Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Powołanie do życia w samotności

     Jaki jest sens życia ludzi samotnych, którzy nie założyli rodziny ani nie podjęli celibatu religijnego? Czy kawalerstwo i panieństwo jest powołaniem, czy też kalectwem życiowym? Niektórzy, mając już dość swojej samotności, wiążą się z rozwodnikiem i mają z nim dzieci. Ostatnio coraz częściej się zdarza, że samotna dziewczyna z premedytacją "funduje" sobie dziecko, żeby przynajmniej w ten sposób zdobyć sobie kogoś bliskiego. Może są to rozwiązania lepsze i właściwsze, niż żyć samemu?

     Pytam zatem: Co czynić, jak żyć, żeby samotność nie była taka straszna? Zwłaszcza dzisiaj, kiedy człowiek samotny, chociaż wykształcony, ale bez mieszkania i pracujący za jałmużnę, jest niczym? Dziś powiem o sobie tylko tyle: Znalazłam się bardzo wiele pięter pod ziemią.

     Zacznę trochę nie na temat. Wiele razy rozmawiałem z żonami lub mężami, których współmałżonkowie dążyli do rozwodu, a oni za wszelką cenę chcieli swoje małżeństwo uratować. Otóż niekiedy widzę, że główne powody, dla których ktoś tak bardzo chce zatrzymać przy sobie odchodzącego współmałżonka, są egocentryczne: zwyczajny strach przed samotnością, lęk, że w pojedynkę nie dam sobie rady, przeświadczenie, że bez mężczyzny (kobiety) nie da się normalnie żyć.

     Kiedy patrzy się na czyjąś sytuację od zewnątrz, można nieraz zauważyć coś, czego sam zainteresowany nie dostrzega. Otóż nierzadko odnoszę wrażenie, że takie kurczowe zatrzymywanie odchodzącego współmałżonka nie tylko nie osiąga skutku, ale jeszcze przyspiesza odejście tego, którego próbuje się zatrzymać w ten sposób. Małżonek, starający się uratować swój rozpadający się związek, powinien być możliwie jak najwięcej wolny. Jeśli pragnie zwiększyć skuteczność swoich zabiegów na rzecz zachowania małżeństwa, musi zapanować nad egocentrycznymi lękami przed życiem samotnym i walczyć o swoje małżeństwo z powodów ważniejszych niż ten, że ja nie umiem sobie nawet wyobrazić życia w pojedynkę.

     To, co teraz powiem, zabrzmi może w Pani uszach jak kiepski żart lub szyderstwo, ale ufam, że prędzej czy później przyzna mi Pani rację: Kościołowi (i w ogóle społeczeństwu) bardzo potrzebni są świadkowie, że również w życiu samotnym można realizować się w pełni i po Bożemu. Tacy świadkowie potrzebni są zwłaszcza dzisiaj, kiedy wielu ludzi nie umie sobie poradzić ze swoją sytuacją człowieka samotnego. A ludzi w takiej sytuacji jest dziś coraz więcej. Oprócz tych, co z różnych powodów nie związali się małżeństwem, szeregi ludzi samotnych wydatnie powiększają ci, których małżeństwo - nieraz zupełnie bez ich winy - się rozpadło. Toteż ukształtowanie dobrych i prawdziwie chrześcijańskich wzorów życia samotnego, tak żeby ludzie stający wobec perspektywy takiego życia nie byli nią przerażeni ani rozgoryczeni, lecz przeciwnie: żeby umieli rozpoznać w niej swoje powołanie - jest dzisiaj czymś może ważniejszym niż kiedykolwiek.

     Brak takich wzorów uruchamia, niestety, najbardziej niekorzystny mechanizm samospełniającego się proroctwa. Kto z góry wie, że w swoim życiu samotnym ani się nie zrealizuje, ani nie znajdzie szczęścia, zazwyczaj tak sobie układa życie, że wszystkie te najgorsze przewidywania mu się spełniają. A ponieważ nikt nie żyje tylko na własny rachunek, swoim rozgoryczeniem będzie zatruwał, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, swoje otoczenie.

     Nie poddany namysłowi moralnemu lęk przed samotnością może powodować szkody jeszcze większe. Na przykład zdarza się, że ktoś pod wpływem tego lęku ucieka w małżeństwo, zamiast ożenić się czy wyjść za mąż naprawdę. Zawieranie małżeństwa z lęku przed samotnością nieuchronnie naznaczone jest egocentryzmem i nieuważnością w wyborze współmałżonka - i trudno się dziwić, że takiemu małżeństwu towarzyszy zazwyczaj wiele bolesnych rozczarowań.

     Lęk przed samotnością może człowieka popchnąć nawet do bezpośredniego krzywdzenia innych ludzi, na przykład do rozbicia cudzego małżeństwa albo do świadomego zaplanowania sobie dziecka pozamałżeńskiego. Co do tego ostatniego "sposobu" ucieczki przed samotnością, zwróćmy uwagę na szczególne poniżenie ludzkiej godności dziecka, które jest upragnione i poczęte z pobudek przede wszystkim egoistycznych. To prawda, że również wielu innym dzieciom brakuje normalnej rodziny, często z oczywistej winy ich rodziców. Jednak czym innym jest to, że dzieci (między innymi dzieci nieślubne) ponoszą konsekwencje ułomności swoich rodziców, czym innym zaś to, że dziecko jeszcze przed swoim poczęciem planowane jest do życia bez rodziny, jako środek na zmniejszenie samotności swojej matki. Jest coś nieludzkiego w tak instrumentalnym i własnościowym podejściu do dziecka.

     Zdarzają się jeszcze bardziej nieludzkie sposoby radzenia sobie ze swoją samotnością. Nieraz ludzie moralnie pogubieni widzą małżeństwo głównie jako ograniczenie wolności, zaś rodzenie i wychowywanie dzieci - jako sprowadzanie na siebie niepotrzebnych kłopotów. Samotność jawi się takim ludziom jako najbardziej pożądany i najwygodniejszy sposób realizowania hedonistycznego ideału życia. Otóż kiedy ktoś zaplanuje sobie takie życie na różowo, nieraz - na jego własne nieszczęście - to mu się udaje zrealizować. "Zawsze mam więcej kobiet, niż potrzebuję - chwalił się pewien nieszczęsny, a zadowolony z siebie rozwodnik - więc gdy jedną stracę, nigdy nie jest to poważna strata".

     Aż ciarki przechodzą człowiekowi po plecach, kiedy słyszy, że ktoś może tak niemądrze marnować własne życie. Mówiąc szczerze, znacznie to lepiej, że czuje się Pani "bardzo wiele pięter pod ziemią", niż gdyby miała Pani znaleźć takie szczęście. Bo Pani z całą pewnością - i to raczej prędzej niż później - wyjdzie na powierzchnię i życie zacznie się Pani układać pięknie i sensownie. Po prostu zorientuje się Pani, że życie samotne - nawet jeśli go Pani sobie nie wybierała - można napełnić miłością i pożyteczną służbą dla innych, a wtedy odnajdzie Pani najważniejszy sens życia. Otóż nie zdarzyło się jeszcze, żeby ktoś, kto dobrze wie, po co żyje, był człowiekiem nieszczęśliwym.

     Teraz doświadcza Pani gorzko, i na własnej skórze, prawdy słowa Bożego, że "nie jest dobrze, ażeby człowiek był sam" (Rdz 2,18). Zwyczajnym sposobem przekraczania tej niedobrej samotności jest małżeństwo i rodzicielstwo. Jednak od czasu, kiedy sam Syn Boży przeszedł przez ziemię jako człowiek samotny, poznaliśmy również samotność błogosławioną, samotność, która umożliwia realizowanie takich dzieł miłości, które zazwyczaj przekraczają możliwości ludzi obarczonych obowiązkami rodzinnymi. Obrazowo można to wyrazić następująco: Jeśli poszczególne rodziny stanowią jakby cegiełki, które tworzą większe ludzkie wspólnoty, to ludzie samotni, jeśli starają się żyć nie tylko dla siebie, spełniają rolę cementu, łączącego poszczególne cegiełki.

     Cały ten ból duszy, jakiego doświadcza Pani z powodu swojej samotności, wydaje mi się czymś pozytywnym. Oby tylko nie zaczęła Pani szukać środków znieczulających na ten ból. Bo ma on swoją celowość: stanowi on wezwanie, ażeby w życiu samotnym, nawet jeśli go sobie Pani nie wybierała, odnaleźć swoje powołanie do życia według programu miłości. Wtedy ból nie tylko minie (bez stosowania środków znieczulających), ale zacznie Pani odczuwać to, co zwykliśmy nazywać smakiem i radością życia.

     W swojej adhortacji apostolskiej na temat życia rodzinnego Jan Paweł II napisał, że ludziom samotnym w ich poszukiwaniu swojej drogi życiowej należy się pomoc, zwłaszcza ze strony Kościoła. Osoby te - pisze Ojciec Święty - "ze względu na konkretną sytuację życiową, w jakiej się znajdują - często nie z własnego wyboru - uważam za szczególnie bliskie Sercu Chrystusa, godne miłości i skutecznej troski Kościoła oraz duszpasterzy. Bardzo wiele osób na świecie, niestety, nie może w żaden sposób odwołać się do tego, co określa się w ścisłym sensie pojęciem rodziny. (...) Tym, którzy nie mają rodziny naturalnej, trzeba jeszcze szerzej otworzyć drzwi wielkiej rodziny, którą jest Kościół, konkretyzujący się następnie w rodzinie diecezjalnej, parafialnej, w podstawowych wspólnotach kościelnych i w ruchach apostolskich. Nikt nie jest pozbawiony rodziny na tym świecie: Kościół jest domem i rodziną dla wszystkich, szczególnie zaś dla utrudzonych i obciążonych (Mt 11,28)".

     Przynależność do Kościoła pomoże Pani uwierzyć w głęboki sens swojego życia i swojej drogi życiowej. Mocna tą wiarą niech się Pani stara sama rozpoznawać swoje własne i niepowtarzalne życiowe powołanie - bo w tym jednym nikt człowieka nie wyręczy.

     Od siebie podpowiem tylko tyle, że na Pani miejscu nie wykluczałbym z góry tego, że jest Pani powołana do czegoś bardzo wielkiego. Jeśli jednak okaże się, że ma Pani do zrealizowania powołanie najpokorniejsze z pokornych, z pewnością - jeśli tylko Pani swoje powołanie usłyszy - przyczyni się Pani do tego, że nasza ziemia stanie się odrobinę piękniejsza. Jeśli Pani lubi fiołki, to na pewno dobrze mnie Pani rozumie, o co mi teraz chodzi.

     Do mądrze i po Bożemu przeżywanego życia samotnego odważyłbym się nawet odnieść słowa, które Apostoł Paweł stosuje do samego Kościoła: "Wesel się, niepłodna, która nie rodziłaś, wykrzykuj z radości, która nie znałaś bólów rodzenia, bo więcej dzieci ma samotna niż ta, która żyje z mężem" (Ga 4,27). Otóż życzę Pani najserdeczniej, żeby doczekała Pani takiego momentu, kiedy w tych słowach rozpozna Pani również swoją własną radość. Radość z tego, że życie ułożyło się pięknie, pożytecznie i ofiarnie.

     Mówiąc inaczej, życzę Pani najserdeczniej, aby w życiu Pani było jak najwięcej podobieństwa do życia Pana Jezusa, o którym czytamy: "Dlatego że Bóg był z Nim, przeszedł On dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła" (Dz 10,38).

o. Jacek Salij OP


   

Wasze komentarze:
 Ola do Ala26: 03.03.2010, 15:02
 Doskonale Cię rozumiem, mogłabyś Alu podać jakikolwiek kontakt do Ciebie? Pozdrawiam.
 Ala26: 21.02.2010, 00:25
 Ten artykuł to porażka. Jest przecież napisane w Piśmie św. że nie jest dobrze aby człowiek(mężczyzna) żył sam.....ale kobieta jak widać to już może.....No bo kto facetowi wypierze, ugotuje i zaspokoi jego potrzeby seksualne....(kobi3eta mieć ich naturalnie nie może:-p)Z mojej samotności nic dobrego nie wynika i nie wyniknie bo jej nie akceptuje i nigdy nie zaakceptuje. Bardzo chce mieć dzieci i oczywiście męża;-) ale pomimo mych 26 wiosen ani razu nie miałam chłopaka...choć zakochana byłam owszem....Wszyscy znajomi pozakładali rodziny, cieszą się dziećmi już w tym wieku a ja z czego mam się cieszyć??że jestem na ich zawołanie jak mają chwilę wolnego a na ogół jej nie mają....albo chwilowo im się nie układa....takiej misji to ja mieć nie chcę ...wspaniałe to powołanie naprawdę....nie ma co!Niestety ale ludziom takim jak ja nikt nie pomoże...jedynie miłość, ale nie taka szeroko pojęta jak w artykule:-)może się jeszcze nielicznym uda choć ja już straciłam nadzieję. Dziękuję Panie!! -odpowiedziałby z pewnością, że nie ma za co w tej sytuacji.
 Ala: 21.02.2010, 00:09
 Wszystko ładnie wytłumaczone....ale ja wcale nie mam ochoty być sama by usługiwać innym szczęśliwcom, którzy mają już własne rodziny i rzadko mają dla mnie czas......,czuję że jestem powołana do małżeństwa, bardzo chcę mieć dzieci i za każdym razem jest mi bardzo przykro że ich nie mam i mię pewnie nie będę jak tak dalej pójdzie....Mam 26 lat i wszystko dzieje się niestety na odwrót.. nigdy nie miałam chłopaka. Gruba ani brzydka ponoć nie jestem;-) i nie wytrzymuję już tej wiecznej samotności.I jak tu się pogodzić z czymś takim???
 Anna: 29.10.2009, 00:43
 Bardzo mądry artykuł, łagodny i stonowany - jak zresztą wszystko co wychodzi spod pióra Ojca Salija...;-) Przeczytawszy go poczułam się spokojniejsza - Autor przede wszystkim traktuje osoby samotne poważnie i z szacunkiem - widzi ich godność, ale także ich obolałe wnętrze. Dziękuję.
 witam: 22.12.2008, 12:17
 Mam prośbę do jakiejś osoby duchownej, która pomogłaby mi wyjaśnić problem. Widzę dla siebie powołanie do małżeństwa, ponieważ kocham niemowlaki i pragnę ojcowskiej relacji nie opartej na seksie. (samotności się boję - jako jedynaczka) Mam natomiast już w lutym 26 lat i dotąd NIGDY w życiu nie miałam chłopaka. Ważna była zawsze nauka. Nie lubię też myśleć o kontakcie seksualnym. Rozkraczanie nóg wydaje mi się wulgarne. WIĘC JAKIE MAM POWOŁANIE? Nie mam w domu internetu, zajrzałam na tę stronę, gdyż znalazłam bezpłatny punkt internetowy. Proszę więc rozpaczliwie o kontakt mailowy. Odbiorę z komórki. Mój mail: mysztonio@interia.pl
 Ania 24 (samotna zadowolona): 17.10.2008, 12:39
 Przypuszczam, że jeśli ktoś za wszelką cenę chce uciec od samotności,boi się jej, powinien popracować trochę nad sobą. Trzeba sobie zadać pytanie: dlaczego się boję? Może po prostu dlatego się boisz, bo nie akceptujesz siebie, nie lubisz siebie.Samotność to przebywanie z samym sobą. To może być piękne jeśli lubisz siebie, jeśli się nie nudzisz z sobą. Aby się nie nudzić należy odkrywać pasje, aby czuć swoją wartość trzeba dawać siebie innym np przez wolontariat. Zamiast myśleć o sobie, jaka to ja jestem biedna lub biedny,pomyśl o innych.Na świecie jest mnóstwo ludzi bardziej nieszcześliwych od Ciebie.Samotność nie jest zła, choc niełatwa. tej drodze też można być szczęśliwym i żyć tak, aby na końcu życia obejrzec się wstecz i odejść z uśmiechem i gleboką radością dobrze spelnionego zadania.
 Ala: 10.09.2007, 13:45
 Do Aliny: Zyczę więcej optymizmu i wiary w siebie. Myślę, że życie samotne, jak i to dzielone z kimś ma swoje plusy i minusy, bo po prostu takie jest życie. Człowiek musi sam zadecydować, co bardziej mu odpowiada. Jeśli samotność dla niego jest zbyt trudna, to może warto się otworzyć na innych i poszukać partnera życiowego.
 Alina: 09.09.2007, 21:38
 Mam 38 lat , pracuję i mieszkam sama. Na poczatku byłam przerażona tym że mam mieszkać sama ( wcześniej mieszkałam 7 lat z koleżanką). Próbowałam tez ułożyć sobie życie z chłopakiem (" chodziliśmy" ze sobą 3 lata), ale uciekłam od tego związku - bałam sie że nie umiem zbudować dobrej rodziny i nie akceptowałam siebie taka jaka jestem. Dzis wiem,że życie rodzinne mnie przeraża i widzę je jako pasmo udręk i niepowodzeń. A w życiu samotnym tez nie jest łatwo. Ufam Panu Jezusowi i wiem,że mimo samotności nie zostałam sama i On tez jest przy mnie i pomaga mi nieść ciężar dnia codziennego. Tak więc cokolwiek wybiorę wiąże sie to z niesieniem krzyża. Pocieszeniem jest fakt,że nie trwa to wiecznie. Staram sie mieć przyjaciół i pomagać im w miare moich skromnych mozliwości, a reszte czasu wypełnia mi praca. Przestałam szukać drugiej połowy i pogodziłam sie ze swym losem. Nie jestem ani szczęsliwa, ani nieszczęśliwa, a właściwie to wystepuje to na zmianę. Czasem myslę, że w małżeństwie tez byłyby okresy szczęśliwsze i te mniej udane, ale nie żałuję swojej decyzji, bo byłam wtedy niedojrzała do zycia w małżeństwie. Czy ktoś ma podobne przemyślenia :)
 Ala: 28.08.2007, 13:45
 Myslę, że samotośc, to nie jest jakieś szczególne powołanie człowieka, dane mu od Boga, jest to czasami dobrowolny wybór (nadmierna niezależność, samodzielność) bądź też kompleksy, strach, że ktoś pozna nas takimi, jakimi naprawdę jesteśmy. Mysle, że otwarcie się na innych, poznanie siebie, swoich potrzeb, mozliwości i ograniczen może umozliwić poznanie właściwej osoby, czego wszystkim samotnym życze.
 terrom: 23.08.2007, 23:21
 Do Samotna - Cieszę się, że odezwałaś się. Mam jakieś przemyślenia co do tego tematu. Uważam, że jest wiele możliwości i na różne sposoby tylko trzeba zaakceptować to czego nie możemy zmienić. A wspólnie możemy wiele zaakceptować tego czego wydawałoby się, że nie można zmienić. U Pana Boga jest wszystko możliwe i nawet to co według nas jest to nie możliwe. Uwież mi, w tej dziedzinie mam wiele doświadczenia. Z Bogiem. terrom@o2.pl - zapraszam.
 Samotna: 22.08.2007, 21:36
 Terrom, jak sobie wyobrażasz to nasze wspólne przezwyciężanie samotności?
 terrom: 11.08.2007, 18:12
 Do: Samotna i Kasia: Witajcie, Szczęść Wam Boże, od krótkiego czasu znam tę stronę. Chciałoby się napisać do Was wszystkich, którzy jesteście Samotni z różnych przyczyn, jeśli Bóg tak dopuścił to też da i siłę do pokonania trudności związanych z takim sposobem czy stylem życia. Chcę Was wszystkich zaprosić do kontaktu a może wpólnego spotkania na neutralnym terenie, poznać się, porozmawiać, a może wspólnie pokonać czas i problem samotności. Szczęść Boże, terrom@o2.pl
 Katarzyna: 30.05.2007, 11:03
 Choć mam 19 lat, również nigdy nie miałam chłopaka, a zabawy, jeśli raz od wielkiego czasu, spędzam w gronie Oazy, ludzi związanych z Kościołem, niż na zwykłych dyskotekach. Może dlatego też, że od kilku lat nie znajduje siebie w powołaniu do małżeństwa, długo wpierw myślałam o zakonie, ale gdy okazało się, że to nie to, rozważam samotność lub dziewictwo konsekrowane, gdyż sama dochodząc do tego patrze i widzę, że bardziej za "męża" wolałabym Chrystusa, niż człowieka, bo przy Nim zawsze czułam się dobrze. A może to pewien lęk, odpokutowanie za grzeszną przeszłość? Nie wiem, pozostaje nam czekać.
 sylwka: 05.05.2007, 18:33
 Ja też jestem samotna. Mam 20 lat i nigdy jeszcze nie miałam chłopaka (i nie wiem czy wogóle będę go kiedyś mieć), ako jedyna. Patrzę na ludzi i widzę że wszyscy kogoś maja tylko nie ja. Dlaczego? Co ja takiego zrobiłam, że nie zasługuje na miłość. Co gorsze nie dane jest mi nawet choć odrobine rozrywki. Nigdy nie byłam na dyskotece, a tak bardzo chciałabym sobie choć raz potańczyć, pobawić się, zapomnieć o tym pustym i szarym życiu. Ale z kim?
 Kasia: 24.04.2007, 22:55
 Mam 32 lata, kilka miesięcy temu pokłóciłam się z chłopakiem, z którym miałam wziąć ślub i on już nie wrócił. Byłam na dnie piekła. Nadal go kocham, a on jest już z inną. Okazało się, że omal nie wyszłam za mąż za człowieka, który mnie nie kochał tak naprawdę. Znów jestem sama, choć mam już 32 lata i jestem bardzo atrakcyjną kobietą. To moje kolejne rozczarowanie i nie wiem czy nie ostatnie, bo też już nie mam sił szukać... Jestem bardzo pogubiona. Nie mam pojęcia czego chce ode mnie Jezus, myślę o wstąpieniu do zakonu, chociaż nie czuję powołania, ale strasznie przeraża mnie samotność
 julia 77: 28.03.2007, 22:49
 Pozdrawiam całą stronkę:)Wesołych Swiąt nadchodzących Kochani!:)
 julia77do Samotnej: 04.03.2007, 22:39
 wiesz,ja też tak czasami mam...Ciągle upadam i wstaję,upadam i wstaję,upadam i wstaję...Ściskam mocno.
 Samotna do Julii: 02.03.2007, 22:30
 Dziekuję za Twoje słowa. Widzisz, ja praktycznie przez całe życie (mam nieco ponad 30 lat) byłam wręcz święcie przekonana o tym, że kiedyś tam spotkam tę właściwą osobę. Chociaż wszystkie koleżanki po kolei wychodziły za mąż, ja cały czas z radością i wewnętrznym przekonaniem wierzyłam, że dla mnie też nadejdzie ten dzień. Dzisiaj widzę, że to była zwykła, głupia naiwność. Całe życie traktowałam Boga jak przyjaciela (przynajmniej tak mi się wydaje). Potrafiłam wbrew wszystkim stanąć po stronie Boga, czy religii, czy Kościoła. Dlatego dzisiaj czuję się przez Boga oszukana i czuję, że nic Go nie obchodzę. Ja jestem wdzięczna za wszystko co otrzymałam, za super rodziców, za dobrą pracę, za wykształcenie, za zdrowie. Doceniam to. Ale nie potrafię zrozumieć dlaczego mnie tak potraktował w tej kwestii. Julio, uwierz, ja nie mam już siły modlić się dłużej o to, bo oznaczałoby to kolejny raz zacząć się łudzić, kolejny raz zaufać Bogu. A ja boję się kolejnego zranienia, bo tak jak kiedyś wierzyłam, tak dzisiaj nie mam już kompletnie żadnej nadziei.
 Basia: 25.02.2007, 20:56
 Ciągle próbuję się pogodzić z samotnością. Taką nie z wyboru. Chciałam mieć pełną rodzinę. I miałam, ale tylko przez kilka lat. TO JEST STRASZNIE TRUDNE. Ciągle mam w sobie wiele buntu. Dlaczego? !! Nie mogę zrozumieć. Czasami nie mam już sił... i wtedy kusi nowy związek. Pozostaje tylko modlitwa o wybór właściwej drogi. I wytrwałość. Dziękuję za artykuł. Dziękuję za Wasze komentarze. To pomaga pamiętać o tym, że nie tylko ja jestem w takiej sytuacji. Wsparcie jest ogromnie potrzebne. Pozdrawiam. Napiszcie jeszcze, jak sobie radzicie z tymi wszystkimi uczuciami. I jak wytrwać w "pogodzie ducha" i zgodzie z Bogiem.
 julia77 do Samotnej: 25.02.2007, 15:13
 droga koleżanko!Powiedz to wszystko Bogu,że chcesz męża(módl się o dobrego),moja koleżanka modliła się przez 10lat i go otrzymała!Powiedz Bogu,to co Cię,boli,porozmawiaj jak z przyjacielem!!!Mi,taka rozmowa pomaga!Często,było tak,że modląc się tylko prosiłam,prosiłam,prosiłam'...czasami,się żle modlimy.Teraz uwielbiam,dziękuję i proszę.Proszę,o różnerzeczy,ale jeśli jest taka wola Pana.Pan Bóg to nie złota rybka,która spełnia nasze życzenia.Poprosiłam ostatnio o komputer i gitarę,bo nie bylo mnie na nie stać...i za pare dni otrzymałam od znajomych w prezencie laptopa,a gitarę pożyczyła mi na czs nieokreślony koleżanka.To wszystko chcę,ażeby była wola Pana.Zadna znajomość,nie jest przypadkowa,tylko trzeba,ją dobrze odczytać...Moja DROGA!myślę,że po części rozumię Twoje rozgoryczenie,bo moje było podobne,nadal jestem sama,mam za parę miesięcy 30lat!!!!!!!!!ale jestem spokojniejsza,niż rok temu,czasami nawet obrażałam się na Boga!najważniejsze to trwać przy nim!Sciskam mocno:)spróbuj Mu może zaufać,nie masz nic do stracenia!Jak się trzymasz??????
[1] [2] [3] (4) [5]


Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej