Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Nagle wybiegł z Wieczernika młodzieniec

Pewnie już wysoko podniosło się słońce. Może było czerwieńsze, cieplejsze niż dziś, kiedy - przed dwoma tysiącami lat - nagle wybiegł z Wieczernika młodzieniec. Nie oglądał się, choć wpółotwartym oknie żegnała go pochylona postać.

Od dawna tutaj siedzisz? - zapytał półgłosem. Nerwowo rozglądał się wokół. - Duży ruch?

- Duży mały - nie moja to rzecz! Czy ja, wyglądam na celnika? Ot, siedzę, wyciągam uschnięty kikut... i liczę godziny. Nic więcej!

- Przechodzili tędy?

- To droga, ciągle chodzą.

- Jedenastu, jedenastu mężczyzn, w różnym wieku! Gdzie skręcili?

- Jedenastu... - zwiesił głos. Poruszył się i zaczął strzepywać niewidzialny kurz z łachmanów. - To się policzy...

- Trzy srebrniki!

- Za każdego? - nagle ożywił się.

- Widziałeś!? - dopytywał młodzieniec prawie nie zamykając ust.

- Mijają mnie nogi, nabrzmiałe żyły i wpijające się rzemienie. Oglądam kurz, rozgniatane kamienie, brudne frędzle szat... Nie tracę sił na podnoszenie wzroku. Ale, zaraz, zaraz... Sto dziesięć paznokci, dwadzieścia dwie pięty - trzeba wielkiego skupienia, żeby to wszystko zobaczyć, zliczyć i nie zapomnieć! Najważniejsze są palce, bo one ciągną i mogą zakręcić piętą, że ani się oglądniesz...

- Palce zawsze ciągną pięty!

- To może tylko tak się wydawać! Zaczynam już liczyć, za palec, za każdy maleńki paznokieć na palcu. Nie denerwuj się, jestem jak pies, kiedy poczuję srebrne krążki, to rachuję szybko i nie szczeknę ani razu.

- Pięty, licz pięty.

- Podwójnie!

- Wszystkie w jedną stronę! - przynaglał półgłosem młodzieniec.

- A jak ma być, skoro czubki sandałów ciągnęło w jedną stronę!

- W którą?

- W dobrą! Za sześćdziesiąt sześć, nie może być inaczej. To jest całkiem dobra cena.

- Nie mam tyle!

- Ja mam czas, dużo czasu, ale oni ciągle idą. Coraz szybciej, coraz dalej.

Młodzieniec odwrócił się i zaczął czegoś szukać pod szatą. Wreszcie wyciągnął dłoń, nachylił się i szepnął biedakowi prosto do ucha: - Trzy! Trzy srebra.

- Od tej gorączki, wszystko ci się pomieszało. Trzy, jakby nie liczyć, nigdy nie da sześćdziesiąt sześć! Trzy za piętę, to interes i... Czy nie słyszałem o sześćdziesięciu sześciu blaszkach? - pytał podniesionym głosem, gestykulując uschniętą ręką. - Sześćdziesiąt sześć i możesz iść, nawet gonić za...

- Co, znowu tutaj? - zza pleców nagle usłyszeli ostry głos. - Won! - krzyknął Ekspe- dyt, dowódca patrolu. - Tyle razy mówiłem - nie tutaj!

- A ten? - zwrócił się do żebraka. - Znasz go?

- Rozmawialiśmy - zdążył powiedzieć na odchodnym, bo dwaj żołnierze już przepędzali go jak muchę.

- Nie znam cię! Skąd jesteś? - pytał, nie spuszczając z tonu.

- Stąd, z tej ziemi - odpowiedział młodzieniec. Natychmiast dostał w twarz od stojącego bliżej Rzymianina. Upadł. Z dłoni wysypały się trzy monety.

- Co tam masz pod łachmanami? - dalej pytał Ekspedyt.

- Nic wielkiego - odpowiedział młodzieniec. Powoli wyprostował się, przetarł zakrwawioną twarz i wygładzał niewidzialne załomy szat.

- Mało było!? To dowódca rzymski, rozumiesz? - zamierzył się żołdak. - Liczą w pamięci, a nie pamiętają jak mają odpowiadać!

- Poczekaj - rozkazał dowódca.

- Wytrząsnąć!? Taki żelastwo wetknie za pazuchę i sza. Oni potrafią nawet połknąć! - pochwycili młodzieńca pod ramiona. Podnieśli go do góry i zaczęli wytrząsać, jak z worka.

- Do Galilei, do Galilei! - wydzierał się żebrak. - Na gorące kamyki wypadła bieluteńka tkanina, przewiązana sznurkiem.

- Komu ukradłeś? - zapytał Ekspedyt, przyglądając się mistrzowskim ściegom.

- To prezent.

- Ładna robota. Dla kogo? - dopytywał.

- Dla Syna, od Matki! - informował młodzieniec. - Utkała to przez trzy dni.

- Co za biel i splot - gładził delikatnie wierzchem dłoni, a jakieś dziwne ciepło wlewało się w piersi, policzki, czoło, powoli wypełniając całe ciało. - Nie każda matka - zawahał się na chwilę - ale każda kocha i stara się, żeby dziecko miało najlepiej.

- Gdzie mieszka?

- U siebie! - odpowiedział młodzieniec. Żołdak natychmiast chciał uderzyć w lewy policzek, lecz dowódca zręcznie powstrzymał zaciśniętą pięść.

- Piękna! - podziwiał. - Jest haftowana? - nie miał odwagi, by odgiąć rąbek starannie wykończony grubszą tkaniną.

- Nie wiem. Niosę ją Nauczycielowi! Weźcie płaszcz, sandały, pusty trzos - wszystko, tylko tego nie odbierajcie, proszę! - osunął się na kolana.

- Do Galilei, do Galilei - tam poszli! - echo potęgowało okrzyki żebraka, który dawno zniknął pośród kamiennych domostw.

- Puśćcie, niech idzie! - rozkazał dowódca. Młodzieniec skulił się, objął nogi Ekspedyta i całował rzemienie jego sandałów.

No, zabieraj to, bo się rozmyślę! - i podał delikatną, jakby jeszcze bielszą tunikę, z niebieskim haftem Matki.

Andrzej Sikorski



Jeszcze nikt nie skomentował - bądź pierwszy!


Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]

Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty |

Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt

© 2001-2026 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej