Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Jezu, nie zabieraj mi cierpienia!

Kiedyś miałam "dobre życie". Mąż na stanowisku, praca przynosząca znaczące dochody. Goniłam za pieniędzmi, wciąż było ich za mało. Urządzone mieszkanie, samochód, wycieczki i urlopy, działka, zaplanowany dom, ogród, domowe zwierzaki, nawet konie. Niech ludzie podziwiają i zazdroszczą. Wszystko to miałam, ale czy byłam szczęśliwa?

Brakowało mi czegoś. W sercu gościła pustka. Teraz wiem, że moje życie było miałkie. Od Boga odeszłam bardzo daleko, byłam przeciwko Niemu. Korona cierniowa Pana Jezusa upleciona jest z moich grzechów. Mówiłam, że Boga nie ma, a On był, był przy mnie zawsze, tylko o tym nie wiedziałam.

Najpierw umarł mój Tatuś, trzy miesiące potem Mamusia, moi najukochańsi. Czas nie zdążył jeszcze ukoić mego bólu i rozpaczy, kiedy sama uległam wypadkowi. W czasie budowy wymarzonego domu runęły na mnie ciężkie, drewniane bele. Runęło moje życie... Uraz kręgosłupa i głowy, paraliż, karetka, szpital, długa operacja i wyrok, który poznałam kilkanaście miesięcy później. Mojemu mężowi powiedziano, że mam przed sobą najwyżej rok życia. Po co mnie ratowano? Sparaliżowana, bez czucia, nie wiedziałam nawet, czy mam nogi. Bez powonienia (po urazie głowy) nie wiedziałam, że leżę w moczu i kale. Najgorszy był ból, silny, piekący, rozległy i bezsenne noce. Co dwie godziny jak kłodę przekładano mnie z boku na bok, aby uchronić przed odleżynami. Ogrom cierpienia, upokorzenie... Całkowite zdanie na łaskę innych. Nie chcę wracać do tamtego czasu, tak może być chyba w piekle.

Nawet nie pytałam Boga: "dlaczego?", bo Boga w moim życiu nie było. Nie mogłam wytrzymać bólu, nie chciałam tak cierpieć, nie chciałam żyć. Z wielkim trudem uzbierałam w szufladce szpitalnego stolika garść tabletek nasennych. W porę znalazł je mój mąż.

Pierwsze cztery lata byłam na przemian intensywnie rehabilitowana i operowana. Siedem operacji z narkozą, każda z powikłaniami. Cały ten czas spędziłam w różnych szpitalach, w sanatorium. Odwiedzali mnie tam psychologowie, młodzi ludzie, także księża. Mówili o Bogu, że z Nim jest łatwiej. Odpowiadałam - nie! Do domu pierwszy raz wróciłam na krótko po trzech latach. Bałam się, że sobie nie poradzimy z moim paraliżem, leżeniem, moczeniem, straszliwym bólem, bezsennością... Bóg tyle już razy mnie dotknął, "...im w większych jesteśmy trudnościach, tym bardziej Bóg pochyla się nad nami". Pochylał się, pukał do mego serca, a ja nic nie rozumiałam.

Cztery lata po wypadku, gdy byłam w sanatorium po kolejnej operacji, umarł nagle, na moich rękach, mój mąż. Zostałam sama. W ciągu najtrudniejszego, pierwszego roku opiekowali się mną różni ludzie - rodzina, sąsiedzi, znajomi. Było mi bardzo ciężko, ale jeszcze bardziej bałam się domu opieki społecznej. Powoli uczyłam się życia na wózku z łączącymi się z tym dolegliwościami. Starałam się być coraz bardziej samodzielna.

W 1988 roku zaprzyjaźnieni studenci zabrali mnie do Włoch. Był strach, zmęczenie, zażenowanie z powodu moczenia i pieluch, wstyd z powodu wózka, ale i zachwyt nad pięknem tego kraju. Zajechaliśmy do Scala za Neapolem, do sióstr redemptorystek, które okazały nam wiele dobroci, miłości i serca. Zwłaszcza mnie, choć wiedziały, że jestem niewierząca. Mówiły, że widzą we mnie cierpiącego Jezusa... Tą dobrocią i miłością poruszyły moje serce. Z pewną zazdrością patrzyłam na siostry i studentów przyjmujących w czasie Mszy świętej Ciało Pana Jezusa. Poczułam dziwną tęsknotę. Zaczęłam myśleć o Bogu. Gdy byliśmy w Watykanie na środowej audiencji, Ojciec Święty podszedł do mnie, przytulił i pobłogosławił. Moje serce zaczęło kruszeć. Już wiedziałam, że Bóg jest. Uwierzyłam. Nie wiedząc o tym, szukałam Go, a On był przy mnie cały czas.

Obawiałam się spowiedzi, księży. Bałam się, że nie otrzymam rozgrzeszenia. Tymczasem spowiednik sam do mnie przyszedł, do pokoju w sanatorium. Wypłakałam wszystkie moje grzechy. Sutanna proboszcza i mój ręcznik były mokre od łez. Staiy ksiądz przytulił mnie i w jednej chwili poczułam, że moje serce z kamienia stało się sercem z ciała. Ogarnął mnie pokój i radość. Urodziłam się na nowo. Nawróciłam się. Łaknęłam teraz Słowa Bożego. Ktoś przyniósł mi Pismo święte, ktoś inny nauczył modlić się na różańcu, zaczęłam otrzymywać książki i pisma katolickie. Mój głód Słowa Bożego z latami jest coraz większy.

Dobry Bóg kochał mnie cały czas. Długo, cierpliwie i z wielkim miłosierdziem prostował moją drogę do Niego. Myślę, że bardzo mnie kocha, skoro przez to wszystko mnie przeprowadził, skoro nadal naznacza mnie cierpieniem. Żyję w środowisku ludzi niepraktykujących. Na początku, gdy z powodu nawrócenia spotykały mnie drwiny, umiałam tylko płakać. Teraz staram się, by moje życie było świadectwem wiaiy. Kiedyś niechętnie dzieliłam się z innymi tym, co miałam. Długo przywiązywałam wagę do tego, co nagromadziłam, chociaż już wiedziałam, że większą radość daje dawanie niż branie. W końcu sprzedałam działkę, i tak już rozkradaną, złodzieje okradli doszczętnie całe mieszkanie, po dwóch wypadkach komunikacyjnych oba moje auta poszły do kasacji - a ja tylko złamałam obojczyk. Tak Bóg pozwolił mi odejść od gromadzenia dóbr. Już nie jestem ich niewolnikiem, nie gonię za nimi. Jestem wolna. O co poproszę - otrzymuję.

Codziennie się nawracam i "brnę" w wiarę coraz mocniej. Zaakceptowałam wózek, już się go nie wstydzę, a nawet dziękuję za niego Bogu. Zrozumiałam, że Bóg uratował mnie przed śmiercią, dał mi możliwość pokuty i szansę na życie wieczne. Dziękuję też za ból, cierpienia, bezsenne noce i wszelkie utrapienia. Teraz czuję, wiem, wierzę, że wózek i wszystko, co z nim związane, to dar od Boga, przywilej, dziwne powołanie. Z pozycji wózka widzi się inaczej. Głębiej, ostrzej, lepiej... Zrozumiałam sens cierpienia i dlatego mogłam się z nim pogodzić, dlatego możliwe jest ono do udźwignięcia. Cierpię może za moje grzechy, może za grzechy innych, może za jakąś sprawę... Może, żeby moja wiara była mocna. To Bóg wie, dlaczego cierpię, taką wybrał dla mnie drogę, a ja godzę się na nią i przyjmuję z pokorą. Zauważyłam, że w dni, kiedy ból słabnie, zaczynam odwracać się w stronę spraw doczesnych. Wtedy proszę: "Jezu, nie zabieraj mi cierpienia. Nie pozwól mi się znów pogubić na rozdrożach, odejść".

Modlę się stale na różańcu, koronką do Miłosierdzia Bożego, własnymi słowami i chyba dlatego słyszę od innych, że jestem osobą radosną, szczęśliwą i pełną miłości. Stałam się wylewna i spontaniczna. Bóg stawia na mojej drodze niezwykłych ludzi. Mam przyjaciół w całej Polsce. Wielu z nich to ludzie niepełnosprawni, a mimo to radośni, niosą swój krzyż z Jezusem. Odpisuję rocznie na ponad trzysta listów, piszę najczęściej do ludzi chorych, staiych, samotnych. Lato spędzam na działce w pobliżu sanktuarium w Lichemu. Tam sama "chodzę" do lasu, zachwyca mnie wszystko, przepełnia mnie dziękczynienie i uwielbienie. Gdy wracam do mojego mieszkania na pierwszym piętrze, nie opuszczam go wcale. Za dużo schodów. Na wózku jestem szesnaście lat. W 2000 roku mam swoją rocznicę: dziesięć lat nowego życia, życia z Panem Jezusem. I choć czasem upadam, z każdym rokiem przybliżam się do Niego i bardziej Go pragnę. Dodam jeszcze, że tego nowego życia nie zamieniłabym na tamto - "dobre życie".

Jadwiga


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej