Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Jacek Krawczyk

(1966 - 1991)

"Czy życie ma sens?
Ma, ale jest on bardzo trudny.
Trzeba nam do niego dojrzewać
z dnia na dzień .
Myślę, że to ważne. Trzeba nam
wdrapywać się na tę górę życia.
Ale im wyżej, tym widok
coraz bardziej się zmienia..."

     Na jednym z cmentarzy ziemi rzeszowskiej, widnieje na skromnym nagrobku epitafium o treści: "Stoję przed tajemnicą własnego życia, wiele rzeczy naprawdę nie rozumiem, ale ufam Temu, który mnie prowadzi." Myśl tę napisał Jacek Krawczyk. Miał dopiero 25 lat, kiedy Pan powołał go do Siebie. Kiedy polski Papież przybył do Rzeszowa, rodzinny dom Jacka w pobliskiej wsi Palikówce - był domem żałoby. Kim był Jacek? Spotkanie z Jackiem, to spotkanie z młodym człowiekiem, który poprzez cierpienie w chorobie prowadzi nas i wskazuje nam Chrystusa, Jego Krzyż, orędzie nadziei i miłości.

     Urodził się 16 sierpnia 1966 r. w Rzeszowie. Był dzieckiem wrażliwym i nieprzeciętnym, co nie ułatwiało mu życia, zarówno z rówieśnikami, jak z gronem nauczycielskim. Uczęszczał do II Liceum Ogólnokształcącego w Rzeszowie. Droga do szkoły prowadziła obok klasztoru oo. Bernardynów. Jak sam kiedyś wspominał, w pierwszych tygodniach nauki chodził na skróty, przez plac, omijając klasztor, później wydłużał ją, aby przed rozpoczęciem nauki wstąpić na krótką modlitwę. Z biegiem czasu jego pobyt w kościele stawał się coraz dłuższy. Lubił się ukryć, by w ciszy porozmawiać z Bogiem. Poznał nawet jednego z ojców Bernardynów, z którym dzielił, przez pewien okres, czas wolny od nauki, na wspólnych rozmowach. Będąc w drugiej klasie rozpoczął pracę charytatywną w Domu Rencistów. Spędzał tam wiele czasu. Organizował spotkania dla pensjonariuszy. Modlił się z nimi wspólnie i dyskutował o wierze, wspierał ich duchowo i materialnie. Swą młodością, serdecznym podejściem i wielkim zrozumieniem ludzi późnego wieku, potrafił ująć ich sobie i sprawił, że zawsze oczekiwano go z wielkim utęsknieniem. Jacek to także człowiek głębokiej wiary i modlitwy. W pewnym okresie zapoczątkował w domu rodzinnym codzienną, wspólną modlitwę. Później, kiedy rozpoczął studia w Lublinie, prosił rodziców, aby byli z nim w duchowej modlitewnej łączności. W jednym z listów pisze: "A jeśli już mowa o modlitwie, to nasuwa mi się refleksja, że może właśnie Wasza modlitwa dodaje mi siły w trudnych sytuacjach".

     "... proszę módlcie się za mnie, by Bóg dat mi siłę do działania, bym byt jak świeca, która choć sama się spala, to jednak oświeca, ogrzewa i zapala inne, nie używane lub wygasłe świece."

     W roku 1985 Jacek Krawczyk rozpoczyna studia na wydziale Teologicznym KUL-u. Jako student teologii dał swoje świadectwo przez radość życia, przez otwarcie na wszystko to, co rodziło nadzieję - także u innych ludzi. Był studentem pracowitym. Potrafił się cieszyć życiem na różne sposoby. Ta umiejętność radowania się z życia nie przeszkadzała mu być człowiekiem nieprzeciętnej wiary, która kierowała go do innych ludzi. Wyciągał do nich pomocną dłoń, opiekując się chorymi. Bywał także w melinach, by ratować z nałogu pijaństwa, odwiedzał chore dzieci w lubelskich szpitalach, pracował przez pewien czas w stacji pogotowia jako sanitariusz. "... moim jedynym marzeniem - pisał Jacek - jest to, by stać się naprawdę człowiekiem. Wbrew pozorom nie jest to takie łatwe. Bo być człowiekiem, to nie tylko jednoczyć się z Bogiem, ale być bratem dla każdego drugiego człowieka. Być człowiekiem, to spieszyć z pomocą, bez względu na to, kim on jest." Istotnie, tak swoje człowieczeństwo realizował Jacek.

     W roku 1989 Jacek dowiaduje się, że jest chory na chorobę nowotworową. Rozpoczyna się szczególny etap w jego życiu. Początek choroby był dla niego zaskoczeniem. Była to ogromna huśtawka psychiczna. Później (zwłaszcza po operacji, jaką przeszedł), stał się spokojniejszy. Coraz więcej ufał Bogu. Przygotowywał się też na ostateczne rozwiązanie. Wziął z pokorą to, co mu przeznaczono, wiedział jaka go czekała droga, którą znał już na pewno, jeśli nie z opowiadań, to z obserwacji. Szedł więc świadomie, wiedząc jakie niespodzianki mogą go spotkać. Wówczas pisze: "Wiele razy po powtarza się, że człowiek, powinien dopełniać cierpień Jezusa Chrystusa dla dobra Kościoła. Wiele razy powtarza się, że oto możemy cierpieć i stać się podobnymi do Zbawiciela. Ile to jeszcze różnych rzeczy powtarzamy... Z reguły, gdy jesteśmy zdrowi i w pełni sił. Powtarzamy to wszystko często w stosunku do innych. A sami? Teraz może człowiek chory i cierpiący stanąć przed Chrystusem i powiedzieć «Chodźmy, oto wziąłem swój krzyż». A więc chodźmy..."

     Jeszcze przed chorobą Jacek poznaje Ewę - dziewczynę, z którą chce się pobrać. Do niej, już ze szpitala, pisze: "...wiesz, czasem zapominam o chorobie, uciekając w marzenia o domu. Dzielę z Tobą Twoje smutki i cierpienia, tak samo, jak radości, l bardzo bym chciał, byś w chwilach trudnych mogła się o mnie oprzeć... Chcę, byś pamiętała, że jest jeszcze moja modlitwa, pomocna dłoń, gotowa w każdej chwili do działania, mój stan czuwania, by nieść Ci pomoc, gdy tylko tego będziesz potrzebowała..."

     Jacek i Ewa pobrali się ze sobą kilka miesięcy później. Ich krótkie życie małżeńskie było przepełnione szczęściem, radością i miłością. Nie zabrakło w nim trosk, niepokojów, a przede wszystkim walki o życie Jacka. Jacek zawsze znajdował czas dla Ewy. "Ja wiele rzeczy nie rozumiem - pisał - ale wiem jedno: Ciebie dał mi Bóg, a skoro On jest przy nas, ja nie boję się już niczego, żadnego trudu, zadania i cierpienia".

     Choroba nasila się w znacznym stopniu, Jacek traci siły. "Mój stan zdrowia nie przyprawia o zbytni optymizm. Nie można jednak się załamywać, choć brakuje mi czasem tych prostych, ludzkich sił. Ale to tylko czasem. Pan nasz, Jezus Chrystus, który powołał mnie do tego zadania, czuwa, bym miał dość siły na to, by głosić siłę wiary w naszego Mistrza. Mam teraz - pisze dalej - dużo czasu na modlitwę. Jeśli tylko nie męczy mnie gorączka lub wymioty, odmawiam sobie cały brewiarz i jestem naprawdę szczęśliwy z tego właśnie faktu. W szpitalu jestem wręcz rozpieszczany codzienną Komunią świętą." Niestety, są takie momenty w życiu człowieka cierpiącego, kiedy staje on w obliczu tego doświadczenia, które znamy z czuwania i modlitwy Jezusa w Ogrójcu. To doświadczenie nie zostało oszczędzone Jackowi. "Nie sposób w tej chwili opisać tego, co się ze mną dzieje. Jestem przybity na amen. Zbyt dużo było ostatnio problemów, zbyt dużo niepewności i oczekiwania. Teraz już nie wytrzymałem. Wiele razy mówiłem dość spokojnie o śmierci. Ale teraz, gdy sam stoję przed niewiadomą, nie mam siły na walkę. Nie dam rady. Wszystko, na co mnie jeszcze stać, to prośba, by ktoś pozbierał mnie takiego leżącego, Bo ja sam już nie potrafię...." Ale ostatecznie i Chrystus na krzyżu zawołał : «Ojcze, w Twoje ręce powierzam Ducha mojego». Kiedy nastąpił ostatni etap choroby, Jacek doświadczył ogromnych cierpień, znosił je cierpliwie. Nie jęczał, nie krzywił się... Jednocześnie, nie żądał środków uśmierzających ból. Pytany, jak się czuje, czy mu nie jest duszno, odpowiadał, "że jest dobrze, że wystarczy" - choć często mówił z widocznym trudem, dysząc. W swoim ostatnim liście do jednego z księży, pisze: "Chrystus towarzyszy mi codziennie, mogę Go wręcz dotknąć, tak jak dotykałem Go kilka razy w sakramencie chorych, gdy bytem uzdrawiany w sposób po prostu cudowny. Teraz czekam na to, co Pan przygotował mi na dalszą drogę. Ufam, że przygotował mi dość siły i wiary, i że mnie nie opuści w tej drodze, bez względu na to, dokąd ona wiedzie. Księdza zaś proszę o modlitwę i Mszę świętą... ". Jacek zasnął w Panu w nocy z 31 maja na 1 czerwca 1991 roku. Ostatnie słowa, jakie zapisał na luźnej kartce, brzmiały: "Śmierć ze swej natury nie może panować nad życiem mimo pozornego zwycięstwa. Siła życia stanowi źródło, którego nie da się zamknąć. Stąd nigdy nie można poddać się sile tego, co przygniata i ciągnie w kierunku przeciwnym. Stanowi to nieodzowny warunek do tego, by trwać w niezmącony sposób przy swych przekonaniach, planach. Nic nie może człowiekowi nakazać tego, by bat się radosnego, choć trudnego w pewien sposób odejścia do Życia".

     I kiedy odprowadziliśmy śp. Jacka na miejsce wiecznego spoczynku, ktoś powiedział: "Idziemy się modlić za Jacka", na co ktoś inny rzekł: "Nie - będziemy się modlić do Jacka prosząc go, aby wstawiał się za nami do Boga".

     "...kiedy, być może, «wdrapał» się już na sam szczyt tej «góry życia», z której dotknął Chrystusa - odszedł... I wiem, że nasz syn z miłością wykonał to zadanie, które zostało mu powierzone " - napisała mama Jacka.

     Można by długo cytować listy Jacka do różnych ludzi. Ale jest jedna, szczególna wypowiedź, świadectwo lekarki, która pochylała się w ostatnich godzinach życia nad jego łóżkiem: "Jeżeli są prawdziwi chrześcijanie, to ja takiego spotkałam w Jacku." Świadectwo wiary Jacka jest dla każdego z nas wezwaniem do przylgnięcia całą swoją istotą do Chrystusa, który nas zapewnia: "Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?" (J 11, 25).

na podstawie książki "W pół drogi" pod redakcją
ks. Janusza Nagórnego i ks. Piotra Kieniewicza MIC.
Nakładem Fundacji im. Jacka Krawczyka. Rzeszów, 1995.


Marek Grygiel TChr


Matka Teresa. Blask miłości Matka Teresa. Blask miłości
Maria Di Lorenzo
To ciekawa, napisana prostym, zrozumiałym językiem biografia założycielki zgromadzenia Sióstr Misjonarek Miłości - błogosławionej Matki Teresy z Kalkuty.... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej