Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Małgorzata Bosco - samotna matka

Czy samotna matka, obarczona potomstwem i licznymi obowiązkami, jest w stanie tak wychować dzieci, aby spośród nich wyrósł święty?... Małgorzata Bosco miała 29 lat, gdy nagle, po krótkiej chorobie o ostrym przebiegu, zmarł jej mąż - Franciszek Bosco. Jeszcze tylko przed śmiercią zdążył jej polecić, by zaufała Bogu.

Została sama z trójką dzieci w wieku 9, 4 i 2 lat, ze sparaliżowaną teściową i ogromem pracy w polu, w gospodarstwie i w domu. Sądząc po ludzku, zadania, które miała przed sobą, znacznie przerastały jej szczupłe siły kobiece. Ale nie załamała się.

Swoją nową sytuację przyjęła z godnością i męstwem, a wynikające z niej obowiązki rozpoczęła wraz z dziećmi od modlitwy, stwierdzając: "W ostatecznych przypadkach należy uciec się do ostatecznych środków". Bez zwłoki, z niespożytą energią, wzięła się za bary z życiem codziennym: kosiła trawę, orała pługiem zaprzężonym w krowy, siała, żęła, wiązała snopki, młóciła, okopywała winną latorośl i troszczyła się o winobranie. Ale nie skarżyła się, gdyż z natury cechowała ją pogodna radość. Przy tym była kobietą energiczną i silną.

Mimo rozlicznych obowiązków czuła się przede wszystkim matką. Z nadzwyczajnym wyczuciem równowagi potrafiła obdarzać synów zarówno matczyną czułością, jak i ojcowską stanowczością, toteż wiedzieli, że jej zakaz był zawsze naprawdę zakazem, a polecenie poleceniem.

Była prostą piemoncką wieśniaczką; nie miała żadnego wykształcenia, nie umiała czytać ani pisać, ale była w niej mądrość płynąca z wiary, która pomagała jej bezbłędnie odróżniać dobro od zła. Wiarę traktowała jak chleb powszedni, który był podstawą ich skromnej egzystencji. Poprzez niestrudzone tłumaczenie synom: "Bóg na was patrzy", "Bóg zna wasze myśli", "Bóg was widzi moje dzieci; ja mogę być daleko, On zawsze jest obecny" - kształtowała wrażliwość ich sumień.

Bóg w ich domu był najważniejszą Osobą, a choć niewidzialną, to jednak obecną na każdym kroku. Każdy dzień rozpoczynał się od kontaktu z Bogiem i każda sprawa, każda praca była Mu ofiarowywana. "Gdy człowiek modli się - pouczała matka - to z dwóch ziaren wyrastają cztery kłosy, a jeśli nie, to z czterech ziaren wyrastają tylko dwa".

Od zarania, cała rodzina wspólnie odmawiała pacierz poranny i wieczorny, przy czym ten drugi - ubogacano modlitwą różańcową. "Anioł Pański" wyznaczał im pory dnia i nawet podczas zabaw, gdy kilkunastoletni Janek organizował na łące pokazy sztuczek kuglarskich, "przed końcowym numerem przedstawienia wyciągał różaniec, klękał i zapraszał wszystkich do modlitwy. Czasami powtarzał kazanie, które rano słyszał w kościele. To była opłata za bilet, jakiej domagał się od swej publiczności". (T. Bosco)

Małgorzata wierzyła, że trzeba koniecznie modlić się, by nabrać sił do życia i spełniania dobrych uczynków, ale przez szacunek dla indywidualności swoich synów - naukę nowych modlitw prowadziła osobno z każdym z nich.

Codziennie uczyła ich katechizmu, toteż najważniejsze jego części musieli znać na pamięć podobnie jak matka, która pamiętała również całe rozdziały Starego Testamentu i Ewangelii.

- Co musi zrobić dobry chrześcijanin zaraz po przebudzeniu się? - pytała.
- Znak krzyża świętego - odpowiadali synowie.
- Co musi uczynić dobry chrześcijanin, gdy wstanie i ubierze się?
- Jeżeli może, powinien uklęknąć przed jakimś świętym obrazem i wzbudzając serdeczny akt wiary w obecności Boga, powiedzieć pobożnie: Wielbię Cię, mój Boże... - brzmiały zgodnie wyuczone odpowiedzi.
- Co należy zrobić przed pracą? - ciągnęła dalej Małgorzata.
- Ofiarować Bogu swój trud - mówiły dzieci.

Ale Bóg nie był dla nich jakimś dalekim i groźnym autorytetem, gdyż matka troszczyła się i o to, by z podobną konsekwencją, z jaką wdrażała szacunek i posłuszeństwo wobec Niego, uczyć dzieci miłości do najlepszego Ojca. Z największym zachwytem otwierała chłopcom oczy na doskonałość i piękno dzieł Bożych. "Ileż pięknych rzeczy stworzył dla nas Pan" - mówiła wskazując na otaczającą ich przyrodę. Uczyła wdzięczności za wszelkie dobro i pokory wobec woli Bożej; wpajała bezgraniczne zaufanie do Niego. "Podziękujmy Bogu, że jest taki dobry i daje nam chleb powszedni" - mówiła, a gdy zdarzyło się coś nie po jej myśli, np. wyniszczające gradobicie, tłumaczyła: "Bóg dał, Bóg wziął. On wie najlepiej, dlaczego tak się stało. Jeżeli byliśmy źli, pamiętajmy, że Bóg nie żartuje".

Z powagą, zrozumieniem i szacunkiem odnosiła się do nauki Chrystusowej i tego wymagała od dzieci. Gdy zawzięty i nieskory do przebaczeń swemu przyrodniemu bratu najstarszy syn (z pierwszego małżeństwa jej męża) odmawiał "Ojcze nasz" - przy słowach: "i odpuść nam nasze winy", matka przerywała modlitwę mówiąc: "opuść to wezwanie". Nie pozwalała zwodzić Pana Boga. Małgorzata czuła się osobiście odpowiedzialna za przygotowanie dzieci do pierwszej spowiedzi. "To matka przygotowała mnie do niej - wspominał później św. Jan Bosco. - Ona zaprowadziła mnie do kościoła, sama wyspowiadała się jako pierwsza i poleciła mnie spowiednikowi. Potem pomagała mi w odprawieniu dziękczynienia". Zdawała sobie sprawę, jak ważny jest osobisty przykład, którego nic nie zastąpi; jak potrzebna jest jej obecność przy dziecku w obliczu tak istotnych wydarzeń, jakimi są pierwsze bezpośrednie kontakty z sakramentami świętymi, z Bogiem Eucharystycznym. Po pierwszej Komuii Janka mówiła mu: "Był to wielki dzień dla ciebie. Bóg wziął w posiadanie twoje serce. Teraz obiecaj Mu, że uczynisz wszystko, co będzie w twej mocy, by być dobrym aż do końca życia. W przyszłości chodź często do Komunii św., wszystko zawsze wyznawaj przy spowiedzi, bądź posłuszny, chętnie uczęszczaj na katechizm i na kazania. Uciekaj jak od zarazy od wszystkich, którzy prowadzą złe rozmowy".

Kochając bez przesadnej uczuciowości, Małgorzata nie rozpieszczała swoich dzieci, lecz zaprawiała do życia powściągliwego i pełnego trudów. Chłopcy, budzeni o świcie, musieli włączać się do licznych prac, dzieląc w ten sposób twardy i surowy los swej matki. Ale z tego powodu nie czuli się pokrzywdzeni, umieli bowiem cieszyć się i z małego; nie pragnęli bogactwa. Dom rodziny Bosco uważano za najbiedniejszy w całej Becchi, ale nie było w nim nędzy, dzięki pracy wszystkich jej członków. Gdy któreś z dzieci potrzebowało trochę pieniędzy na własne potrzeby, matka radziła mu, tak jak Jankowi, by postarało się je zarobić. Zatem chłopiec łapał i sprzedawał ptaki, wyplatał koszyki i klatki i spieniężał je u wędrownych handlarzy. Po latach, wychowując młodzież - właśnie pracy nadał rangę najwartościowszego elementu swego programu wychowawczego. Ponadto z rodzinnego domu miał szanse wynieść wiele pięknych cech charakteru, jako że własną matkę oceniał jako kobietę, która nigdy nie podnosiła głosu, spokojną, uprzejmą, lubiącą porządek i ciszę, dokładną i roztropną.

Nikt z jej bliskich nie chodził głodny, choć na śniadanie jadali zwykle suchy chleb, który popijali wodą. Starała się tak gospodarować, by w porze obiadowej talerzem ciepłej zupy poratować prawdziwych nędzarzy, a bezdomnym na noc użyczyć dachu nad głową. Gdy ktoś w okolicy potrzebował pomocy, wołano ją nawet w nocy. Wtedy budziła któregoś z synów, by towarzyszył jej w drodze do potrzebujących. "Chodźmy - mówiła - trzeba spełnić dobry uczynek". Jak mało kto, była świadoma, iż tylko w taki namacalny sposób najlepiej ukształtuje w dzieciach poczucie obowiązku niesienia pomocy innym.

Wychowywała je rozumnie, religijnie i z miłością, strzegła, by nie przebywały w złym towarzystwie, ale i ona nie uniknęła kłopotów wychowawczych. Oto bowiem najstarszy syn za nic nie chciał pogodzić się z jej zamiarem kształcenia średniego, Janka, który chciał zostać księdzem. Nawet nie próbował zrozumieć, że brat wykazywał nieprzeciętne zdolności i rwał się do nauki. Aby rozwiązać ten trudny problem, matka musiała ich rozdzielić, wysyłając swego rodzonego do pracy w jednym z niedalekich gospodarstw. Tam Bóg postawił na jego drodze pewnego kapłana, który pomógł mu przygotować się do podjęcia nauki w szkole. Toteż w niespełna trzyjata później, gdy po raz pierwszy miał rozpocząć samodzielne życie z dala od domu, matka żegnając go powiedziała: "Czcij Matkę Bożą, a wyrośniesz na porządnego człowieka".

I rzeczywiście pełne ufności przywiązanie do Maryi i wiara w miłość swojej matki ziemskiej nieraz powstrzymywały go przed niegodziwościami, do których usiłowali namówić go koledzy. Głęboka pobożność, umiłowanie Chrystusa i czystość - doprowadziły młodzieńca do stanu duchownego i wtedy znowu w pełni uwydatnił się przemożny wpływ silnej osobowości matczynej. Gdy miał przywdziać sutannę, Małgorzata, która sama "nigdy nie poddała się czarowi pieniądza", oświadczyła: "Urodziłam się biedna, żyłam biednie i chcę umrzeć biedna. Co więcej, chcę ci powiedzieć od razu, że jeślibyś jako ksiądz na nieszczęście stał się bogaty, nigdy moja noga nie postanie w twoim domu. Zapamiętaj to sobie dobrze". W ten sposób stała się pierwszą osobą, która dała wytyczne jego przyszłej formacji duchowej i pierwszą "mistrzynią" jego "nowicjatu". A gdy już został kapłanem - rzekła z naciskiem: "Teraz jesteś księdzem, jesteś bliżej Jezusa... Odtąd myśl jedynie o zbawieniu dusz. O mnie nie martw się zupełnie".

Syn wysoko cenił jej nauki i nieraz zasięgał rady, a nawet konsultował z nią rękopisy swoich publikacji. Nawet na łożu śmierci matka udzielała mu ostatnich wskazówek: "Uważaj, gdyż wielu zamiast chwały Bożej szuka własnych korzyści. Przy tobie również znajdują się tacy, którzy kochają ubóstwo u innych, ale nie u siebie. To, czego wymaga się od innych, trzeba najpierw zrealizować w sobie" (T. B.) Zanim jednak oddała ducha Bogu, przez dziewięć lat mieszkała w najskromniejszych warunkach wraz z synem i stopniowo powiększającą się gromadką jego podopiecznych, która przed jej śmiercią liczyła już około 200 chłopców. Małgorzata była dla nich prawdziwą matką; darzyła ich serdeczną dobrocią, gotowała posiłki, prała odzież i bieliznę, hodowała warzywa, a wieczorami gdy już spali - przez długie godziny, przy słabym świetle lampki oliwnej - łatała stosy ich ubrań. Na potrzeby chłopców przeznaczyła nawet swoją wyprawę ślubną - pierścionek, kolczyki i korale, które, nietknięte, pieczołowicie przechowywała od śmierci męża.

Sterana pracą całego życia, w obliczu ciągle przybywających obowiązków - pewnego dnia, załamała się i postanowiła wrócić na wieś. Czary goryczy dopełniły zniszczenia, których, wprawdzie nieumyślnie, dokonali podopieczni w jej ogródku. Gdy, rozżalona, wylała przed synem swoją skargę - ten nic nie powiedział, tylko niemym gestem wskazał jej krzyż wiszący na ścianie. Matka zrozumiała. Krzyż był dla niej źródłem heroicznej cierpliwości. Pozostała przy chłopcach, dla których opuściła spokojne życie wiejskie. Wdrażała ich do modlitwy i zasad życia religijnego; pocieszała strapionych: "Spróbuj być lepszym - tłumaczyła chłopcu skarconemu przez syna - zacznij się modlić. Zobaczysz, że wszystko będzie dobrze".

Gdy zachodziła potrzeba, nadal pomagała i innym ludziom, nie związanym z ich domem. Jej ofiarność posunęła się nawet do tego, że podczas epidemii cholery w mieście na potrzeby chorych wydała cały domowy zapas bielizny pościelowej i osobistej. A kiedy dowiedziała się, że jeden z nich leży na barłogu zupełnie bez pościeli, zdjęła z ołtarza biały obrus i dała go chłopcu mówiąc: "Zanieś go twemu choremu; sądzę, że Bóg nie pogniewa się o to".

Była wzorem kobiety i matki. Umierając, oświadczyła z godnością: "Sumienie mam spokojne, spełniłam swój obowiązek we wszystkim, co było w mojej mocy... Może będzie się wydawało, że w jakiejś sprawie postąpiłam zbyt surowo, ale tak nie było. To głos obowiązku tak mi polecił i tak nakazywał". Gdy zmarła, św. Jan Bosco oddał się wraz z chłopcami pod opiekę Matki Najświętszej, jak go od małego uczyła pragnąc, by całkowicie do Niej należał.

Nie składała ślubu ubóstwa, ale żyła nim, jak zalecił sam Chrystus. W nagrodę za to Bóg obdarzył ją bogactwem nieprzeciętnej osobowości, która fascynuje do dziś. "Czy jest możliwe - pytają biografowie świętego - zbliżenie się do księdza Bosco, przywódcy młodzieży, by nie dostrzec u jego boku skromnej postaci jego matki?" I sami sobie odpowiadają: "Nie. To niemożliwe".

Nikt nie wie, gdzie znajduje się jej grób, co stanowiło zasadniczą przeszkodę w podjęciu procesu beatyfikacyjnego. Jej proces beatyfikacyjny ostatecznie rozpoczął się w 1995 roku. 23 października 2006 roku papież Benedykt XVI ogłosił dekret o heroiczności cnót czcigodnej służebnicy Bożej.

Literatura:
Teresio Bosco, Spełniony sen - opowieść biograficzna o świętym Janie Bosco. Nakł. Księży Marianów, 00198 Roma, v. Corsica 1.
Ojciec i nauczyciel - kazania o św. Janie Bosco, zebrał ks. W. Kołyszko, Wydawnictwo Salezjańskie, Warszawa 1988.

 
[ Strona główna ]

Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty |

Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt

© 2001-2026 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej