Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Moje kalectwo to bezcenny skarb

Jestem niepełnosprawna od urodzenia i moja choroba wciąż się pogłębia. Ręce są zupełnie niesprawne, wiele czynności wykonuję więc nogami. Ale i z chodzeniem mam trudności, tak że od dziewiętnastego roku życia korzystam z wózka. Pamiętam, jak przez wiele wcześniejszych lat bałam się wózka, a konkretnie - uzależnienia od niego.

Zaakceptowanie wózka było trudne i dla mnie, i dla moich bliskich. Pan dał mi jednak łaskę umiejętności szybkiego godzenia się z tym, co w życiu trudne. Z tej łaski zdałam sobie sprawę dużo później. Pomimo iż moja rodzina i środowisko nie należały do szczególnie gorliwych religijnie, nie było we mnie buntu czy żalu do kogokolwiek w związku z moją chorobą. Oczywiście bywały i bywają momenty przykrości z powodu - powiedzmy - ludzkiej bezmyślności, zwłaszcza gdy ktoś uważający się za mądrego i inteligentnego człowieka, w dodatku chrześcijanina, z racji mojej choroby, czy choćby samego wyglądu, traktuje mnie jak kogoś gorszego od siebie albo jak przedmiot. Szybko jednak przychodzą mi na myśl słowa modlitwy Pana Jezusa wiszącego na krzyżu: "Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią". Powtarzam je i dodaję: "Pomóż i mnie przebaczyć", i zwykle takie przykrości szybko mijają.

Wcześniej wstydziłam się swego kalectwa, dzisiaj uważam je za bezcenny skarb, i to taki, którym dzielę się z ludźmi chcącymi go przyjąć. Ale to dopiero dzisiaj.

Kiedy miałam dwadzieścia czy dwadzieścia jeden lat doszłam do wniosku, że w przypadku mojej choroby medycyna, zarówno konwencjonalna, jak i niekonwencjonalna, jest po prostu bezradna. Było już przecież tyle starań i prób poprawy zdrowia - i nic. Pozostało mi jedynie liczyć na cud. Ale pomimo iż uchodziłam za osobę wierzącą - byłam wierna codziennemu odmawianiu pacierza, czasem odmawiałam różaniec, dosyć chętnie chodziłam do kościoła, a nawet umiałam ładnie mówić o Bogu - moja wewnętrzna postawa stanowiła zaprzeczenie widocznych praktyk religijnych. Bóg tak naprawdę wydawał mi się daleki. Jakże więc mogłam liczyć na cud? Dużo bliższa była dla mnie Maryja. Łatwiej było mi uwierzyć, że Ona mnie słucha i rozumie. Chociaż prawdą jest, że w szpitalu, zwłaszcza w pierwszych godzinach po ciężkiej operacji, kiedy czułam się bardzo źle, jedyną ulgą w cierpieniu było spojrzenie na wiszący na ścianie krzyż i krótkie westchnienie, zaś najbardziej oczekiwaną osobą o poranku był ksiądz z Najświętszym Sakramentem.

Tak więc Bóg w jakimś sensie stawał mi się bliższy, gdy bardziej cierpiałam. Niemniej jednak narastało we mnie poczucie, iż trwam w kłamstwie, w obłudzie, i było mi z tym źle. Zrodziło się wówczas pragnienie przeżycia rekolekcji, ale innych niż te, które są głoszone w kościołach przed świętami, na które byłam przez rodziców sporadycznie zabierana. W tym czasie miały miejsce poważne nieporozumienia w domu. Wszystko to sprawiło, że wpadłam w głęboki dołek psychiczny. Zawiesiłam wszelką korespondencję, gdyż nie byłam w stanie pisać. Nie mogłam też czytać, oglądać telewizji, słuchać radia. Nawet rozmowa z ludźmi sprawiała mi duże trudności, ponieważ niemal nic do mnie nie docierało. Nie wiem, czy rodzina zauważyła te moje problemy, ponieważ starałam się zachowywać tak, jakby się nic ze mną nie działo. Czytałam więc dla samego czytania, oglądałam telewizję dla samego oglądania. I chyba ta postawa była dla mnie zbawienna; inaczej trudniej byłoby mi powrócić do normalnego życia. To wszystko trwało około roku.

W końcu pewna zaprzyjaźniona siostra zakonna skierowała mnie na rekolekcje zamknięte - widocznie stwierdziła, że to mogłoby mi pomóc. Po pokonaniu różnych trudności związanych z wyjazdem Mama zdecydowała się pojechać ze mną jako indywidualna pomoc. I tak pojechałam na pierwsze w swoim życiu rekolekcje. Okazało się, że tam rzeczywiście czekał na mnie Pan, aby objawić mi prawdę o Sobie i o mnie, aby mnie przyciągnąć do siebie, jak to robi mądry i kochający Ojciec ze swoim oddalonym i błądzącym samotnie dzieckiem. Wyciągnął mnie z mojego dołka. Po dziewięciu dniach rekolekcji wróciłam do domu odmieniona - jako nowy człowiek, pełen wiary i radości życia. Później zrozumiałam, iż to, że tak wspaniale przeżyłam te rekolekcje, było prawdziwym cudem, gdyż osoby z problemami psychicznymi na takich rekolekcjach zupełnie sobie nie radzą, a udział w nich może nawet pogorszyć ich stan.

W taki sposób spełniło się moje pierwsze, głębokie, acz ukryte, pragnienie. Potem, gdy już świadomie żyłam w obecności Pana (wcześniej On był ze mną, ale ja nie byłam tego świadoma), zaczęły się spełniać kolejne. Częściej przebywałam wśród ludzi i w miejscach, o odwiedzeniu których wcześniej nawet nie marzyłam, jak Zakopane i w ogóle góry (które mogłam podziwiać raz w letniej, raz w zimowej scenerii), Krynica Morska (gdzie mogłam po raz pierwszy zobaczyć i usłyszeć morze) i wiele innych. Warto dodać, że te moje wyjazdy w nielicznych tylko wypadkach były inspirowane przeze mnie i rzadko kiedy towarzyszyła mi Mama lub inna osoba z rodziny, zobowiązana niejako "z urzędu" do sprawowania nade mną opieki. Zawsze znajdował się ktoś, kto chciał i mógł mi pomóc. Dlaczego? Po wspomnianych rekolekcjach zapragnęłam dać coś Bogu od siebie, coś osobistego. Cóż mogłam Mu ofiarować oprócz siebie samej? Postanowiłam żyć słowami z Ewangelii Mateuszowej: "Cokolwiek uczyniliście jednemu z braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili". Oznacza to dla mnie, iż starając się nie nadużywać czyjejś dobroci, pozwalam możliwie wielu osobom świadczyć sobie pomoc. Wierzę bowiem, że każdy, nawet najmniejszy gest pomocy będzie dla osoby pomagającej dużym ułatwieniem w dojściu do zbawienia. W tym właśnie sensie rozumiem słowa pasterzy Kościoła skierowane do chorych: "Jesteście skarbem Kościoła".

Nie ukrywam, że możliwość bycia z ludźmi i podróżowania to dla mnie wielka przyjemność i wielka radość. Za tę przyjemność płacę jednak wysoką cenę - aby w miarę normalnie funkcjonować, muszę brać duże dawki środków uspokajających. Czas i ilość ich przyjmowania powinny spowodować - po ludzku sądząc - skutki uboczne w organizmie, nie wykluczając nawet śmierci. Nic takiego się jednak nie dzieje. Wciąż żyję i jestem wypełniona radością, której nigdy nie udaję.

Kończąc, chciałabym podzielić się jeszcze jedną refleksją, która mi się nasuwa. Moje życie układa się teraz w jeden akt modlitwy: "Niech się wypełnia wola Twoja, Panie, w moim życiu". I przez to zdanie się na wolę Pana z pełnym zaufaniem serca przeżywam swoje cierpienie jakby ze zmniejszonym natężeniem. Kiedy cierpienie się nasila, czuję się pełniejsza, bardziej wartościowa. W mojej chorobie Bóg obdarza mnie pogodą ducha oraz otwartością na ludzi. Chwała Panu za wszystko!

Teresa


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść

Nowości

Modlitwa do Matki Bożej Wspomożycielki WiernychModlitwa do Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych

Akt oddania się Maryi Wspomożycielce WiernychAkt oddania się Maryi Wspomożycielce Wiernych

Nie mogę zrozumieć, dlaczego kobiety mają być poddane mężom?Nie mogę zrozumieć, dlaczego kobiety mają być poddane mężom?

Medytacja: U Marii i MartyMedytacja: "U Marii i Marty"

Śmierć świętego pustelnikaŚmierć świętego pustelnika

Najbardziej popularne

Godzina ŁaskiGodzina Łaski

Modlitwy do św. RityModlitwy do św. Rity

Litania do św. JózefaLitania do św. Józefa

Jezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się JezusowiJezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się Jezusowi

Modlitwa o CudModlitwa o Cud

Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]

Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty |

Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt

© 2001-2022 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej