawnictwa "Paganini", wydawca płyt z muzyką chrześcijańską (Jacek Kowalski, Magda Anioł, Sega Band) i książek "Biblioteczki RuaH , twórca i redaktor naczelny magazynu "RUaH", dystrybutor "Arki Noego", laureat nagrody "Tuba Dei" za całokształt pracy nad upowszechnianiem muzyki artystów chrześcijan w Polsce na Festiwalu S.O.S. 2002.

Mąż Małgosi, tata Weroniki, Piotra, Tosi i Jasia.



Spisał Sylwester Szefer

Pismo kotolickie - Jezus Żyje mr 25


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej