Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Żyję! I za to wszystko chwalę Pana!

Niezbyt chętnie wspominam swoje cierpienia. Teraz poczułam się jednak przynaglona do tego, aby dać świadectwo innym. Pan uzdrowił mnie nie tylko fizycznie, ale i duchowo. To, co przeżyłam w ciągu ostatnich kilku lat, jest trudne do opisania. Dziś z całą odpowiedzialnością mówię, powtarzając słowa Maryi, iż "wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny". Jednak nie zawsze potrafiłam to zauważyć i docenić. Do tych słów dorastałam w wierze.

Już od dawna prawie każdego ranka modliłam się słowami takiej modlitwy: "O Boże mój, nie wiem, co mnie czeka dzisiaj! Tyle tylko wiem, że nie spotka mnie nic, czego Ty byś pierwej nie przewidział, nie dopuścił lub nie rozkazał od wieków. To jedno też uspokaja mnie w duszy. Uwielbiam Twoje odwieczne i niedościgłe wyroki, skłaniam czoło swoje z jak największą pokorą przed obliczem Twoim, wielbię miłość i dobroć Twoją dla mnie. Wszystkiego pragnę, wszystko przyjmę, ze wszystkiego złożę Ci ofiarę i połączę ją z ofiarą Jezusa Chrystusa, Zbawiciela mojego. Proszę Cię w imieniu Jego i przez Jego nieskończone zasługi o cierpliwość w przykrościach moich i o zupełne posłuszeństwo woli Twojej we wszystkim. Amen". I zawsze ta modlitwa była dla mnie taka zwyczajna i prosta. Jednak w czasie cierpienia nabrała innej, głębszej wartości. Niejednokrotnie jej słowa stawały się dla mnie zbyt trudne do wypowiedzenia. Czułam odpowiedzialność za to, co mówię. Obawiałam się, że nie potrafię przyjąć w pokorze tego, co przygotował dla mnie Bóg. Jednocześnie ta modlitwa dodawała mi jakiejś niesamowitej siły wewnętrznej, odwagi.

Po urodzeniu trzeciego dziecka, w wieku dwudziestu dziewięciu lat przeszłam pierwszą operację na kamicę nerkową. Potem wszystko szybko wróciło (na pozór) do normy. Cieszyłam się życiem i moją kochaną rodzinką. Skończyłam studia, pracowałam jako nauczycielka. Po kilku latach powróciły moje problemy zdrowotne. Bardzo przytyłam i ciągle coś mi dokuczało. Do szpitala trafiłam z powodu potwornych bólów kręgosłupa. Z dnia na dzień miałam coraz większe trudności z chodzeniem, aż w końcu poruszałam się tylko przy balkoniku. Silne środki uśmierzające ból wprowadzały mnie w stan otępienia. Cierpiałam okropnie. Leżąc na łóżku szpitalnym, często odwracałam się do ściany i płacząc, pytałam w myślach: "Dlaczego? Dlaczego ja?". Nie potrafiłam zrozumieć sensu mojego cierpienia. W tych trudnych chwilach zawsze był przy mnie mąż, mama i koleżanka, z którą studiowałyśmy zaocznie w kolegium katechetycznym. Gdy zapadła decyzja o konieczności operacji kręgosłupa (w przeciwnym razie groził mi paraliż), coś we mnie ucichło, w moim wnętrzu nastał pokój. Modliłam się o wytrwanie. Po operacji bardzo cierpiałam. I znów były przy mnie najbliższe osoby. Wspierały mnie modlitwą i uśmiechem. Choć nadal nie potrafiłam sobie wytłumaczyć me go cierpienia, uczyłam się traktować je jako trudny dar od Boga, szczególną łaskę. Budziła się we mnie bojaźń Boża; bałam się, aby nie zmarnować otrzymanego od Boga przywileju. Modlitwa, różaniec, Pismo święte stawały się moją siłą.

Powrót do domu po operacji kręgosłupa był bardzo ciężki. Na wykłady do kolegium katechetycznego jeździłam w pozycji leżącej, bo nie wolno mi było zbyt długo siedzieć. Wykładów słuchałam stojąc, a notatki robiłam najczęściej klęcząc. Jednak nie to było najgorsze. Wracały moje obawy, że już nigdy nie będę całkiem sprawna. Były chwile, że żałowałam tego, że poddałam się operacji. Moje życie było uzależnione od innych, nie mogłam wrócić do pracy. Oprócz kręgosłupa miałam wciąż inne dolegliwości. Jakaś choroba trawiła od wewnątrz mój organizm: byłam spuchnięta, czerwona i bardzo gruba, miałam chorobę wieńcową serca, początki osteoporozy, zaburzenia wzroku, za wysoki cukier, cholesterol i ciśnienie. Lekarze nie stawiali żadnej konkretnej diagnozy. Leczyli tylko doraźnie, tak abym mogła funkcjonować.

Dwukrotny pobyt w sanatorium był dla mnie czasem nie tylko leczenia, ale także szczególnego spotkania z Bogiem. Często wstawałam o świcie, aby patrzeć, jak wschodzi słońce, budzi się dzień. I wtedy mówiłam do Kogoś, kto mnie słuchał. Było mi dobrze, czułam w sobie tyle siły. Podobnie wieczorem, gdy patrzyłam w ciemne niebo. Wierzyłam, że będę jeszcze pracować, że moja nauka w kolegium ma sens.

Osiem miesięcy po operacji kręgosłupa nastąpiło kolejne doświadczenie. Kiedy jechałam na ostatni egzamin przed obroną pracy dyplomowej, z dworca kolejowego zabrało mnie pogotowie. Miałam atak kamicy woreczka żółciowego, połączony z ostrym zapaleniem trzustki. Zamiast na egzamin trafiłam na salę operacyjną, gdzie w trybie pilnym wykonano mi trzecią z kolei poważną operację.

Gdy otworzyłam oczy po narkozie, zobaczyłam swego kochanego męża i byłam spokojna. Lekarz, który mnie operował, w żartobliwy sposób określił mój stan, mówiąc, że byłam "jedną nogą u św. Piotra". Leżałam wtedy w szpitalu i rozmyślałam, co będzie dalej. Po egzaminie miałam jechać do sanatorium kurować kręgosłup. Za miesiąc czekała mnie obrona pracy dyplomowej. A ja leżałam z sondą w nosie, rurką w brzuchu do dokarmiania doj elitowego i pod kroplówką. Na ludzki sposób to niewytłumaczalne, ale ja naprawdę po miesiącu byłam po egzaminie i obronie pracy dyplomowej. A potem pojechałam do sanatorium gimnastykować kręgosłup. Umacniała się moja wiara w Bożą Opatrzność. Nie wiedziałam wtedy, że najtrudniejsze chwile były dopiero przede mną.

Do problemów ze zdrowiem dołączyły się problemy rodzinne, wzajemne niezrozumienie. Znowu zaczęłam tracić grunt pod nogami. Pomocy szukałam w modlitwie, ale nie potrafiłam się modlić. Ksiądz, u którego się spowiadałam, skierował mnie do wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym. Nigdy wcześniej nie szukałam tam pomocy, chociaż moja mama należała do niej i wiele mówiła mi o działaniu Ducha Świętego w życiu człowieka. To był znak od Boga. Podczas modlitwy wstawienniczej Bóg mnie umocnił. W szczególny sposób utkwiły mi w pamięci słowa Boga skierowane do mnie: "Będę z tobą w najtrudniejszych chwilach życia". We wspólnocie spotkałam wielu wspaniałych ludzi. Ich wiara, radość i miłość były mi potrzebne.

Tymczasem nadeszły kolejne doświadczenia. Jak już wspomniałam, trawiła mnie nieznana choroba. Mimo to próbowałam żyć normalnie. Wróciłam do pracy zawodowej, uczyłam religii. Myślałam, że zapomnę o chorobie, a może sama przejdzie. Po dwóch miesiącach pracy, po śmierci teścia (którym opiekowaliśmy się z mężem do ostatniej chwili), przeżyciach związanych ze złamaniem obu rąk naszego syna - mój organizm odmówił posłuszeństwa. Ostateczna diagnoza brzmiała: "Choroba Cushinga" i w krótkim czasie znalazłam się w klinice endokrynologicznej w Warszawie. Decyzja zapadła wkrótce: konieczna operacja. Trzeba usunąć guz z przysadki mózgowej. Mieszały się we mnie uczucia lęku i spokoju, zwątpienia i ufności. Jeszcze raz pomogła mi modlitwa wstawiennicza. Do Warszawy pojechałam spokojniejsza, towarzyszyły mi słowa Pana, które otrzymałam w czasie tej modlitwy: "Córko moja - dziecko kochane, jestem z tobą. Trzymam cię teraz mocno, nie bój się niczego, nie bój się stawiać następnego kroku. Ja twoje ścieżki prostuję. Ja kamienie spod nóg usunę. Daj mi tylko swoją dłoń i trzymaj mocno. Tak wiele razy mówiłem, że wiara twoja cię uzdrowi. Powtarzam - twoja wiara cię uzdrowi. Kiedy jestem z tobą, niczego ci nie potrzeba. Tak mocno cię kocham. Tak samo kocham twoich najbliższych. Dlaczego martwisz się o nich? Idź za Mną, idź ze Mną. Rzuć się we Mnie. Kocham cię".

Przed operacją przyjęłam sakrament namaszczenia chorych. W wywiadzie przedoperacyjnym lekarz stwierdził, że już półtora roku temu powinnam być operowana i określił mój stan jako poważny. Operacja przebiegła bez komplikacji. Pierwsze godziny na sali pooperacyjnej były spokojne. Później okazało się, że jest źle. Zaczęłam się dusić własną krwią i sączkiem wpadającym do gardła. Prosiłam Boga o życie, nie chciałam umierać. Podłączono mi pompę z wlewem nitrogliceryny do serca. I znów był przy mnie mój mąż, a jego obecność dodawała mi sił. Dzięki Bogu i wspaniałym lekarzom, którymi kierował Pan, wyzdrowiałam! Wszystko zaczęło wracać do normy: serce, ciśnienie, cukier, cholesterol. Schudłam dwadzieścia jeden kilogramów - bez odchudzania! Żyję! I za to wszystko chwalę Pana! Do szpitala w Warszawie wróciłam po kilku miesiącach na badania kontrolne. Emanowała ze mnie radość, pokój i wdzięczność. Chciałam wszystkim mówić, jak bardzo Bóg kocha człowieka i pragnie mu pomóc. Nadarzyła się okazja. Tym razem Bóg posłużył się mną jako swoim narzędziem. Jedna z moich współpacjentek, starsza osoba, od trzydziestu lat nie była u spowiedzi. Sama mi o tym powiedziała, kiedy zobaczyła, że się codziennie modlimy i przyjmujemy Najświętszy Sakrament. Wtedy Duch Święty dał mi odwagę rozmawiać z tą kobietą, powiedzieć jej, że czas najwyższy zrzucić ten ciężar z siebie, że warto wrócić do Boga i że na to nigdy nie jest za późno. Nasze rozmowy trwały prawie tydzień. Wspomagała mnie w tym siostra zakonna Agata, także pacjentka. Wspólnie odmawiałyśmy koronkę do Miłosierdzia Bożego w intencji pojednania się tej starszej pani z Bogiem. W końcu przyszedł czas dla pani Janeczki (tak miała na imię) na spowiedź. Sama tego pragnęła. Z własnej woli przyjęła także sakrament namaszczenia chorych. Była radosna. Wszyscy cieszyliśmy się razem. Tego samego dnia po południu pani Janeczka zmarła na moich rękach. To było bardzo trudne.

Już prawie od dwóch lat Bóg nie daje mi cierpienia fizycznego. Zaczynam uświadamiać sobie jednak, że to kilkuletnie cierpienie fizyczne było dla mnie przygotowaniem do czegoś trudniejszego - do cierpienia duchowego. To jest moje nowe doświadczenie. Ale to już inne świadectwo.

Teresa


   

Wasze komentarze:
 wiatr: 18.09.2008, 04:30
  O NIEPOKALANA ... Pani Ziemi i Nieba Królowo ! Krwawymi Łzami ... tak często płaczesz ... Dłonie Swoje Święte Wyciągasz ...i Pokuty "żądasz" ... , Umiłowania ... RÓŻAŃCA Świętego ... tak bardzo Ci Drogiego ! Tyle razy Przypominałaś ... Paciorki wskazywałaś ... a my jak te dzieci ... wiecznie rozbawione ... co chwila ... "zakładaliśmy Ci ... cierniową Koronę " . Krew z Niej kapała ... i Oczu ... dotykała ! O Pani ... całego Świata ... Napełnij nas Swoją Matczyną Miłością , Obdarz ...Swoją Delikatną ... czułością , aby serca nasze zimne ... się stopiły ... i Ogień Bożej Miłości ... ROZPALIŁY ... który Nawrócenia Dokona ... od zła odwiedzie i na szlaki Pańskie ...powiedzie ! O Matko Tereso ... Geniuszu Kobiecy ... w Jezusie Rozmiłowana ... w Jego Matkę Zapatrzona ... wstawiaj się w Niebie za nami ... biednymi grzesznikami ... abyśmy EWANGELIĘ Pana Miłowali , Stary Testament ... Szanowali ...; niech sztab Świętych ... nam towarzyszy ...w Szukaniu Boga ...w Ciszy ..... .
(1)


Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej