Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

W krzyżu miłości nauka

W listopadzie 1977 roku moja mama zachorowała na obustronne zapalenie płuc, co dla siedemdziesięcioośmioletniej osoby jest groźną chorobą. Cały ciężar opieki nad mamą spadł na moje barki, gdyż ojciec, dziewięćdziesięciojedno- letni niedołężny już staruszek, i chory na padaczkę brat nie byli w stanie zapewnić jej należytej opieki. Stan mamy ciągle się pogarszał, doszło do tego, że trzeba było ją karmić, przekręcać z boku na bok, zupełnie bezwładną wysadzać na nocnik. Poza tym prać, gotować, sprzątać i opiekować się trójką niesprawnych osób. Ponieważ mieszkam czterdzieści kilometrów od rodziców, musiałam przenieść się do nich na jakiś czas. Mama wymagała opieki dzień i noc. Kiedy brat i ojciec spali kamiennym snem, ja usługiwałam mamie, podawałam jej leki, w nocy sama zdejmowałam mamę z łóżka i wnosiłam ją na nie. Spałam jedną, dwie godziny na dobę. Po miesiącu mama zaczęła wracać do zdrowia, siadać na posłaniu, jeść samodzielnie, ja natomiast czułam się kompletnie wyczerpana, dosłownie leciałam z nóg. Poprosiłam bratową, żeby mnie zastąpiła, bo ja muszę się wyspać i trochę odpocząć.

Wróciłam do domu, wyspałam się, lecz to nie pomogło, nadal czułam się źle. W dodatku zauważyłam, że na piersi wyrósł mi guz wielkości mandarynki, który się ciągle powiększał. Poszłam do lekarza, zbadał mnie, pobrał wycinek i polecił po tygodniu zgłosić się po wynik. Diagnoza była przerażająca - nowotwór, który trzeba jak najszybciej zoperować. Nogi się pode mną ugięły i pomyślałam sobie, że to już koniec, a tu troje dzieci na studiach, właśnie zabierały się do pisania prac magisterskich. Zaczęłam prosić Boga, by mi pozwolił pożyć jeszcze rok - niech dzieci spokojnie skończą studia, a potem niech się dzieje wola Boża.

Dwa miesiące oczekiwania na operację były najgorszym okresem w moim czterdziestoośmio- letnim życiu. Żeby nie zwariować z przerażenia, poświęciłam się całkowicie modlitwie. Codziennie uczestniczyłam wraz z mężem (który, o dziwo, stał się gorliwym katolikiem) we Mszy świętej. Jednak coraz częściej kłębiące się w głowie myśli nie pozwalały mi się skupić na modlitwie; bywało, że kilka razy zaczynałam od początku i nie mogłam dojść do końca. Zaczęłam więc modlić się swoimi słowami, prosząc Boga, by mi wybaczył, że tak ciężko jest mi przyjąć Jego wolę, mimo że przez całe życie po kilka razy dziennie powtarzałam, jak się okazuje, bezmyślnie: "Bądź wola Twoja". Słaba jest moja wiara, miej, Boże, litość nade mną, grzeszną! Aby zagłuszyć tę burzę złych myśli, które mnie prześladowały, zaczęłam modlić się śpiewem. Okazało się to rewelacyjnym rozwiązaniem, gdyż mnie uspokajało, a mąż i dzieci, słysząc mnie śpiewającą, dochodzili do wniosku, że wszystko jest w porządku.

Pod tą przykrywką optymizmu rósł we mnie lęk, w miarę jak zbliżał się termin operacji. Doszło do tego, że nie mogłam w ogóle spać, a bezsenna noc jest czymś najgorszym. Bałam się nie tyle śmierci, ile cierpienia, które tej chorobie towarzyszy. I tak siedząc w fotelu, żeby nie przeszkadzać spać mężowi, śpiewałam sobie w myślach: "Wierzę, lecz moja wiara w Ciebie cieniem zaledwie Twojej wiaiy jest. Panie, Ty mimo mych upadków nie przekreślasz mnie. Panie, umocnij mnie. Ufam, lecz ma nadzieja cieniem zaledwie Twej nadziei jest, nadziei, że słowa Twe przemienią mnie. Panie, umocnij mnie. Kocham, lecz moja miłość, Panie, cieniem zaledwie Twej miłości jest. Panie, umocnij mnie. Marzę o wielkim szczęściu, Panie, lecz me marzenia tylko cieniem są, cieniem wielkiego tego szczęścia są, do którego zapraszasz mnie. Kiedy wszyscy śpią, a ja klęczę przed Tobą, Panie, a przed oczami mi śmierć w męczarniach uparcie staje, widzę, że wszystko w życiu zawodzi, jedynie Ty, Boże, pozostajesz. Ojcze, jeśli to możliwe, zabierz ode mnie ten kielich, a jeżeli muszę go wypić, proszę Cię, Panie, dodaj mi odwagi, bo bardzo się boję".

Kiedy znalazłam się już w szpitalu na chirurgii onkologicznej i zobaczyłam z bliska ludzką biedę, ogarnęło mnie potworne przerażenie. Nazajutrz z rana, zaraz po Mszy świętej, zabrano na salę operacyjną moją sąsiadkę. Po niej była moja kolej. Pobiegłam do kaplicy, uklękłam przed tabernakulum i prosiłam: "Jezu, nie opuszczaj mnie! Moja dusza udręczona pod ciężarem krzyża kona, proszę Cię, Panie Jezu, nie opuszczaj mnie!". Wkrótce i mnie zabrano. Jeszcze w drodze na salę operacyjną odmówiłam "Anioł Pański", bo zbliżało się południe, i straciłam przytomność. Kiedy następnego dnia przebudziłam się, byłam zdziwiona, że żyję i że pochyla się nade mną ksiądz, pytając, czy chcę przyjąć Pana Jezusa. "Tak, bardzo chcę" - odpowiedziałam. Byłam tak wdzięczna Panu Bogu za to, że żyję, że wielbiłam Go słowami: "Nie umiem dziękować Ci, Panie, bo małe są moje słowa. Zechciej przyjąć moje milczenie i naucz mnie życiem dziękować. Naucz przyjąć z radością, gdy dajesz, naucz kochać goręcej, gdy bierzesz, naucz ufać bez reszty Ci, Panie, choćby wszyscy przestali Ci wierzyć". Codziennie .uczestniczyłam we Mszy świętej, w modlitwie różańcowej, w sali odmawiałyśmy "Anioł Pański", koronkę do Miłosierdzia Bożego, i tak minął tydzień. W tym czasie przyszły z Warszawy wyniki. Dowiedziałam się, że wszystko w porządku i mogę szykować się do domu; będę przyjeżdżać tylko co kilka dni na zmianę opatrunku. Boże, co za radość!

Mojej sąsiadce lekarz zakomunikował, że przechodzi piętro niżej, na kobalt, a to znaczy, że złośliwy. Zrobiło mi się jej żal; tak bardzo płakała. Chcąc ją pocieszyć, objęłam ją i mówię: "Nie płacz, już tyle przeszłyśmy, będzie dobrze, Pan Bóg chce tylko sprawdzić, czy Go kochamy mimo wszystko. Coś ci zaśpiewam, tak specjalnie dla ciebie: "Zawsze trzeba być optymistą, po Bożemu widzieć wszystko, a nasze życie się zaróżowi, gdy zawierzymy Chrystusowi. Kto wymyślił takie bzdury, że święty ma być ponury? Głosić radość - to wyzwanie musisz mieć w życiowym planie. Nawet wtedy, gdy się boisz, wiedz, że Bóg przy tobie stoi. On ci upaść nie pozwoli, tylko ufaj Jego woli". Pamiętaj, że zawsze trzeba być optymistą, bo optymiści żyją dłużej i radośniej". Rozstałyśmy się, obiecując sobie pamięć modlitewną, a nasza przyjaźń trwa do dziś.

Gdy po kilku dniach zgłosiłam się na opatrunek, dowiedziałam się, że to nie koniec leczenia, jeszcze czeka mnie pół roku chemioterapii, po której prawdopodobnie wyłysieję, bardzo złe samopoczucie, ale to wszystko minie po zakończeniu kuracji. Dotarło do mnie, że "kielich Bożej woli i dla mnie jeszcze kilka kropel gorzkich ma, muszę cierpieć, pić powoli - pół roku - wypić go do dna". Chemię przyjęłam z pokorą. Kiedy czułam się po niej fatalnie, pocieszałam się w duchu: "Uśmiechnij się, Bóg Ojciec patrzy z nieba i wie, wie, czego ci potrzeba, lecz chce, byś ufała sercem Mu. Już się nie martw, On z tobą jest na zawsze i kocha cię, i winy ci przebacza, nie lękaj się. Cóż ci może się stać, gdy Boga za Ojca masz. Tyle pragniesz, tak byś wiele chciała, gonisz szczęście, co ci wciąż ucieka. Krzyż swój najchętniej byś gdzieś porzuciła, złościsz się, a Bóg na ciebie czeka. Uśmiechnij się!". I przeżyłam chemię, chociaż uszkodziła mi wątrobę. Potem przeszłam hormonoterapię. Powoli zaczęłam wracać do normalnego życia.

Tymczasem pogorszył się stan zdrowia mojej mamy. Straciła apetyt, zmizerniała. W miarę swoich wciąż jeszcze wątłych sił zaczęłam jej pomagać. Nadszedł listopad i znów mamę całkiem ścięło z nóg. Trafiła do szpitala. Jeździliśmy do niej z mężem codziennie, aby nie czuła się opuszczona. Przez dwa tygodnie trwało straszne, w niesamowitych boleściach konanie. Odżywiała się tylko kroplówką. Trzeba było ją myć, podmywać, zmieniać pampersy i patrzeć, jak strasznie się męczy. I modlić się, bardzo gorąco się modlić. Po zastrzykach przeciwbólowych na chwilę przestawała cierpieć. Wtedy rozmawiałyśmy, pytała o wnuki, jak im idzie na studiach, jak z moim zdrowiem, jak czuje się tata, czy ma co jeść. Lecz nie trwało to długo. Znów ból się wzmagał, brałam więc mamę za rękę, głaskałam po głowie, po twarzy i czasem nawet się uśmiechała. Powiedziała kiedyś: "Jak dobrze, że jesteście".

Pewnego razu zapytała, czy się nie brzydzimy tak ją oporządzać. Odpowiedzieliśmy jej, że Pan Jezus powiedział kiedyś, że "cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili". Kiedy indziej powiedział: "Jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą", dlatego staramy się dobrze mierzyć. Mama uśmiechnęła się i powiedziała: "No, no..." Widać było, że się cieszy, że swoi się nią opiekują, nie musi znosić poszturchiwania salowych, wysłuchiwać kąśliwych uwag, że się jej rodzina pozbyła.

Pewnego dnia ból się tak nasilił, że mama zaczęła nas prosić, abyśmy zawołali lekarza, żeby dał jej jakiejś trucizny, bo ona nie jest już w stanie tego wytrzymać. A ja na to: "Mamusiu, bardzo cię kocham i nie mogę tego zrobić, z miłości się nie zabija. Jakżebym mogła za tyle serca, miłości i wszelakiej pomocy, jakiej od ciebie doznałam przez te wszystkie lata, teraz, kiedy ty potrzebujesz pomocy, a ja mogę choć trochę ci się odwdzięczyć, zostać twoim mordercą? Proszę cię, mamusiu, nie wymagaj tego ode mnie. Wiem, że ci ciężko, ale ofiaruj swoje cierpienie za dusze w czyśćcu cierpiące, może tam jest ktoś z naszej rodziny albo ze znajomych, a będzie ci lżej. Jestem przekonana, że choroba minie, tak jak minęła w zeszłym roku i jeszcze całe lato mamusia chodziła. A poza tym jesteś nam bardzo potrzebna. Jeszcze wnuczęta trzeba powydawać za mąż, pożenić, a co to za wesela byłyby bez babci. Ma- muniu, myśl o życiu, nie o śmierci". Moja mama uśmiechnęła się i powiedziała do mego męża: "Kiedy tak, to idź i poproś księdza, żeby do mnie przyszedł". Przyszedł ksiądz, mama przyjęła stosowne sakramenty, pomodliliśmy się, na koniec odmówiliśmy koronkę do Miłosierdzia Bożego w intencji wszystkich chorych. Po godzinie mama poczuła się o wiele lepiej, mogliśmy spokojnie rozmawiać. Posiedzieliśmy przy niej do godziny dwudziestej trzeciej i mama kazała nam jechać do domu, bo już późno, drogi śliskie, a mamy daleko; jak przyjedziemy jutro rano, to znów porozmawiamy. Więc pojechaliśmy.

Do domu dotarliśmy o północy i szybko poszliśmy spać. Zasnęłam natychmiast. Przyśniło mi się, że otworzyły się drzwi do naszego pokoju i powiał delikatny, bardzo przyjemny wietrzyk. W drzwiach stanęła moja mama, taka młoda, śliczna, wcale nie schorowana, ubrana w piękną niebieską suknię, skromną, ale bardzo dostojną. Zaskoczona tym widokiem, krzyknęłam: "Mamusia? Jak to się stało, że jesteś tutaj?". A ona takim pięknym, spokojnym głosem, jak kiedyś w dzieciństwie, gdy nas usypiała, powiedziała: "Przyszłam, żeby ci powiedzieć, że już jestem szczęśliwa, już mnie nic nie boli, nie martw się, dbaj o siebie i pozdrów Frania (to jest mojego męża) i dzieci". I znikła. Przebudziłam się przerażona. Rozejrzałam się, cichutko, wszyscy śpią, więc zaczęłam się modlić, bo już nie mogłam zasnąć. Zastanawiałam się, co może znaczyć ten sen. Już o ósmej rano wyjaśniło się, gdy zadzwonili ze szpitala, że mama zmarła za dwadzieścia pierwsza, czyli ddkładnie wtedy, kiedy mi się śniła. I jak tu nie wierzyć w świętych obcowanie?

Codzienne uczestnictwo we Mszy świętej weszło mi w krew. Narażam się przez to sąsiadom i rodzinie na uszczypliwe żarty. Przypominają mi się jednak wtedy słowa Pana Jezusa: "Mnie prześladowali i was prześladować będą", czyli jestem na dobrej drodze. Dostrzegam też dobro wynikające z tych wszystkich cierpień - mój mąż stał się gorliwym katolikiem. Codziennie rano i wieczorem klękamy wspólnie do modlitwy, odmawiamy różaniec, koronkę do Miłosierdzia Bożego; mąż często chodzi ze mną do kościoła. Wstąpił nawet do Legionu Maryi, co jeszcze niedawno byłoby nie do pomyślenia, gdyż bałby się drwin kolegów i znajomych. Bóg potrafi tak pokierować życiem człowieka, że pozorne zło jest w rzeczywistości prawdziwym dobrem.

Genowefa


   

Wasze komentarze:
 wiatr: 24.09.2008, 20:04
  Życie na emigracji JEST na pewno bardzo trudne i wymagające ale nie pozbawione nadziei . Bardzo ważną rolę pełni tu ..tak myślę ...kontakt z najbliższymi , którzy pozostali w kraju . Jeśli JEST On zdrowy , częsty ...to wspiera człowieka cierpiącego ...będącego poza ojczyzną i pomaga mu przejść przez ten czas ... lżej ! Myślę , że z Wyjazdem ...Ukochanych Osób ... wiąże się również BÓL ...Tych , którzy pozostają w kraju i pomimo ...niewykorzenienia zewnętrznego ... doświadczają " wykorzenienia" wewnętrznego ..." utraty" ... osoby drogiej , jej codziennej Obecności ...i To też nie jest łatwe ; można się zamknąć w cierpieniu !
(1)


Autor

Treść

Nowości

Modlitwa do św. Bernardyna ze SienyModlitwa do św. Bernardyna ze Sieny

Kiedy i jak powstała Litania Loretańska?Kiedy i jak powstała Litania Loretańska?

Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej w PortugaliiSanktuarium Matki Bożej Fatimskiej w Portugalii

Upodobałem sobie Litanię loretańskąUpodobałem sobie Litanię loretańską

O rany, ale pohuśtaliśmy tym mostem"O rany, ale pohuśtaliśmy tym mostem"

Najbardziej popularne

Godzina ŁaskiGodzina Łaski

Modlitwy do św. RityModlitwy do św. Rity

Litania do św. JózefaLitania do św. Józefa

Jezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się JezusowiJezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się Jezusowi

Modlitwa o CudModlitwa o Cud

Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]

Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty |

Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt

© 2001-2022 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej