Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Jesteś powołany, czy normalny?

NA DRODZE DO SZCZEGÓLNEGO NAŚLADOWANIA CHRYSTUSA (CZ. 1)

     Jeden z moich współbraci powiedział kiedyś, że przed samym wstąpieniem ktoś znajomy podsunął mu tekst drugiego rozdziału księgi Mądrości Syracha: Synu, jeżeli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swą duszę na doświadczenie! Zachowaj spokój serca i bądź cierpliwy, a nie trać równowagi w czasie utrapienia! Przylgnij do Niego, a nie odstępuj, abyś był wywyższony w twoim dniu ostatnim. (...) Bo w ogniu doświadcza się złoto, a ludzi miłych Bogu - w piecu utrapienia. Trochę żałuję, że nie spotkałem się z tym fragmentem przed moim wstąpieniem, bo na pewno pomógłby mi w różnych trudnych doświadczeniach. Człowiek powołany, słyszący w sobie ten dziwny głos Boży, często ma wiele pytań i wątpliwości. Co to jest ten głos? Od kogo pochodzi? Kiedy mogę być pewien? Jak mam się zachować? Do takich ludzi kieruję te moje rozważania. Chcę podzielić się doświadczeniem mojego życia zakonnego, które mimo niewielkiej liczby lat zaowocowało wydaje mi się wartościowymi spostrzeżeniami i wnioskami. Jeśli więc czujesz w sobie to dziwne wezwanie ten tekst jest skierowany wprost do ciebie.

     Co to jest powołanie?

     To pytanie wydaje mi się fundamentalne: co to w ogóle jest to "powołanie"? Od strony człowieka powołanego wydaje mi się, że jest to poczucie "bycia na swoim miejscu". Natomiast patrząc na powołanie "z góry" odbieram je jako drogę, na której człowiek może zdziałać najwięcej dobra. Bóg daje łaskę, aby człowiek mógł odpowiedzieć na Jego Miłość. Jeżeli wybiorę inną trasę to On i tak będzie mnie kochał tak samo mocno. Nie znaczy to również, że się od' niego odwróciłem, albo że się Go zaparłem. Będzie to jednak "mniejsze dobro". Jeżeli powołanie to droga, to możemy powiedzieć, że każdy ma swoją własną-osobistą. Zdarza się często, że drogi dwojga ludzi się splatają i wtedy przysięgają sobie, że będą iść już do końca razem. Na drodze nikt nie jest samotny. Bogu tak zależy abyśmy do Niego doszli, że nas prowadzi, szepcze do ucha, pociąga, daje dobre rady.

     Na pewno w powołaniu bardzo ważny jest aspekt nawrócenia, czyli głębokiego doświadczenia Miłości Boga. Nawrócenia, które dotyka zarówno osobę, która grzeszyła jawnie (prowadziła życie jawnie dalekie od Boga), jak i tzw. "wzorowego ministranta". Nikt nie jest zwolniony z ciągłej refleksji nad swoim życiem. Jak powiedział ks. Tischner, o ile poprawa to zmiana wagonu, o tyle nawrócenie może być porównane z konkretną zmianą pociągu i trasy.

     Powołanie zawsze działa pociągająco, człowiek czuje w sobie pragnienie, zachętę aby pójść daną drogą. Niepokoją mnie takie przypadki, kiedy ktoś wstępuje na drogę życia zakonnego/kapłańskiego z przekonaniem, że tego wymaga od niego Pan Bóg, i że oto teraz czeka go znój, ból, walka i cierpienie. Jeżeli moje wybierane powołanie kojarzy mi się tylko z moim własnym męczeństwem to lepiej dać sobie czas i odstawić to na później. Owszem, droga za Jezusem jest drogą krzyża. Ale jeżeli będę ją podejmował dla Boga, a nie dla mojego umęczenia, to po pierwsze będzie to lżejsze, a po drugie nie będę odrzucał pomocy różnych "Szymonów z Cyreny", czy też "Weronik"; ludzi których Pan stawia na mojej drodze, aby mi pomogli. Błąd leży w przekonaniu, że życie jest spektaklem bezsensownego cierpienia, podejmowanego dla niego samego. Cierpienie, które nie otwiera nas na Boga i na łączność z Nim jest w istocie zwycięstwem Złego Ducha. Oczywiście to samo tyczy się wyrzeczeń i drobnych umartwień. Post, który nie jest podejmowany dla Boga jest w zasadzie pseudozsakralizowaną dietą.

     Czego pragnę? czyli waga niewygodnych pytań

     Wydaje mi się, że jest to podstawowe pytanie jakie powinien zadać sobie każdy człowiek, który zamierza wstąpić na drogę życia zakonnego czy też kapłańskiego.

     Czego tak na prawdę oczekuję? Po co chcę się tam pchać? Przecież to życie nie jest proste? Dlaczego? W jakim celu? Takie pytania nie są proste, choć łatwo jest uciec od nich i iść swoją drogą ufając, że to co mi się wydaje jest dobre. Ale w tym wypadku zaufanie będzie miało raczej posmak ryzykanctwa, igrania z ogniem i (nie obawiam się użyć tego słowa) głupoty. Pytanie o motywację, o intencję jest fundamentalne, ale nigdy nie jest jednoznaczne. Nigdy nie jest tak, że człowiek chce służyć TYLKO Panu Bogu. NIGDY nie jest tak, że za moją intencją i decyzją stoi tylko Pan Bóg. Stopniowo dochodzi się do lepszego poznania i dostrzega prawdę. W każdym z nas tkwi nutka pychy, chcemy i szukamy tego co może pomóc nam utwierdzić siebie. Naturalne jest, że człowieka pociąga to co jednoznaczne, pociąga ubóstwo (żeby się uwolnić od tego złego świata), pociąga czystość (bo w sumie, to z dziewczynami to nigdy nie miałem problemów, a jak były jakieś - miłostki to i tak jestem na tyle silny, aby wytrzymać), pociąga posłuszeństwo (umiem robić to co mi każą, więc nie będzie to dla mnie problemem). I o ile sama chęć bycia ubogim, czystym i posłusznym jest dobra o tyle motywacja wydaje się być raczej szukaniem siebie, a nie Woli Bożej. I tu bardzo ważna uwaga: jeżeli dostrzegłem, że moja motywacja nie jest w 100% czysta, że są jakieś naleciałości pychy; obok służby Bogu chcę być posłuszny rodzicom (mama kiedyś powiedziała, że nadawałbym się na księdza itd.) to warto stanąć w prawdzie i zapytać siebie: Co jest w tym wszystkim pierwsze? Czy pierwszy jest Bóg, czy rodzice, kariera...?

     Tak na prawdę, to nikt mnie nie zmusza, ani rodzina, ani otoczenie, nawet Pan Bóg. Jeżeli wydaje ci się, że Pan Bóg żąda od ciebie abyś wstąpił na drogę życia zakonnego/kapłańskiego to warto dać sobie czas. Jeżeli w tym co czujesz jest coś z Bożego tchnienia to On będzie to utwierdzał, a jeżeli jest od Złego Ducha, albo są to twoje własne myśli, to stosunkowo szybko ustanie, albo wejdzie w kryzys przy pierwszej przeciwności.

     Fundamentem jest, że Pan Bóg bardziej zaprasza i proponuje, niż nakazuje. Bardziej zachęca niż zmusza. Jako człowiek jestem, podobnie jak Bóg, istotą wolną. Często o tym zapominamy i próbujemy rozkazywać innym, zmuszać ich aby pełnili naszą wolę. U Boga jest inaczej. Co więcej, jeżeli pomylę się w odczytaniu Jego zaproszenia, to nie oznacza to, że będzie mnie mniej kochał. Jestem Jego dzieckiem. On się mnie nie zaprze, to jedynie ja mogę powiedzieć, że nie chcę Go znać.

     Charyzmaty, czyli jakiego Chrystusa odkrywasz?

     Na jednej z zakonnych stron internetowych znalazłem ciekawą "definicję" słowa "charyzmat": "to, co sprawia, że dany zakon jest sobą, a nie innym zakonem." Ale ciężko chyba z tego odczytać coś więcej poza tym, że jest to jakby tabliczka rejestracyjna, albo numer w kartotece policyjnej czy taż w instytucji państwowej. Często jest tak, że człowiek czuje powołanie do służby Bogu, ale jeszcze nie wie gdzie. I wtedy zaczyna się dramat szukania. Najczęściej jest tak, że decyduje się iść tam, gdzie jest mu "najbliżej", w miejsce o którym wie najwięcej. Decydujące jest wtedy rola parafii, czy też duszpasterstwa. Nie ma w tym oczywiście nic złego. Jeżeli pociąga mnie powołanie do kapłaństwa w ramach diecezji, bo wydaje mi się, że do tego zaprasza mnie Bóg, i że w taki sposób mogę najlepiej Mu służyć, to nie ma się co dłużej zastanawiać. Zdarza się, że człowiek jest lekko skołowany i właściwie to nie jest pewien. W tej sytuacji każdy powinien zorientować się, niekoniecznie bardzo się zagłębiając, w mnogości charyzmatów, czyli mówiąc w duchu naszej "definicji", w różnych zakonach oraz diecezjach.

     Skupimy się tutaj na powołaniu do życia zakonnego. Charyzmat zakonny to oczywiście nie tabliczka rejestracyjna pisana zawsze po nazwisku. Charyzmat to oblicze Chrystusa jakie odkrywa dany człowiek. Czy najbliższy jest mi Chrystus modlący się na górze (np. karmelici), czy też nauczający (np. salezjanie), albo niosący dobrą nowinę ubogim (misjonarze)? A może bliski jest mi Chrystus ubogi (franciszkanie), albo cierpiący na krzyżu (pasjoniści), a może głoszący królestwo Boże (jezuici)? Oczywiście nie chcę tutaj sugerować w żaden sposób, że jeżeli np. misjonarze opiekują się biednymi to nie robią tego dominikanie czy też jezuici. Albo, że skoro karmelici spotykają Jezusa na modlitwie to inne zakony w ogóle się nie modlą. Dobrze jest poznać siebie, swoje naturalne predyspozycje i swoje braki. Warto też zobaczyć, czy te moje nieumiejętności mogą być pokonane przy pomocy Łaski Bożej.


Paweł Kowalski SJ


Tekst pochodzi z pisma
"Królowa Apostołów" kwiecień 2008 r.




   


Boże wezwanie. Rozeznawanie powołania Boże wezwanie. Rozeznawanie powołania
Philippe Madre
Pierwsi Apostołowie Chrystusa, podobnie jak najwięksi święci naszych czasów, musieli pewnego dnia dokonać wyboru, aby odrzuciwszy starego człowieka odnaleźć szczęście, podążając za najpiękniejszym z synów ludzkich. Autor proponuje czytelnikowi tę samą drogę, wraz z konkretnymi tematami medytacji, pozwalającą odkryć Boże wezwanie we własnym życiu... » zobacz więcej

Wasze komentarze:
 Kinga: 16.01.2012, 00:50
 To 'fajnie' wam ze otwarliscie Pismo Swiete i wierzycie w tekst ktory do Was przemowil dajac wam odpowiedz... Ja juz raz powolanie kiedys czulam i to mocno, jakby odegnalam i czuje sie winna jesli tym drugim razem odmowie, chociaz nie jestem pewna. Wiem ze Bog nie przymusza ale czuje jakby na mnie caekal a ja okropna sie waham.. no i ostatnio mowilam: panie, przeciez ja nie jestem wystarczajaco dobra, jest tylu lepszych ode mnie... no ale ja z kolei otworzylam strone chyba siostry Faustyny lub Siostr Jezusa Milosiernego gdzie moje oczy padly na teksci w tym momencie: 'Jest wielu lepszych od ciebie, al ja wybralem ciebie'... nie wiecie jak mnie zatkalo.. chociaz jetem raczej opanowana i ogiczna osoba, zatkalo mnie bo doglebnie czulam ze ile chodzilam z tym pytaniem to to byla odpowiedz... Czuje sie okropnie z moimi niepewnosciami, z pycha poprzez ktora mysle o sobie a nie o pojsciem za Bogiem, bo na tyl ile ja sie modlilam i jak mnie to zblizalo do Boga, i jakie laski mialam przez to, to nie jet zly duch, jest to szczere wolanie i ja o tym wiem, czuje to i jestem tego pewna. Tylko ja juz troche zakosztowalam zycia i ciezko jet mi to, samolubnie wiem, to zostawic i isc za Bogiem zamiast meza i dzieci.. chociaz tak moje zycie sie jakos uklada ze nawet jak mam naprawde, nie zebym byla prozna, powodzenie u mezczyzn i nigdy nie mialam z relacjami problemow, to tak sie moje zycie uklada ze i tak oni mi jakos albo nie odpowiadaja albo nam cos nie wychodzi, a na Boga zawsze w moim zyciu moglam liczyc, On zawsze byl, zawsze wiernie czekal, wybaczal. Od ierpnia tamtego roku z duszy towarzystwa stalam sie dziewczyna znowy zamyslona, modlaca sie wiecej niz kiedykolwiek, cos ciagle sklania mnie do modlitwy, nie wiem co sie talo ale zmieniam sie, zmienia sie moja dusza.. nie jest to zwykla przemiana kiedy rzeczywiscie nie zalezy mi juz na fajnych rzeczach i zeby ladnie wygladac czy miec fajna prace, a znow jetem skromna, ale COS sie naprawde dzieje w srodku mnie i do tego naklaniam do modlitwy cala moja rodzine i prosze ich o powiedzi, przyjmowanie komunii. Z jednej strony mozna by powiedziec, ze to jest dobra zmiana ktora nie musi miec zadnych glebszych mysli do tego jako ze wiecej sie modle alebo zmieniam swoja filozofie zyciowa i co jest wazne, to od razu musze isc do zakonu. Jest to silne uczucie, sa to slowa ktore prosto do mnie przemawiaja akurat w tych momentach na mszy, wszystko mi mowi i mocno to czuje. I tak, kocham Jezusa tak mocno i pozwolil mi ocalic juz kilka ludzi, w tym dwoje dzieci od modlitwa, i wiem ze ile lask mi daje i wiem ze ile razy poprosilam dla kogos w modlitwie, wiem ze modlitwy te dzialaly i wiem ze Jezus kochany sluchal i byl blisko. I czuje sie tak, jakby On do mnie przyszedl, a ja Go odsylam ze nie chce............ Jeszcze dzisiaj bylo czytanie o powolaniu Samuela, wiem ze to jest czesc mszy i ze jest to naturalne, ale jest to druga niedziela w ktorej slu=ysze w kosciele o powolaniu kiedy wlasnie przechodze przez faze tych udrek w watpliwosciach i szukaniu odpowiedzi.. i dzisiaj prawie sie rozplakalam na mszy. Czuje sie tak jakby Bog mowil do mnie i prosil mnie o cos, a ja Mu odmawiam lub kazuje Mu czekac.. Katuje mnie to. Postanowilam sobie dac rok i wiee sie modlic. Tylko ze ja nie chce Go zawiesc. Ale przeciez On zna moje ysi i wiedzial napewno juz wczesniej jak bedzie mi trudno podjac te decyzje. Wiem ze jesli sie zdecyduje to nie zrezygnuje nigdy. Albo w jedna albo w druga. Kocham Boga i zawsze bede, po prostu xiezko jest mi zrezygnowac z milosci czlowieka.. z meza, rodziny. A mam wrazenie ze powinnam sie poswiecic i w sumie moje pol zycia bylo w pewnym sensie juz poswieceniem, tak sie zlozylo. Teraz jak tamto jest zrobione i pomyslalam zeby ulozyc sobie zycie skoro siostry dorosly, to od tamtego praktycznie momentu poczulam to powolanie, ktore w pewnym sensie bylo odpowiedzia na moje pytania do Pana, na moje prosby o droge. Czy On pokazuje mi najlepsza wiec droge? Czy teraz kiedy wychowalam siostry powinnam pojsc za Panem? Byloby to piekne w kontekscie zycia i chcialbym zrobic wszystko czego On ode mnie oczekuje. Z drugiej strony, mialabym chyba ten bol w sercu ze chcialabym byc kochana w sposob jaki juz znam.. ze trudno byloby mi z tego zrezygnowac. Zycie zakonne ma swoje uroki i jestem calkowicie pewna ze jest piekne momentami tak jak nasze swieckie. Tylko ze chociaz ze moje zycie tak sie dziwnie uklada ze mysle nad tym, jakbym uciekala a i tak nie uciekne.. przed tym co moglabym wypelnic najlepiej.. boje sie ze jesli wybiore zycie swieckie to moja wolna wola skieruje mnie na szlaki ktore ni beda szczesliwe ani dla mnie ani nie beda mile Bogu i ze Go zawiode. Przeciez nie mam gwarancji szczescia w zyciu swieckim i tak. Poczekam jeszcze. trudno jest bardzo zdecydowac. Mysle ze powinnam sie wyzbyc swojej proznosci i samolubstwa i isc za Jego glosem a nie kazywac mu czekac. Przeciez On wie lepiej i On wie co jest dla nas najlepsze. Czuje ze gdybym tylko sie decydowala czekaloby mnie zycie wzruszen i poswiecenia dla ludzi i naprawde mam do tego serce, ale czy nie moge sluzyc temu jak dotad jako osoba swiecka? Jezeli Bog wola, a czuje to mocno, to jak Moge sie upewnic? Ile musze czekac? I jak z Nim rozmawiac zebym upewnila sie tak zeby miec pewnosc? Zmiany w moim zyciu znowu zaczely sie nagle, ale przejmuje to kontrole w sposob nieamowity nad cala moja dusza.
 Aga16 : 22.08.2011, 09:51
 Miałam ten sam problem. Sama nie wiedziałam czego chciałam, ale przeczytałam ten artykuł i chyba już wiem. Autor napisał, że jeśli w tym co czujemy jest coś Bożego tchnienia to Bóg będzie nas w tym utwierdzał, a jeżeli nie to to wszystko wejdzie w kryzys. Ja już trzy razy chciałam iść do zakonu, ale zawsze po jakimś czasie czuję, że ja chcę mieć rodzinę. Chcę mieć kochanego męża, i gromadkę własnych i adoptowanych dzieci. Przemyślałam ten tekst i chyba zrezygnuję z zakonu. Wydaje mi się, że moim powołaniem jest rodzina. Moja rodzina... Ja już nawet mam zaplanowane, gdzie w moim domu co będzie i jakie moje dzieci będą miały kieszonkowe (jeżeli będzie mnie na to stać). Ten tekst jest bardzo pomocny i dziękuję autorowi, że go napisał. Jeżeli ktoś chce jeszcze ze mną pogadać to zostawiam mój numer gadu: 32802790
 Maja: 07.03.2010, 20:31
 Mati miałam ten sam problem, wydawało mi się , że muszę iśc do zakonu, sama nie wiedząc czemu. Otworzyłam Pismo Święte i trafiłam na słowa: "nigdy nie czuj sie przymuszony i rób to co mówi mi serce". Myśl o zakonie budziła we mnie lęk i wielki niepokój, a nawet niecheć do modlitwy. Spokój przynosił mi czytanie o małżenstwie i rodzinie. To chyba jest moim powołaniem i do tego mam talenty i zdolności. Pozdrawiam.
 Mati: 01.12.2009, 01:04
 Droga Tereniu ośmielę się nie zgodzić. W powyższym tekście Autor wyraźnie pisze, że myśli o przystąpieniu do zakonu/kapłaństwa mogą pochodzić od Złego Ducha cyt -> " ... a jeżeli jest od Złego Ducha, albo są to twoje własne myśli...". To teoretycznie sprzeczność ale nie do końca. Chciałem opowiedzieć to Wam na własnym przykładzie: Jestem na ostatnim roku studiów i generalnie lubię to co studiuję i mam pewien pogląd na swoją przyszłość. Ostatnio jednak pojawiły się we mnie myśli "co by było gdyby Bóg chciał ode mnie innej drogi np. kapłaństwa" ponieważ nigdy tego nie chciałem pomyślałem, że pewnie bym się sprzeciwił i wtedy zaczął się problem, bo wydawało mi się, że może Bóg tego właśnie chce i wystawia mnie na próbę. Coś we mnie mówiło "Bóg jest przekorny i specjalnie od ciebie żąda tego czego nie chcesz!". Nie były to myśli budujące - coraz bardziej mnie nurtowały i męczyły. Wpędziło mnie to nawet w małą depresję - zacząłem tracić wiarę w sens czegokolwiek. Kulminacja nastąpiła kiedy obudziłem się w środku nocy i czułem się tak źle z tego powodu jakbym miał zaraz umrzeć. Wtedy pomyślałem, że jest ratunek - modlitwa. Powiedziałem sobie "Boże, nie chcę kapłaństwa ale bardziej nie chcę się Tobie sprzeciwiać, jeżeli takiej drogi ode mnie żądasz - zgodzę się" pomodliłem się dosyć żarliwie o rozeznanie powołania i złapałem pismo święte. Otworzyła mi się księga psalmów 10 a wzrok padł na wers 14. Interpretację pozostawiam sobie i Wam - odzyskałem spokój. Chciałem Wam tym pokazać, że zły duch aby Nas odciągnąć od Boga ucieka się do najwymyślniejszych sztuczek - nawet takich jak domniemane "powołanie". Dziś jestem pewien, że był to ewidentny przykład kuszenia i nie życzę czegoś takiemu nikomu. Niedawno przeżyłem to powtórnie w mniejszej skali - wtedy pomógł mi ten tekst (wielkie dzięki dla autora) Mam nadzieję, że ostatecznie.:] Uważam, że jeżeli ktoś chce rozpoznać powołanie powinien się przede wszystkim dobrze Modlić, korzystać z sakramentów, nie wątpić w Łaskę Bożą i zastosować się do wszystkich wskazówek tego artykułu - a nie tylko słuchać "głosów", bo nie zawsze wiadomo od kogo pochodzą i co mają na celu. Pozdrawiam.
 Terenia*: 07.08.2009, 14:55
 Do Fabienne: Witaj!Bardzo zaciekawilo mnie Twoje pytanie.CZy mysli o powolaniu moga by od zlego ducha?Tylko Pan Bog jest siewca I On jest Autorem mysli o powolaniu.Fabienne,przygladaj sie swemu zyciu I wszystkieu co dzieje sie dookola Ciebie.Jest wiele znakow Pan Bog pokazuje I chce cos powiedziec przez ludzi,zdarzenia,okolicznosci.Tylko trzebo troche uwajzniej patrzec.Zycze duzo radosci I modle sie za Ciebie
 fabienne: 21.06.2009, 00:34
 jak rozpoznac,czy mysli o powolaniu pochodza od złego ducha?
 molek: 11.06.2008, 11:57
 Chwała Panu za takie artykuły i takich ludzi. Jezus jest moją jedyną Miłością!!!:)))
 Owieczka: 11.05.2008, 21:41
 Boże, pomóż mi odkryć Twoją wolę, odnaleźć drogę, którą przygotowałeś właśnie dla mnie...
 Renata: 09.05.2008, 18:04
 (...) Bo w ogniu doświadcza się złoto, a ludzi miłych Bogu - w piecu utrapienia. Dobrze, ze dziś przeczytałam te słowa, jest mi bardzo ciężko i czerpie z tych slow sile...
 Monika: 08.05.2008, 17:22
 Moja przelozona jest szefowa w pracy i jej chce byc posluszna. A kolezanki wspolsiostry. Oczywiscie moge powiedziec swoje zdanie lub czegos nie zrobic jesli wiem ze nie mam czasu bo pokoje dla gosci sa wazniejsze. Osoby samotne powinny w miejscu pracy dawac Ducha chrzescijanskiego. Moze to znak czasu. Z szacunkiem dla siostr i braci zakonnych
 Stanisław: 08.05.2008, 16:44
 Dobre rozeznanie powołania to bardzo ważna sprawa aby później w życiu nie robić błędów.
 tomek: 08.05.2008, 11:16
 piekny artykul, bardzo pomocny, dziekuje
 Kasiaa: 03.01.2008, 18:12
 ciekawe, tylko trzeba wiedzieć jakim chce widzieć mnie Bóg, a pewnie i piękną pod względami i ciała i dzuszy i calościowości struktury ludzkiej, myslę jednak że nie zawsze łatwo to prychodzi, takie porownymanie się do arcydzieła, arcydzieła człowieka, bo o tu chodzi, a człowiek i tak zawsze bedzie bładził, nie zawsze będzie wiedział co ma wybrac, bo będzie nie pewien. Wszystko to rzecz gustu.
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej