Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Z komsomołu do seminarium

     Mam na imię Maksym. Urodziłem się 1972 roku w pięknym mieście Tomsk, położonym w zachodniosyberyjskiej części Rosji. Mój tato był oficerem politycznym w Armii Czerwonej. Obecnie jest na emeryturze. Mama jest z wykształcenia reżyserką teatralną i organizatorem kultury. Dziadek i babcia zajmowali wysokie stanowiska partyjne w województwie. Zostałem dobrze wychowany w tradycyjnej ideologii socjalistycznej.

     System, w którym wzrastałem, był dla mnie czymś bardzo bliskim. W dzieciństwie pragnąłem pojechać do Moskwy, aby zwiedzić mauzoleum Lenina, którego uważałem za najdoskonalszego z ludzi. To on byl dla mnie najlepszym wzorem moralności. Pamiętam, jak w pierwszej klasie szkoły podstawowej stałem przy portrecie wielkiego wodza, pod którym był napis: "Lenin żył, Lenin żyje, Lenin będzie żył", i myślałem o tym, jak to może być, że człowiek jest obecny w teraźniejszości, w przeszłości i w przyszłości jednocześnie; ale to przecież byl Lenin... Gdy chodziłem ulicami i widziałem wznoszące się gmachy, rodziły się we mnie różne myśli, ale przede wszystkim rozpierała mnie radość, że rośnie komunizm, a tym samym bliski jest już koniec przebrzydłych kapitalistów. Nienawidziłem systemu kapitalistycznego, szczególnie Stanów Zjednoczonych; zresztą jak mogłem lubić największe siedlisko zła i nienawiści na tym świecie, a takim ono było dla mnie. Patrząc w przyszłość, myślałem często o pracy w wywiadzie zagranicznym. Wówczas wydawało mi się to jedynym możliwym sposobem, aby pomóc uciemiężonej ludzkości. Plany się nie zrealizowały...

     W gąszczu ideologicznych pomysłów i planów o świetlanej przyszłości, od czasu do czasu pojawiały się nowe myśli i pragnienia, których do końca nie umiałem określić, ani zrozumieć. Czyżby Bóg, którego nie ma? Nie chciałem się przyznać nawet przed samym sobą, że chodzi o "słodką Obecność". Tajemniczość owej Bliskości popychała mnie do nawiązania z Nią kontaktu.

     Pojechaliśmy z rodzicami do Niemieckiej Republiki Demokratycznej na nowe miejsce służby ojca. Pewnego razu, gdy wracałem ze szkoły, zatrzymałem się przy ogrodzeniu jakiegoś kościoła i nie wiem dlaczego złożyłem ręce i zwróciłem swoje myśli ku Nieznajomemu. Odczuwałem wewnętrzny pokój i przedziwne ciepło. Z transu wyrwała mnie znajoma moich rodziców: "Ty, syn Popowa, modlisz się?! Wszystko opowiem twojemu ojcu!" Wiedziałem, jakie mogą być tego konsekwencje. I wtedy, chyba po raz pierwszy, zacząłem się szczerze modlić, wołać: "Panie, jeśli jesteś, spraw, aby ta kobieta niczego nie wyjawiła". Rzeczywiście, nic nie powiedziała, choć może stało się to przez zapomnienie. Po tym wydarzeniu czułem w sobie nieodparte pragnienie zostania katolikiem. Nie wiedziałem, dlaczego właśnie katolikiem, bo gdybym nawet chciał być wierzącym, to jako Rosjanin powinienem opowiedzieć się za Kościołem prawosławnym. Pragnienie to było naprawdę wielkie. Przez pewien czas każdej niedzieli jeździłem do katedry Św. Jadwigi w Berlinie, choć nie rozumiałem niczego, co działo się na Mszy. W tej świątyni czułem się dobrze. Dziś jestem przekonany, że jej patronka, św. Jadwiga, oraz bł. Bernard Lichtenberg, który w czasie wojny był tam proboszczem, towarzyszyli wydarzeniom, jakie dokonały się w moim wnętrzu i mnie swoim wstawiennictwem wspierali. Spotkania z Bogiem w tamtym miejscu pozostawiły niezatarty ślad w moim życiu, pobudzały też do dalszych kroków, które miały utwierdzić mnie na drodze wiary w Kościele katolickim.

     Po powrocie na Syberię zacząłem wiele czytać, bo chciałem dowiedzieć się więcej o katolicyzmie. Niełatwo jednak było zejść z dawnej drogi.

     W ostatniej klasie szkoły podstawowej, jako pierwszy z uczniów, wstąpiłem do "komsomołu". W szkole średniej zostałem liderem gaipy komsomolskiej; prowadziłem przykładne życie według idei Związku Socjalistycznej Młodzieży. A w sercu nadal coś się działo. Ulubionym miejscem moich odwiedzin było planetarium, które mieściło się w dawnym kościele katolickim, zbudowanym przez zesłańców polskich pod koniec XIX wieku. Godzinami potrafiłem się wpatrywać w sufit, na którym widniała gwiezdna mapa nieba. Myślałem wtedy także i o Bogu. Chciałem Go doświadczyć, jeśli On jest. Odzywały się też "berlińskie" pragnienia: Msza, muzyka organowa... Któregoś wieczoru znów znalazłem się pod drzwiami planetarium-kościoła. Tym razem drzwi były zamknięte. Moje myśli zanurzyły się w mroku syberyjskiej nocy; przeciskały się przez chłodne i rześkie powietrze. Wokół cisza. A może naprawdę nie ma Boga? Gdyby był, czy dałby się tak długo szukać?

     Schodziłem z górki, na której było planetarium. Odpowiedź na pytanie niosłem już w zanadrzu. Jego nie ma! Niczego nie ma! Mogę robić, co chcę.

     Tak zaczęło się moje "nowe życie". Szukałem ukojenia we wszystkim, co mogło dać przyjemność. Marzyłem o wewnętrznej pełni. Wciąż chciałem czegoś więcej, ale najwięcej miłości... Szukałem jej w magii, okultyzmie, bioenergoterapii, astrologii, filozofiach wschodu, zjawiskach paranaukowych itp. Nie obca mi była praktyka, która dziś stoi u podstaw ruchu New Age. Szukałem, stale szukałem...

     W społeczeństwie przeżywaliśmy nowe czasy. Partia pozwalała wierzyć w Boga.

     Pewnego razu znalazłem się na spotkaniu baptystów. Przyjąłem pokutę, abym mógł dołączyć się do ich wspólnoty. Mogłem się modlić. Modliłem się, choć życie szło jakby swoją drogą. Czułem się baptystą.

     Zaskoczyła mnie wiadomość o naszym miejskim planetarium: przestało istnieć. Miejscu przywrócono pierwotne znaczenie. Ludzie wierzący, katolicy, mogli spotykać się tam na modlitwę. Ciekawość wzięła górę. Poszedłem, by zobaczyć. Spotkanie prowadził człowiek świecki. Poprosił mnie, bym zaczekał; wskazał na miejsce pod ścianą, na której wisiał obraz Matki Bożej. Potem rozmowa. Głowa pełna nowych myśli - przypomniało mi to nieodparte doświadczenia, jakie przeżywałem w Niemczech. Następnego dnia uczestniczyłem w nabożeństwie Słowa Bożego. Zrozumiałem, po namyśle, że jest to moje miejsce, w tym kościele i przy tej ambonie.

     Rozpoczął się trudny okres nawrócenia i uzdrowienia. Odczułem wielkie pragnienie zostania kapłanem i zakonnikiem. Dużo niewiadomych stanęło przede mną. Szukałem kontaktu z kimś, kto mógłby ukonkretnić moje pragnienia. Dochodziły do mnie wiadomości o o. Antonim Badurze CMF, który pojawił się w Tomsku w chwili, gdy odradzała się tam wspólnota katolicka. Dowiedziałem się, że jest wychowawcą w zgromadzeniu misyjnym. Napisałem długi list. Odpowiedź była natychmiastowa. Zostałem zaproszony do odwiedzenia nowicjatu Misjonarzy Klaretynów w Polsce. Pojechałem.

     Obecnie w Polsce przebywam już szósty rok i odbywam formację zakonną. Dwa największe momenty w moim życiu duchowym przed ślubami zakonnymi to doświadczenie obecności Jezusa Chrystusa w Eucharystii oraz seminarium Odnowy w Duchu Świętym. Te wydarzenia przyczyniły się do mojej wewnętrznej odbudowy, wewnętrznego uzdrowienia. Choć proces powrotu do Jezusa jest trudny, to jednak mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwy na mojej drodze; jest bowiem Ktoś, kto mnie naprawdę kocha oraz tych, do których On chce mnie posłać.

Kleryk Maksym Popow CMF


   

Wasze komentarze:
 Sonia: 25.05.2020, 19:25
 Bóg go odszukał
(1)


Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ] 
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej