Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Wózek ze skrzydłami

     Nie mogła bawić się w berka, tańczyć czy nawet podskakiwać - tak jak to robiły wszystkie inne dzieci. Pomimo to jedenaście lat jej życia pełne było radości, a wielu ludzi wspomina Anię jako własne małe źródełko nadziei.

     W 7-8 miesiącu życia Ania próbowała wstawać, ale nie mogła utrzymać się na nóżkach. W poradni chorób mięśni przeżyła bardzo bolesne badania. Długie oczekiwanie i wynik oznajmiony w ciemnym korytarzu kliniki: rdzeniowy zanik mięśni. Wynik badania potwierdza się wkrótce podczas naszej wizyty w klinice w Cremlin Bicetre koło Paryża.

     Jedziemy z całą rodziną do Matki Bożej do Lourdes. Modlimy się żarliwie. Wracamy do domu podbudowani i ufni w Jej opiekę. Podczas kolejnych wakacji Ania "przejdzie" z mamą całą trasę pielgrzymki dla osób niepełnosprawnych: z Warszawy aż do Częstochowy.

     W drodze jest prawdziwą radością dla wszystkich, zawsze wesoła, pogodna, nie narzeka, nie płacze, nie marudzi. Ma dopiero trzy i pół roku, a jest mądra i serdeczna. Jedzie na swym wózeczku, choć droga czasem trudna i upał doskwiera.

     Pierwszy mały wózek inwalidzki Ania dostała, gdy miała około 3 lat. Nigdy nie stanęła sama na nóżkach. Tata często mówił, że my wszyscy użyczamy Ani nóg, aby mogła dotrzeć tam, gdzie chce. Mama słyszała czasem: "Musiu, zanieś mnie do szafki w kuchni przy oknie, bo nigdy nie widziałam, co tam jest".

     Ania chciała iść do szkoły. Brakowało jej kontaktu z rówieśnikami. Okazała się uczennicą zdolną, chętną do nauki i odpowiedzialną. Nie pozwalała sobie nigdy na niedbałe odrabianie lekcji, nawet wtedy, kiedy była bardzo słaba i siedzenie przy stole, pisanie było dla niej trudne. Układała wtedy główkę na lewej rączce i tak - spoglądając ukośnie - pisała, liczyła, rysowała.

     Mimo słabości imponowała swoim rówieśnikom. Od początku szkoły była zawsze wybierana na przewodniczącą klasy. Czuła się odpowiedzialna za wygłupy chłopców, plotki koleżanek i wszelkie klasowe kłótnie. Nieraz trzeba było czekać na nią po lekcjach, bo jeszcze jeździła po klasie, sprzątała w szafkach i na półkach.

     Zaczęła też angażować się w prace misyjnej Fundacji Polskiej Raoula Follereau, którą prowadził tata. Zaczęło się od przyklejania znaczków na koperty listów wysyłanych do korespondentów fundacji. Potem były kwesty przed kościołem, pomoc dla powodzian, rozdawanie opłatków świątecznych.

     Żadna wyprawa rodzinna nie mogła się odbyć bez niej. Ania "chodziła" po górach, kąpała się w oceanie, chodziła do kina, na koncerty. Uczestniczyła w różnych uroczystościach i nabożeństwach w kościele. Żyła pełnią życia, chociaż - trzeba to podkreślić - łączyło się to z pomocą innych i z ciężkim wysiłkiem, zmęczeniem i cierpieniem. Anna nigdy nie skarżyła się. Spokojnie pozwalała sobie zakładać gorset nawet w upalne dni, kiedy tak bardzo chciałoby się zdjąć wszystkie ubranka. Tymczasem gorset trzeba było mocno zasznurować... Ania cieszyła się przede wszystkim z tego, że byliśmy razem. Rozmawialiśmy, razem bawiliśmy się, czytaliśmy książki i modliliśmy się.

     Często wspólnie odmawiałyśmy Różaniec. Ania prosiła: "Opowiedz mi jeszcze tę tajemnicę". Od najmłodszych lat chętnie się modliła: przed snem, w samochodzie, w drodze do szkoły. Myślę, że Ania modliła się częściej, niż to było widać.

     Marzyła o własnym psie, którego wreszcie wyprosiła u swojego kolegi. Wyprosiła też u nas zgodę, a to wcale nie było łatwe, bo baliśmy się, że młody szczeniak rozniesie nam dom. W tej atmosferze radości z otrzymania wymarzonego psa rozpoczęła piątą klasę. I tak do tej tragicznej soboty, kiedy wyszłyśmy z domu zbierąć'żołędzie. Na przejściu dla pieszych uderzył w nas rozpędzony samochód...

     Pomimo ogromnej rany w sercu, ogromnej tęsknoty, ufam, że teraz Matka Boża tuli nasze dziecko w swoich ramionach.

Mama Ani, Elżbieta Szałata


     * * * * *

     Dziś, kiedy Ania odeszła do nieba, świadomie ofiarowując swoje życie za mamę, która po wypadku leżała w kałuży krwi kilka metrów dalej, wiem, że ona wprowadziła nas w coś niesłychanie ważnego. Ucząc nas zaufania do innych, ucząc sensu służenia innym, ostatecznie dała tak wielkie, choć proste świadectwo: "Ja mogę umrzeć, Boże, żeby tylko mama żyła".

     Pozwoliło ono lepiej zrozumieć to wszystko, o czym nam opowiadała na co dzień, co mówiła nam podczas doświadczania wielkiego cierpienia i stanu śmierci klinicznej, gdy przez kilka dni z uśmiechem opowiadała, że jest w niebie, a tam jest tak dobrze, bo ludzie się kochają i nawzajem sobie ufają. "Przecież to takie proste - powtarzała z uśmiechem - a na świecie tak wiele jest zła... to zupełnie niezrozumiałe...".

     Kiedy o tym myślę, to zdaję sobie sprawę, jak wiele ważnych znaków miłości umyka nam gdzieś w międzyczasie albo po prostu ich nie rozumiemy. Pewnego dnia na przykład odkryłem, że Ania nigdy nie miała możliwości zobaczenia, co widać z okna jej pokoju - z wysokości wózka było tó niemożliwe. Po prostu pewnego dnia poprosiła mnie, bym wziął ją na ręce i pokazał widok z jej okna. Nam wszystkim w naszej wrodzonej pysze wydaje się, że jesteśmy niezależni, samodzielni i nikogo do szczęścia nie potrzebujemy, a tymczasem nasze życie bez innych nie ma sensu. Najstraszniejszą rzeczą, jaka może się nam przydarzyć, to uświadomić sobie, że nie jest się nikomu potrzebnym.

     Nasz przyjaciel, ks. Patrick de Laubier, na wieść o śmierci Ani powiedział: "Zobaczysz, co się teraz będzie działo, bo Ania nie skończyła swojej misji". Wciąż na nowo ktoś gdzieś daleko od nas odkrywa dla siebie światło nadziei w postawie tej małej dziewczynki z inwalidzkiego wózka. Świadczą o tym listy, które otrzymuję z różnych stron Polski i nie tylko. Świadczą doroczne spotkania niepełnosprawnych dzieci Mazowsza "Wszystkie Anioły Małej Ani", powstające szkolne koła wolontariuszy, kółka misyjne Małej Ani z Zielonki.

     Siostra Mariola z telewizyjnego programu "Ziarno" powiedziała kiedyś, że gdy patrzyło się na Anię, to miało się wrażenie, że ten wózek to nic, to nie ma znaczenia, to jakby jakiś żart, który należy traktować z przymrużeniem oka. Przecież jest tyle ważniejszych rzeczy.

     Pozostawało pytanie, skąd bierze się ten niezwykły entuzjazm w dziecku, które nie może jak inne skakać, bawić się, jeździć na rowerze. Wszystko stało się jasne, gdy znaleźliśmy na kartkach zeszytu jednoznaczną, wpisaną w serduszko i opatrzoną własnoręcznym podpisem deklarację: "Bóg mnie kocha".

Tato Ani, Kazimierz Szałata

Sygnały troski
nr 2(8) luty 2008


   

Wasze komentarze:
 etc.&: 11.02.2019, 22:13
  Piękna historia choć okroszona niezwykłym cierpieniem. Piękne świadectwo rodziców o niezwykłej wyjątkowej miłości. Na końcu niezwykłe dziecko o nadprzyrodzonej miłości do ludzi i Bogu. Choć smutna to napełniająca wiarą nadzieją i miłością historia.
(1)


Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej