Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Kultura w czasach zniewolenia

     Jak Polakom udało się przetrwać PRL, a zwłaszcza noc stanu wojennego? Dzięki swojej kulturze przetrwaliśmy najgorsze czasy: zabory, wojnę i komunizm. Zależnie od okoliczności rodził się w nas najwyższy patos albo celny żart.

     Grudzień 1981. Internowania, aresztowania, godzina milicyjna, strach. Naród nie wie, co będzie. W Piwnicy pod Baranami też nie wiedzą, ale czują, że trzeba oswoić ten strach, zwłaszcza że z każdym dniem rośnie poczucie absurdu. W telewizji generałowie, na ulicach żołnierze. Jak to skomentować, żeby cenzura nie zdjęła? - Śpiewaliśmy dekret o stanie wojennym. I co cenzura mogła zrobić? Nic - śmieje się dziś Leszek Wójtowicz z Piwnicy. - Jeden żart załatwiał całe państwo - dopowiada Jan Pietrzak. Oczywiście, że śmiech nie zawsze był na miejscu, bo dużo było łez, cierpienia i śmierci, ale wtedy ratowała nas poezja i silna wiara.

     Jaką rolę odegrała kultura w naszej drodze ku niepodległości? Analiz i bilansów jest coraz więcej. A czas płynie, leczy rany i zaciera wspomnienia, ale też odsłania nieznane fakty. Bardzo cenna była więc niedawna konferencja Stowarzyszenia Wolnego Słowa (SWS), podczas której zastanawiano się, jak powstała i rozwinęła się kultura niezależna (1976-1989). - Fakt, że Polacy zdziesiątkowani przez wojnę, wyrzuceni z miejsc zamieszkania, pozbawieni warstw wyższych, potrafili w warunkach komunistycznego zniewolenia zachować główne wartości polskiej kultury i stworzyli społeczeństwo zdolne do politycznego działania, to fenomen wymagający poważnej refleksji - mówił otwierając konferencję Jacek Szymanderski. On sam, podobnie jak reszta członków SWS, był aktywnym twórcą i uczestnikiem kultury niezależnej. Kultura niezależna nadawała treść wspólnotom, którym azylu często udzielał Kościół. Niezależne wydawnictwa, wolna prasa, teatr domowy, spotkania, prelekcje w tysiącach duszpasterstw środowiskowych stanowiły o istnieniu niezależnego społeczeństwa w stanie wojennym i do końca lat 80.

     SZTUKA KOMPROMISU?

     Tylko człowiek wolny wewnętrznie potrafi się śmiać, dlatego nie dziwi, że każda uzurpatorska władza jest szczególnie uczulona na żart. Co gorsze, doszukuje się kpiny nawet w zwykłym zbiegu okoliczności. Jak w "Archipelagu Gułag" Solżenicyna, gdzie podanie leniwych pierogów dla przodowników pracy skończyło się dla szefa kuchni zesłaniem do lagru. W Polsce można było się śmiać z władzy, ale nie wprost i nie w okresie stalinowskim. Potem tamy powoli puszczały, aż do rozkwitu kabaretu politycznego na przełomie lat 70. i 80. - Poproszę pół kilo kaszanki. A krew Pan oddał? To niech Pan przyniesie kaszę - ten żart z okresu pustych półek w sklepach przypomniał Jan Pietrzak, twórca kabaretu Pod Egidą.

     Dziś wszystko wydaje się takie oczywiste, ale wówczas ich działalność wymagała odwagi, zwłaszcza przed rokiem 1976, czyli przed powstaniem struktur opozycji politycznej w PRL. Coraz ostrzejszy stawał się podział na "my" - społeczeństwo i "oni" - władza. Tym kodem bezbłędnie posługiwały się kabarety. Salon Niezależnych, Tey, Pod Egidą miały swój udział w przygotowaniu sierpnia 1980. - Kasetowe nagrania naszych programów rewolucjonizowały klasę robotniczą. To się nieprawdopodobnie rozchodziło. Wszystkie zakładowe radiowęzły w sierpniu osiemdziesiątego roku puszczały nasze kabarety. Ludzie mniej się bali - pamięta Jan Pietrzak. Kabaret pod Egidą nawet najbardziej "słuszne" hasła potrafił obrócić w żart. Jak słynną tezę "socjalizm - tak, wypaczenia - nie". - A myśmy mówili: "socjalizm - nie, wypaczenia - tak" i już robiło się ludziom raźniej - wspomina Pietrzak.

     Dziś kabareciarze są przekonani, że ich działalność to niedoceniana sfera niezależnej kultury. Oczywiście, niezależność była kontrolowana przez cenzurę i przez tajnych współpracowników SB, o czym dopiero po latach można było poczytać w IPN. Czy w oficjalnej działalności kontakty z cenzurą były do uniknięcia? - Wiedziałem, że trzeba z nimi rozmawiać, a potem robić swoje. Rozmawiało się, bo inaczej nie było nic - odpowiada Jacek Kleyff z Salonu Niezależnych. - Dziwnie w tym wszystkim egzystowaliśmy, czasem się bojąc, a czasem nie - wspomina Leszek Wójtowicz z krakowskiej Piwnicy.

     W latach 80. po Warszawie krążyły plotki (przez niektórych kolportowane do dziś), że dowcipy o partii powstawały w samym KC, jako swoisty wentyl bezpieczeństwa. - Nic na ten temat nie wiem, humor był raczej spontaniczny i własny - przekonuje Jan Pietrzak. Kabarety nie były przejawem kultury kompromisu, jak czasem nazywa się ich działalność, zwłaszcza przed rokiem 1980. - Byliśmy zaledwie tolerowani przez "czerwonych". Pamiętam, że zamknięto mnie na 48 godzin w areszcie i z nudów sięgnąłem po "Trybunę Ludu", a tam stało jak wół, że Salon Niezależnych otrzymał Złotą Szpilkę na festiwalu w Opolu w 1972 r. Pokazałem to klawiszowi. Ale był zdziwiony. Taki to był system - mówi Jacek Kleyff.

     Jego zdaniem kulturę w PRL-u można podzielić na oficjalną, tolerowaną i zakazaną. Kabarety należały do tej drugiej kategorii, choć często podpadały pod trzecią. - Świat nie był czarno-biały. W czasach Polski Ludowej Polska też istniała - podkreśla Jan Pietrzak. - Artyści kultury oficjalnej potrafili pozostać przyzwoitymi ludźmi. Kleyff podaje przykład... Maryli Rodowicz - ulubienicy władzy. Artystka przyjęła go do swojego zespołu, gdy wskutek politycznych represji nie miał z czego utrzymać rodziny. Mało tego, to ona pozwoliła mu na swoim koncercie wykonać po raz pierwszy publicznie słynny "Sejm kalek". Było to pod koniec lat 70. w Gdańsku. Sala była zachwycona, ale były konsekwencje, także dla Maryli Rodowicz, która dostała kilkumiesięczny zakaz występów. Słowa piosenki poszły jednak w Polskę. "Na mównicę wszedł niemowa z wnioskiem o wolności słowa; Dyskusja się zawiązała kiedy zabrał głos jąkała; Przedstawiciel paranoi wstał, nikogo się nie boi; Będzie chyba całkiem szczery, gdyż przy sobie ma papiery" - powtarzano w Warszawie, we Wrocławiu i w Krakowie. Podobno podczas karnawału Solidarności, czyli od sierpnia 1980 do 13 grudnia 1981 Kleyff wykonał tę piosenkę 5 tysięcy razy.

     To był niezapomniany czas. Wydarzenia wymykały się spod kontroli, nie tylko władzy, ale często też samych organizatorów. Pamiętam słynne odtworzenie wjazdu księcia J. Poniatowskiego do Krakowa, jakie Piwnica zorganizowała jeszcze przed wybuchem strajków w 1980 r. Daniel Olbrychski jechał na koniu, pod którego kopyta rzucano naręcza kwiatów. Atmosfera stawała się coraz gorętsza, aż około 15--tysięczny tłum zaczął skandować: "My chcemy króla!" Zrobiło się antypaństwowo - opowiada Leszek Wójtowicz.

     Jak kabarety radziły sobie z niezadowoleniem władzy? Czasem odpowiadając poważnie na głupie pytania: - Pewnego razu miejscowy Dom Kultury zażądał wyjaśnień, jak do Piwnicy trafił Jacek Kuroń. Odpowiedzieliśmy, że prawdopodobnie kupił bilet - wspomina Wójtowicz. Czy jednak na tolerowanej działalności kabareciarzy władza ubijała swój interes? - Teraz łatwo mówić o wentylu bezpieczeństwa, ale wtedy wielu z nas było pozbawianych możliwości zarobkowania, niektórzy dostawali cięgi od tzw. nieznanych sprawców albo zamykani byli do aresztów - odpowiada jeden z twórców z tamtego okresu. Nikt nie wiedział, czym to się wszystko skończy. Leszek Wójtowicz podkreśla: - Słychać głosy, że istnienie Piwnicy było władzy na rękę, bo mogła pokazywać niezależnych artystów obcokrajowcom. Moim zdaniem to było ustępstwo władzy, a nie jej interes, choć przez chwilę pewnie im się wydawało, że mają zyski. A zwycięstwo jest przecież po naszej stronie.

     NIEZALEŻNI, BEZKOMPROMISOWI, PRORYNKOWI

     - Polska była niewątpliwie najweselszym barakiem komunistycznego obozu - co z humorem powtarzał w swoich występach Jan Pietrzak - co miało także całkiem poważne konsekwencje. - Różnice między demoludami jednak były, bo kiedy mnie wyrzucono z Wydziału Historycznego UW, to dostałem pracę w Muzeum Historycznym m.st. Warszawy, gdzie mogłem kontynuować naukową pracę historyka. W Czechosłowacji po takim zwolnieniu mógłbym liczyć co najwyżej na posadę ciecia lub palacza - przypomniał Andrzej Rosner, współpracownik KOR-u, po wprowadzeniu stanu wojennego podziemny wydawca. Czy wydawnictwa tzw. drugiego obiegu spełniły swoją rolę? Sławni w podziemnych wydawnictwach Czesław Bielecki, Wacław Holewiński, Grzegorz Boguta i wspomniany Andrzej Rosner mają różne opinie. Ich wydawniczy dorobek był imponujący, wystarczy wspomnieć bestsellery - "Małego konspiratora" Bieleckiego, Kelusa i Sikorskiej, "Narodziny systemu władzy" Krystyny Kersten, "Onych" Torańskiej, podręczniki historii Wojciecha Roszkowskiego, książkę o Solidarności Timothy Gartona Asha. Sama Oficyna Nowa wypuściła w latach osiemdziesiątych aż 500 tytułów. Mimo to dawni wydawcy są nie do końca zadowoleni.

     Najsurowszy w ocenach jest Czesław Bielecki, legendarny "więzień sumienia" i wydawca takich autorów jak Friedrich Hayek czy Milton Friedman. - Nielegalna literatura i kultura sprzedawała się znacznie lepiej niż książki o rynku czy publicystyka z programami na czas niepodległości i przyszłości, gdy będziemy wreszcie mogli urządzić po swojemu nasz kraj - mówi. - Dziś jedna z jaśniejszych postaci polskiej transformacji - Leszek Balcerowicz - nadal nie rozumie, że kultury nie można po prostu poddać wolnemu rynkowi. Jeśli my nadal tego nie rozumiemy, to znaczy, że nie wykonaliśmy dobrze naszej pracy politycznej sprzed 1989 r. - mówił z goryczą Czesław Bielecki.

     KOŚCIÓŁ STWARZA PRZESTRZEŃ

     Po wprowadzeniu stanu wojennego, delegalizacji Solidarności, zamknięciu instytucji kulturalnych zrobiło się pusto w przestrzeni publicznej. Wtedy na scenę wkroczył Kościół. Duszpasterstwa środowiskowe, które powoływali biskupi podczas działania legalnej Solidarności, nie rozwiązały się, wprost przeciwnie - umacniały się, otwierając na nowe wymiary aktywności. Trzeba było pomagać internowanym i ich rodzinom, wspierać morale ludzi załamanych, przestraszonych. No i dawać miejsce dla działalności artystycznej. - Rola Kościoła w funkcjonowaniu społeczeństwa niezależnego, obywatelskiego była absolutnie fundamentalna. Bez tego azylu, bez zgody biskupów i proboszczów, nie odbyłyby się te tysiące zebrań, zbiórek, wieczorów teatralno-poetyckich - uważa Jacek Szymanderski i zapowiada, że Stowarzyszenie Wolnego Słowa chce podjąć się dokumentacji działań niepodległościowych podejmowanych na terenie kościołów i parafii w stanie wojennym. - Te duszpastera pełniły rolę olbrzymią. Nie zostały opisane - mówi.

     Ksiądz Jan Sikorski przypomniał działalność kapelanów Solidarności, których w całym kraju było ok. dwustu. Do tylu przynajmniej dotarł trochę osamotniony w swych działaniach reporter Matusz Wyrwich, autor trzech tomów reportaży o tych niezwykłych księżach. Czy w latach osiemdziesiątych nastąpił powrót do kultury katolickiej, czy Kościół dawał tylko schronienie prześladowanym? Ten temat też wymaga opracowania. Henryk Wujec często odwołuje się nie tylko do stanu wojennego, ale do czasów wcześniejszych, KOR-u i ROPCiO. - Były między nami różnice ideowe, ale panował prawdziwy klimat wspólnoty. To była praca na długie lata, nie doraźna. Kościół nie chciał nas wykorzystać, ale pomóc. Wtedy katolicyzm był inspiracją, polem dialogu ważnym społecznie. Był też pozytywnie postrzegany przez tzw. lewicę laicką. Teraz brak tego klimatu. To się skończyło niestety. Przypomniano dwie tradycje niepodległościowe: do lat 80. wydawało się, że przeważa tradycja lewicy laickiej, skupiona na początku wokół prof. Kołakowskiego, ale potem, to znaczy po wybuchu Solidarności, górę wzięła masowa tradycja katolicka.

     Ksiądz Jan Sikorski, jeden z kapelanów Solidarności przypomina ogromne zainteresowanie nauczaniem społecznym Kościoła. - Wszyscy słuchali ks. prof. Józefa Tischnera i czytali jego książkę "Etyka solidarności", bo tam była m.in. odpowiedź na pytanie, jak ruch Solidarności ma się do katolickiej nauki społecznej - opowiada. - KNS traktowano jako główne źródło wiedzy o działaniu politycznym i społecznym - przypomina Szymanderski. Z kolei Maciej Rayzacher, aktor i społecznik, który blisko współpracował z ks. Wiesławem Niewęgłowskim, sporo trudu włożył w działanie duszpasterstw środowiskowych w latach 80., przypomniał wcześniejsze otwarcie Kościoła na "opozycję". On sam miał okazję współpracować jeszcze w latach 70. z ks. Sławojem Leszkiem Głódziem, dzisiaj metropolitą gdańskim, a wówczas wikarym w Białymstoku. - Zapraszał takich niepokornych jak ja. Jeździłem też do o. Tadeusza Rydzyka, wikarego w Stargardzie Szczecińskim. Duży wpływ na świeckich wywarli też księża Małkowski, Kantorski. Niezwykle istotne były Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej, które niestety zniknęły. Szkoda. Wszystkie diecezje czuły się w obowiązku organizowania Tygodni. To były religijne, kulturalne i społeczne drożdże - zaznacza Rayzacher.

     - Kościół dawał hojnie przestrzeń. Oczywiście, że ten azyl dla wolności nie był pozbawiony ewangelizacji i formacji. Karta Kościoła z tego okresu jest bardzo piękna. Dotyczy to nie tylko zwykłych księży, ale i biskupów, którzy brali przykład z papieża - podkreśla ks. Sikorski.

     TEN ZAWÓD JEST MORALNY

     W Tygodniach Kultury Chrześcijańskiej masowo wręcz uczestniczyli artyści, głównie aktorzy, którzy jako środowisko zaraz po ogłoszeniu stanu wojennego ogłosili bojkot władzy i oficjalnych mediów. To nie był pierwszy raz w historii. Podobny bojkot obowiązywał podczas okupacji niemieckiej, czego chyba nie można powiedzieć o sowieckiej - Nawiązaliśmy kontakt ze zdelegalizowanym ZASP-em, Duszpasterstwem Środowisk Twórczych ks. Niewęgłowskiego i duszpasterzem Huty Warszawa ks. Jerzym Popiełuszką. Wobec zamknięcia teatrów powstał teatr drugiego obiegu - wspomina Kazimierz Kaczor.

     Aktorzy szybko wydali komunikat dla artystów sceny i filmu, że "kolaborantem jest ten, kto użyje swego nazwiska, twarzy, głosu lub talentu dla celów propagandy i usprawiedliwienia przemocy.

     W środowiskach aktorskich uważać się będzie za takiego każdego, kto występuje lub realizuje programy w radio lub telewizji oraz uczestniczy w imprezach publicznych służących propagandzie reżymowej". Bojkot trwał 7 lat, choć w ostatnim okresie nie był już tak ostry. Nie przerwał go nawet - uznany przez część środowiska za niefortunny - apel wydany na prośbę części aktorów zmęczonych bojkotem i niemających z czego żyć. Chodziło im o to, by zachować twarz i wrócić do pracy niejako na prośbę Prymasa. Dziś jego uczestnicy przyznają, że może ten apel odniósłby skutek, ale nie w tamtej chwili. - Należało się nam chociaż słowo otuchy i uznania - uważa Kazimierz Kaczor. Właściwie aktorzy pozbawili się środków do życia.

     I znów przyszedł im z pomocą Kościół oraz... wolny świat. Artyści zagraniczni swoje honoraria przeznaczali na pomoc polskim kolegom. - Okazało się, że nie jest to zawód niemoralny - podkreśla Kaczor. Transporty z lekarstwami, odżywkami dla dzieci i tysiącem innych produktów przychodziły w Warszawie do DŚT przy kościele św. Anny. Tam też odbywały się Spektakle Jednego Wiersza, Msze św. z recytacjami aktorskimi. Prężnie działało Muzeum Archidiecezjalne na Solcu, ośrodek na Żytniej, DŚT w kościele na Przyrynku, gdzie co miesiąc prezentowano "Dzwonek Niedzielny", czyli żywą gazetę. - Jeśli nie mogliśmy grać u siebie, to "wpadaliśmy" do dominikanów w Krakowie albo do ks. Przekazińskiego na warszawskim Solcu - wspomina Leszek Wójtowicz z Piwnicy pod Baranami.

     Aktorzy udzielali się też w kościelnych komitetach charytatywnych, które pomagały internowanym, wyrzucanym z pracy i ich rodzinom. Kazimierz Kaczor doskonale pamięta gryps z ośrodka internowania w Łowiczu: "Maja Komorowska rozdaje mydło i pastę do zębów. Zupełny cyrk. Ile można się myć? Choćbym mył się non-stop 24 godziny na dobę, to nie zmydliłbym tego wszystkiego". W Kościele była kultura ducha i kultura stołu. Powstawały parafialne uniwersytety, grupy teatralne i gazety. Przyznawano dyplomy i nagrody. To wtedy Kościół stal się zalążkiem społeczeństwa obywatelskiego.


Alicja Wysocka


Tekst pochodzi z Tygodnika

13 grudnia 2009


 Odrzucony obraz. Wprowadzenie do literatury średniowiecznej i renesansowej Odrzucony obraz. Wprowadzenie do literatury średniowiecznej i renesansowej
Clive Staples Lewis
Jedna z najważniejszych i najlepszych książek C.S. Lewisa, twórcy Kronik Narnii. Autor wprowadza nas w niezwykły świat średniowiecznej kosmologii, hierarchii niebios i bytów je zamieszkujących, aby przejść do błyskotliwego wykładu średniowiecznych poglądów na umysł, duszę, ciało i historię.... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 zgroza: 29.08.2012, 22:37
 Byłem na koncercie Maryli w Teatrze Wybrzeże. Do dzisiaj pamiętam piosenkę Sejm Kalek tak silne wywarła na mnie wrażenie. W piosence Napadła banda na mera doszukiwaliśmy się odniesień do Gierka- krążyły plotki , że był na niego zamach
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej