Kana po latachAnia i TomekDługo krystalizował się ich związek i dojrzewała miłość. Poznali się w liceum. Była w pierwszej klasie, gdy on składał maturę. Dziś nie pamiętają dokładnie kto i jak ich zapoznał. Początkowo przychodziła do niego na konsultacje recytatorskie przed konkursem. Chętnie pomagał, bo taki właśnie był. Przez jego dom przewijały się tłumy. Przychodzili w różnych potrzebach, choć wydaje się, że traktowali to miejsce bardziej jak konfesjonał niż jak świetlicę. Wokół niej też nie było pusto, choć za zupełnie inna przyczyną. O ile on emanował spokojem duchowym, o tyle ją rozsadzała energia i żywiołowość. Zawsze gotowa, wszystkim spieszyła z czynną pomocą. Bezinteresownie i bez zastanowienia. Odnosił nawet wrażenie, że dobro innych przedkłada nad jego. Bolało go to czasem i dlatego wydawało się, że w ich związku więcej jest rozstań niż powrotów. Uchodzili jednak w środowisku za udaną parę. Nie zdziwiło więc nikogo, że postanowili się pobrać. Natomiast w totalne osłupienie wprawił ich fakt, że organizują wesele bezalkoholowe- Zaoszczędzisz, zaoszczędzisz - ironizował pan Kazimierz. Wiesz ilu znajomości musiałem użyć, żeby za przyzwoitą cenę zgromadzić czystą w piwnicy? Wiesz ile baniek wydałem? - Niepotrzebnie się pospieszyłeś tatusiu - usiłował znaleźć spokój Tomek Zawsze jeszcze można to sprzedać. Odpowiedzią był huk szklanki roztrzaskiwanej na podłodze, połączony z walnięciem drzwiami. Ojciec wyszedł. Matka milczała, gdy Tomek przyniósł z kuchni szmatę i ścierał z podłogi rozbryzganą kawę. U Anki było o wiele spokojniej, choć w konsternacji jaka zapanowała po jej oświadczeniu, nie można było doszukiwać się optymizmu. Tu wyręczyli zaskoczonych rodziców bracia. - Chyba cię zgrzało? - wydusił z siebie Czarek. Dobijał właśnie do siedemnastki, ale nie obcy był mu już smak używek. Kto ci przyjdzie na taką drętwotę? Zapomnij. - Obiecałem już chłopakom, że im wyniosę co nieco - wtrącił zdezorientowany drugi. Chcesz, żeby mnie wytykali palcami i mówili, że mam świrniętą siorę? I napełnili stągwie wodąNajpierw wśród przyjaciół, potem wśród szerszego kręgu. Uważali, że cały sukces takiego wesela kryje się w sposobie przeprowadzenia go, w pierwszych trzech godzinach. Potem ludzie zapominają o tej rzekomej barierze. Tchnęli w nich świeżego ducha otuchy i wyjechali. Pozostał jeszcze miesiąc. Wspólnie ustalili treść zaproszenia. Napisali w nim, że ze względu na swoja miłość do Jezusa pragną się bawić bez alkoholu. Jako że liczną mieli rodzinę i znajomych, rozesłali 170 zaproszeń na wesele i dodatkowo z 50 na sam ślub. Tyle, gdyż nie liczyli na komplet. I ślubuję ci aż do śmierciPo południu zza chmur wyszło słońce. Przepiękna tęcza zdawała się kreślić nowy rozdział w życiu Anki i Tomka. Pierwsze wzruszenie dopadło ich przy wejściu do kościoła: przybyli wszyscy zaproszeni. Przy ołtarzu pojawili się niezapowiadani wcześniej kapłani, znajomi z dawnych lat. Padły także niezapomniane słowa specjalnego, imiennego błogosławieństwa Papieża, od którego list odczytał proboszcz parafii. Na sali, zamiast szampana, młodzi roznosili na tacy kawałki chleba z solą. I faktycznie: pierwszy toast był jakiś nijaki. Natychmiast jednak wkroczył do akcji Grzesiek. Rzucił parę zabawnych tekstów, które niestety nie chwyciły. Nie zrażony sięgnął do rękawa po swojego ulubionego, sprawdzonego asa. Rozdali młodym duże kartony i kolorowe flamastry. Ania miała zebrać podpisy wszystkich obecnych na sali mężczyzn, a Tomek kobiet. Na Grześka znak ruszyli do akcji. Nie sposób opisać atmosfery jaka zagościła na sali. Każdy chciał wygrać. Zapanował sympatyczny chaos i zdrowa atmosfera rywalizacji. Doping dla każdej ze stron był tak ogromny, że nikt nawet nie słyszał swoich słów. Był to punkt zwrotny przyjęcia. Teraz było już łatwo wyciągnąć rozbawionych gości na parkiet. Wszyscy zapomnieli o braku alkoholowego dopingu. Zgodnie utworzyli dwa kręgi - wewnątrz była rodzina Anki, a opasywała ją rodzina Tomka. Poruszali się w przeciwnych kierunkach, twarzami do siebie. Nim przebrzmiała piosenka Krzysztofa Krawczyka "Pokochać marzenia", rodziny się znały. W takim duchu bawiono się do końca. Zdecydowana większość uczestników bawiła się do białego rana. Ci, którzy nie musieli wyjechać wcześniej do domu, zostali w niedzielę do samej osiemnastej, kiedy impreza zakończyła się. Goście jeszcze długo opowiadali swoje wrażenia, a kaseta video stała się przebojem w tym małym dwudziestopięciotysięcznym miasteczku. Rzecz jasna byli i życzliwi, którzy złośliwie snuli przypuszczenia, iż jednak goście sobie popijali w ukryciu, w łazienkach. Wszystkie takie gadki napotykały natychmiast na zaprzeczenia i żywe świadectwa uczestników. Nikt nie potrafił wytłumaczyć fenomenu tej uroczystości. Frekwencja była stuprocentowa. Pewnie trochę bardziej z ciekawości niż z przekonania. Ci, którzy zdecydowali się przyjść, zrobili to po przemyśleniu i z szacunkiem dla decyzji Państwa Młodych. Przybyli także ci, którzy na co dzień sięgali już po denaturat - rodziny sobie przecież człowiek nie wybiera. Tego dnia wbili się wszystkim w pamięć jako trzeźwi, sympatyczni ludzie. Chwilowo wolni od uzależnienia, bez alkoholowego odoru. - Nie zapomnę im tego - powiedziała ciocia Tomka - Franek po raz pierwszy od lat nie był pijany, tańczył ze mną, przytulił... - głos jej się załamał. - Kto wie, może takie wesela się przyjmą? Ludzie nie mają pieniędzy - wyrwał się jak zawsze niekoniecznie na temat Mietek.
Wszedł i został z nimiCzy coś zmieniło się w życiu Ani i Tomka? Co dało im zorganizowanie takiego przyjęcia weselnego? Radość i satysfakcję, że postawili na swoim, że udało się. -Chcieliśmy pokazać ludziom nową kulturę, żeby uwierzyli, że można inaczej - powiedziała Anka, a Tomek dodał - Wszyscy się przekonali przychodząc na poprawiny w niedzielę. To już nie był ten ból głowy co zwykle. Największe wzruszenie i radość mieli jednak z papieskiego listu. Oprawili go i powiesili w sypialni. Ilekroć nachodzą ich małżeństwo złe dni, zerkają na ten specyficzny obrazek. Wiedzą i wierzą, że skoro pobłogosławił im Ojciec Święty, muszą z tego jakoś z tego dołka wyjść. Dzień ślubu to autentycznie wspaniały dzień w ich życiu. Do ich Kani też przyszedł Jezus. Jarosław Kołodziejczyk
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |