Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Małżeństwo bez dzieci jest jak ogród bez kwiatów

     Młody, 13 letni chłopiec leżał w szpitalnym łóżku. Jego ciało od pasa w dół unieruchomione było w gipsie, lewe ramię w kilku miejscach złamane, spoczywało bezwolnie na specjalnej podpórce. Największy niepokój budziła jednak rana na głowie. To był wypadek. Pewien kierowca przejeżdżając na czerwonym świetle nieuważnie potrącił chłopca jadącego na rowerze.

     Pierwsze dni w szpitalu mój brat Josemaria, najmłodszy z jedenaściorga rodzeństwa, spędził iv zupełnym bezruchu. Nie mógł też mówić, więc tylko leżał iv ciszy. Oczy jego wy rażały przerażenie.

     Wypadek miał miejsce w północnej Europie. Ojciec był wtedy na morzu. Podczas kilku pierwszych tygodni mama, brat lub jedna z naszych sióstr zawsze wymieniali się przy łóżku chorego tak, by Josemaria nigdy nie był sa rn. Jadł tylko obiady przygotowane przez naszą mamę. Kiedy poczuł się lepiej, przeniesiono go na wspólną salę, gdzie leżeli inni chłopcy. Nie byli oni odwiedzani przez rodzinę tak często, jak mój brat. Musiało im być im z tego powodu przykro, jednak humory poprawiły im się nieco, kiedy nasza mama zaczęła także dla nich przygotowywać posiłki. W przeciwieństwie do Josemarii, większość tych dzieci*widywała swych rodziców najwyżej kilka minut dziennie, co drugi dzień lub raz w tygodniu. Z nieukrywaną radością i dumą patrzyłem wtedy na mamę, rozmawiającą z matkami pozostałych dzieci: zmęczone po pracy przyjeżdżały do szpitala, aby choć chwilę spędzić ze swoimi pociechami. Mama z wielkim współczuciem wysłuchiwała kłopotów, jakich kobiety te doświadczały w pracy. Z wrodzoną sobie delikatnością próbowała też dawać im do zrozumienia, że to im właśnie przypada niezastąpiona rola w życiu i wychowaniu dzieci.

     Mój brat nie bardzo już dziś pamięta pobyt w szpitalu. Ja nigdy nie zapomnę widoku życzliwie uśmiechniętej, żywo gestykulującej mamy. To jedno z najpiękniejszych wspomnień jakie pozostały mi z dzieciństwa.

     Wzrastanie w naszym domu postrzegane z perspektywy minionych lat sprawia wrażenie, jak gdybyśmy wychowywali się w innym świecie. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie żyliśmy tak, jak inne dzieci. Jak wszystkie dzieci chodziliśmy do państwowej szkoły, bawiliśmy się iv pobliskim parku... jednak dom był zawsze dla nas niczym spokojny port, w którym rzadko zdarzały się poważne sztormy. Nie znaliśmy luksusów, bo, jak to się mówi, " w domu się nie przelewało ", byliśmy jednak rodziną szczęśliivą. Rodzice zawsze "mieli nas na oku ". Rano budzili, wieczorem kładli spać, i to zawsze o tej samej porze. Nigdy nie chodziliśmy spać zbyt późno. Mama pilnowała też, byśmy nie zaniedbywali nauki. Lekcje zawsze musiały być odrobione na czas. Jeśli chodzi o oglądanie telewizji, to rodzice pozwalali nam oglądać tylko wybrane filmy lub relacje z ważnych wydarzeń sportowych. Dobrze wiedzieliśmy, że w przypadku niektórych programów zawsze usłyszymy: "nie-nie".

     Jednak tego bezpiecznego nieba nie należy mylić ze światem ideałóiu. Szczerze mówiąc, mama nieraz musiała uspokajać odwiedzających nas gości, żeby się nie martwili, że któreś z nas właśnie płacze. Mówiła wtedy spokojnie: "W tym domu, gdy ktoś płacze, jest to zupełnie normalne".

     W naszej, tak jak w in nych rodzinach wielodzietnych łatwo było mieć wrażenie, że ktoś nieustannie płacze. Tak było rzeczywiście, tylko że za każdym razem była to inna osoba, płakaliśmy "na zmianę".

     Mam wiele żywych wspomnień związanych z moimi braćmi, np. kiedy razem kopaliśmy doły irygacyjne, układaliśmy przed domem chodnik, naprawialiśmy dach, itp. Nie pamiętam, co robiły w tym czasie moje siostry pamiętam jednak, że lubiły nami rządzić. Czasami ich rządy posuwały się za daleko... Któregoś wieczora, gdy rodziców nie było w domu a my graliśmy w jakąś grę, moja siostra Luiza bardzo mnie zdenerwowała, ponieważ bezlitośnie wyeliminowała mnie z gry, do czego z resztą miała wyraźny talent. Nie dając za wygraną, postanowiłem odpłacić za doznaną krzywdę... zdążyła mnie jednak uprzedzić, zamykając się w łazience. Niestety, kopnąłem drzwi, pozostawiając na nich ślad w postaci wklęśnięcia. Pozostało ono w drzwiach przez wiele lat, jako pamiątka po moim zachowaniu, wywołując pytające spojrzenia odwiedzających nas potem gości: "A to zrobił kiedyś mój syn, William. Tak, tak, któregoś wieczoru..."- rozpoczynali rodzice.

     Moje siostry i bracia stawali się coraz starsi. Stopniowo opuszczaliśmy nasz dom. Rafał po rozpoczęciu kariery prawniczej wstąpił do seminarium duchownego, a po przyjęciu święceń kapłańskich wyjechał do Holandii. Maria wyjechała na studia do Austrii, Elena podjęła pracę w szpitalu na Wyspach Kanaryjskich. Juan przeniósł się aby zarządzać szkołą rolniczą w pewnej wiosce. Pilar mieszka niedaleko Juana i jej mąż też pracuje w rolnictwie, mają pięcioro dzieci. Luiza i Mar, jak przystało na prawdziwą rodzinę, mają: jeda pięcioro a druga sześcioro dzieci. Ja otrzymałem stypendium na studia zagraniczne. Jimmy ze swoją rodziną niedawno przeprowadził się do Meksyku, gdzie pracuje jako inżynier w kopalni. Najmłodsze rodzeństwo, bliźnięta: Jose-maria i Jokin pozostaja jeszcze w domu, przygotowując się do dorosłego życia.

     Kiedy odwiedziłem ostatnio rodziców, dowiedziałem się o planach sprzedaży naszego domu na wsi. Rodzice tak nas wychowali, że zawsze staraliśmy się nie sprawiać im większych problemów i najczęściej przyjmowaliśmy różne rzeczy bez sprzeciwu. Zrozumiałem, dlaczego to, tak drogie naszemu sercu miejsce musimy zostawić poza sobą. Przed powrotem do Chicago próbowałem wytłumaczyć to mojej siostrze Elenie. Nasza letnia rezydencja spełniła już swoje zadanie. Tam się wychowaliśmy, tam odkryliśmy braterską miłość i solidarność, uczyliśmy się wytrwałości i dokładności w pracy, a nade wszystko miłości do Boga. Teraz, gdy dorośliśmy, pewne sprawy należą już do przeszłości.

     Upłynęły lata, a my nadal jesteśmy sobie bardzo bliscy. Moja siostra Luiza, która zawsze wiedziała jak nadużywać naszej cierpliwości, stała się prawdziwą inspiracją dla innych: zawsze pogodna, wesoła i gotowa nieść pomoc każdemu w potrzebie.

     W naszej rodzinie jest teraz wielu wnuków, do dnia dzisiejszego - siedemnaścioro, a przy specjalnych okazjach, gdy wszyscy się spotykamy, jest nas naprawdę dużo. Mama mówi, że nasza Babcia lubiła powtarzać stare przysłowie, które brzmi: "Małżeństwo bez dzieci jest jak ogród bez kwiatów". Często obserwujemy radość malującą się na twarzy mamy... Moje rodzeństwo, gdy tylko wstępuje w związek małżeński, nie czeka zbyt długo na dzieci. Są one darem Bożym, owocem małżeńskiej miłości i radością domu.

     Nasze liczne zjazdy rodzinne są często komentowane przez okolicznych znajomych. Koleżanka mamy powiedziała do niej któregoś dnia: "Karmen, ty to masz szczęście! Wszystkie dzieci ci się udały!" - "Szczęście? No tak, ale ile wysiłku kosztuje dobre wychowanie dzieci" - odpowiedziała nasza kochana mama.

William de Ojeda
Hiszpania, sierpień 2001 tłum. Alicja Babkiewicz

GŁOS DLA ŻYCIA
nr 5(52) wrzesień/październik 2001


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej