Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Miłość w służbie Miłości

     Szczęść Boże!

     Na początku listu pozdrawiam księdza i przepraszam, że tak długo się nie odzywałem. Nie odzywałem się, bo dużo się w moim życiu przez te kilka miesięcy wydarzyło. List księdza jest dla mnie prawdziwym skarbem. Mogę wreszcie komuś o tym wszystkim powiedzieć. Może zacznę od samego początku.

     Od kilkunastu lat znam pewną dziewczynę. Ma na imię Dagmara. Jest o rok młodsza. Znamy się właściwie od przedszkola. Dwa lata temu otrzymałem list z dziwną treścią. Była tam kartka A4 zapisana jednym słowem "dlaczego". Bardzo mnie to zdziwiło. Zastanawiałem się, od kogo może być? Później przypomniało mi się, że kilka dni wcześniej kolega powiedział mi, że Dagmara się we mnie podkochuje. Wtedy mnie podobała się inna dziewczyna. Ale wie ksiądz, jak to jest z tymi szkolnymi miłościami. Jednak kilka miesięcy później wszystko się zmieniło. Wszystko zaczęło się kierować w stronę Dagmary. Wówczas zacząłem swą bliższą znajomość z Dagmarą. Odtąd wszystko robiłem z myślą o niej. Trwało to bardzo długo. Jednak z czasem coś zaczęło się psuć. Ona jakby zaczęła się oddalać. Więcej czasu spędzała z kolegami z klasy, wyjeżdżała gdzieś, do późna chodziła z koleżanką. Pewnego dnia powiedziałem "stop". Koniec. Dla niej, jak i dla mnie, było to trudne. Długo to jednak nie trwało. Trzy dni później znowu byliśmy razem. Nie było to jednak to samo. Teraz wszystko zaczęło się rwać - Listek po listku aż wszystkie opadły. Nasz kontakt praktycznie się urwał. Ona w tamte wakacje wyjechała na kurs animatorki Dzieci Maryi. Ja pracowałem przy remoncie mieszkania. Dłuższy okres roku szkolnego, jeżdżąc tym samym autobusem, nie rozmawialiśmy. Później gdzieś w lutym napisałem do księdza i wtedy zacząłem decydować się na wstąpienie do seminańum. Było to moje jakby jeszcze nieodkryte marzenie. Czas mijał. Nadeszły święta Wielkanocne i wtedy znowu coś drgnęło. Zacząłem rozmawiać z Dagmarą. Nasza miłość "zmartwychwstała". Ale nie była to ta sama Dagmara sprzed roku. Jej słowa i myśli stały się bardziej dojrzałe... Po Wielkanocy wszystko zaczęło wracać. Znowu coraz więcej czasu spędzałem z Dagmarą. Odprowadzałem ją do szkoły. Chodziłem tam na przerwach, po lekcjach. Każdego dnia coraz bardziej prosiłem Boga, aby pozwolił mi z nią zostać. Ona wiedziała o moich planach związanych z seminańum. Wiedziała, że Bóg może mnie powołać i Jego zawsze stawiałem, i stawiam, na pierwszym miejscu.

     Cały lipiec spędziliśmy na wspólnych wycieczkach rowerowych. 1 sierpnia Dagmara poszła na pielgrzymkę do Częstochowy. Wróciła 5 sierpnia, a ja 7 sierpnia wyjechałem na rekolekcje jako animator ministrantów.

     Tam na rekolekcjach zaczęło się to, czego oboje się baliśmy. Na nowo usłyszałem ten głos Jezusa - "Pójdź za Mną". Rozmawiałem z klerykami, księdzem. Rozmowy z nimi dały mi dużo do myślenia. Czasami siedziałem do 2 albo do 3 w nocy rozmyślając. Nie chciałem znowu rezygnować z Dagmary. Tak bardzo ją kochałem i gdzieś tam w sercu nadal kocham. Ale klerycy, ksiądz, doradzili mi, że lepiej będzie, jeśli powiem jej "nie" teraz niż później. Teraz będzie nam łatwiej rozstać się. Bałem się tego. Wiedziałem, że gdy jej to powiem stracę najlepszego przyjaciela, bo ona była jedyną osobą, z którą mogłem o wszystkim porozmawiać.

     Wróciłem z rekolekcji. Pojechałem do niej i dałem jej list. Następnego dnia odpisała na ten list w naszym zeszycie. Razem pojechaliśmy jeszcze na wycieczkę rowerową. Tam porozmawialiśmy i znowu wszystko się urwało.

     Odpowiedź na mój list zajęła jej 7,5 strony. Ona nie chciała się żegnać - kończyć tego, na co tak bardzo razem pracowaliśmy. Ale ja tak, bo nie chciałem, aby kiedyś jeszcze bardziej cierpiała.

     Mija miesiąc od naszego rozstania. Bardzo rzadko się widzimy, rozmawiamy. Czasami żałuję tego, że zrezygnowałem z tej miłości. Gdzieś tam w sercu nadal ją kocham, jednak dla mnie ważniejszy jest Jezus. Chciałbym normalnie z nią rozmawiać, czasami gdzieś razem pojechać - być dla siebie. Jednak nie wiem, jak to zrobić. Wiem, że jeśli zdam maturę pójdę do seminańum, ale idąc tam nie chciałbym stracić z nią kontaktu. Może ksiądz mi coś podpowie?

     Kończę mój długi list, dziękuję za pozdrowienia i przepraszam, że się tak rozpisałem. Z Bogiem!

     Andrzej

     Drogi Andrzeju!

     Wprowadzasz mnie w bardzo ważną sferę ludzkich relacji, jaką jest stosunek do płci przeciwnej, do dziewcząt i kobiet, ale istotne jest przy tym to, że ta relacja jakoś dotyka innej - relacji do Boga powiązanej z odczuciem wezwania do kapłaństwa. Stajemy pośrednio wobec pytania o rolę i miejsce kobiety na drodze kształtowania się powołania. Opisana historia znajomości z Dagmarą miała wiele istotnych momentów. Istniały chwile, gdy przeżywałeś radość, wręcz szczęście, że jest ktoś blisko Ciebie, z kim możesz dzielić codzienność. W tym czasie zdarzały się też smutne chwile - odchodziliście od siebie, decydowaliście inaczej układać waszą przyszłość. Nie działo się to bez Twojego bolesnego doświadczenia. Cenne w tym było to, że stawiałeś wymagania waszej przyjaźni (czy miłości). Cenię to, że nie chodziło o byle jakie relacje, ale o autentyczność oddania, o szczerość i wzajemność, co zarazem tyle razy prowadziło to tego, że zrywaliście ze sobą. Historia waszego związku dowodzi, jak poplątane mogą być ludzkie drogi. I na pewno nie jesteście w tym odosobnieni. Pytanie: czy to, co czuliście można nazwać miłością? Czy nie była to raczej fascynacja, zauroczenie drugą osobą, a zatem coś, czego miłością - w pełnym tego słowa znaczeniu - nazwać jeszcze nie można? Nie są to pytania bez znaczenia. One jakoś porządkują spojrzenie na minione miesiące i pomagają zrozumieć, jaki to miało związek z Twoim powołaniem. Czemu służyły minione przeżycia, jeśli wciąż mieć na uwadze powołanie do kapłaństwa?

     To zrozumiałe, Andrzeju, że ja nie wiem, czy to, co wspólnie odczuwaliście było miłością. Jeśli tak, to sporo było w niej odejść, prób zerwania, chwil, gdy - jak sam to nazywasz - coś zaczęło się psuć. Wcale to jednak nie znaczy, że miłość nie może w taki sposób dojrzewać. I pewnie w wielu ludzkich historiach tak bywa, że dzisiejsza, szlachetna i głęboka miłość wzrastała w atmosferze zwątpień i rozczarowań. Tu nie ma żadnych reguł. Jeśli zaś nie było to miłością (albo miało być "miłością tylko na chwilę"), to nie ulega wątpliwości, że wasz związek miał swój sens i owocem tego jest choćby mądrość i dojrzałość emocjonalnych przeżyć. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że może być w tym jakiś zamysł Boży, jakiś proces uczuciowej formacji, jaki po swojemu prowadzi z Tobą Bóg... Czy można więc postawić wniosek, że doświadczenie ludzkiej miłości służy kapłaństwu? Uważam, że tak. Służy zresztą nie tylko kapłaństwu - służy (pod warunkiem, że spełnionych jest kilka założeń) całemu człowiekowi i jego dojrzałości we wszystkich relacjach i przeżyciach międzyosobowych.

     Spoglądając w historię Twojego życia dostrzegam dwa zasadnicze pytania. Pierwsze cofa nas w przeszłość: Czemu służyło to, co się między wami działo? Po co to było potrzebne? Drugie skierowane jest ku przyszłości: Co dalej? Jak - uwzględniając przeżycia przeszłości - widzieć przyszłość? Jaka ona ma być? Dodam, że przez te dwa pytania chcę powiedzieć więcej, aniżeli ograniczyć się do tego zadania, które przede mną stawiasz w słowach ...chciałbym normalnie z nią rozmawiać, czasami razem gdzieś pojechać - być dla siebie. Jednak nie wiem, jak to zrobić... Może ksiądz mi coś podpowie? A owszem, podpowiem. Ale wcześniej proszę o wysłuchanie...

     Zajmijmy się pytaniem pierwszym. Adhortacja Apostolska Pastores dabo vobis, w której Kościół wypowiada się na temat formacji kapłanów podkreśla, jak ważny jest proces kształtowania u kandydata do kapłaństwa dojrzałości uczuciowej, będącej wynikiem wychowania do prawdziwej i odpowiedzialnej miłości (pkt. 43). Przytaczam tę wypowiedź, choć należałoby zastrzec: nie przesądzam, że masz powołanie kapłańskie. Tego nie wiem. Ale oczywiste jest, że choćby Twoja droga życia miała wyglądać inaczej, potrzebujesz dokładnie tych samych walorów: zdolności do odpowiedzialnej miłości oraz dojrzałości uczuciowej. Podkreślam to, gdyż nie wyobrażam sobie pięknej miłości małżeńskiej bez tych cech. Nie można też w sposób dojrzały przyjąć powołania kapłańskiego, jeśli wcześniej nie uczyni się stosownego wysiłku w tych dwóch sferach. Wspomniany dokument zawiera wiele trafnych spostrzeżeń.

     Pozwól, że istotny jego fragment przytoczę: Warunkiem dojrzewania uczuciowego jest świadomość, że centralne miejsce w ludzkim życiu zajmuje miłość. W rzeczywistości bowiem, jak napisałem w Encyklice "Redemptor hominis", "człowiek nie może żyć bez miłości. Człowiek pozostaje dla siebie istotą niezrozumiałą i jego życie jest pozbawione sensu, jeśli nie objawi mu się Miłość, jeśli nie spotka się z Miłością, jeśli jej nie dotknie i nie uczyni w jakiś sposób swoją, jeśli nie znajdzie w niej żywego uczestnictwa". Mowa tu o miłości, która ogarnia całą osobę, we wszystkich jej wymiarach i sferach: fizycznej, psychicznej i duchowej, i która znajduje swój wyraz w "oblubieńczym sensie" ludzkiego ciała, dzięki któremu osoba ofiarowuje samą siebie drugiej osobie i ją przyjmuje. Dlaczego Ojciec Święty wraz z biskupami zebranymi na specjalnym synodzie tak podkreśla ten wymiar ludzkiej osoby? Gdyż powszechna jest w społeczeństwie i w kulturze postawa, która "na ogół banalizuje" ludzką płciowość. Krótko mówiąc: czymś nieodzownym w procesie kształtowania dojrzałości uczuciowej człowieka jest zrozumienie, akceptacja i ukształtowanie wszystkich relacji, jakie wynikają z ludzkiej płciowości. W tym zawiera się np. uszanowanie i umiłowanie czystości, szlachetność kontaktów, wewnętrzna równowaga i uporządkowanie, mądrość słów oraz zrozumienie odmienności zachowań, jakie właściwe są mężczyznom i kobietom. Do czego zmierzam? Chcę powiedzieć tylko tyle: jeśli okaże się, że rzeczywiście masz powołanie, to znajomość z Dagmarą posłużyła w zamyśle Bożym do tego, aby ukształtować w Tobie odpowiedzialność, wrażliwość, zainteresowanie przeżyciami drugiej osoby, ale przede wszystkim posłużyła do ukształtowania w Tobie umiejętności dojrzałego kierowania swymi uczuciami. Chodzi o to, abyś umiał kochać odpowiedzialnie. Bo, że będziesz musiał kochać ludzi to jest oczywiste. Rzecz w tym, żeby nikogo "nie zagarnąć", nie potraktować tylko "dla siebie", nie dążyć do wyłączności. Kapłan musi być człowiekiem szerokiej miłości. Jan Paweł II dodaje w cytowanej adhorta- cji: wychowanie do odpowiedzialnej miłości oraz dojrzewanie uczuciowe osoby stają się bezwzględnie konieczne w przypadku tych, którzy - jak kapłani - powołani są do celibatu, czyli do ofiarowania - dzięki łasce Ducha Świętego i mocą własnej, wolnej decyzji - całej swojej miłości i gorliwości Jezusowi Chrystusowi i Kościołowi. Czymś nieodzownym w budowaniu dojrzałości osobowej jest postawa, którą określić można jako wielką, żywą i osobową miłość do Jezusa Chrystusa - ona umożliwia przeżywanie kapłaństwa bez ulegania fałszywym fascynacjom.

     Mając na uwadze powyższe spostrzeżenia, pytanie o sens minionych wydarzeń i ich znaczenie dla Twojej przyszłości zdaje się otrzymywać jednoznaczną odpowiedź. Bóg prowadzi nas logicznymi drogami. Ukryty jest w nich głębszy sens, który może być w danym momencie zasłonięty, ale kiedyś dostrzeżemy w poszczególnych wydarzeniach przedziwną mądrość Bożą. Jaka więc ma być Twoja przyszłość? Nie wiem. Nie potrafię powiedzieć, czy masz powołanie. Gdy opowiadasz się tak mocno za Jezusem (Gdzieś tam w sercu nadal ją kocham, jednak dla mnie ważniejszy jest Jezus) to wydaje się, że powołaniem kapłańskim rzeczywiście zostałeś obdarowany. Ale czy tak jest na pewno? Nie wiem, po prostu nie wiem. Oczywiste jest to, że obecność przy Tobie drugiej osoby wiele Ci dała, wiele nauczyła - to był czas emocjonalnego dojrzewania. W tym właśnie upatruję szczególną wartość tej znajomości.

     Myśląc o Twoim związku z Dagmarą czuję się w obowiązku, i przyjmij to otwartym sercem, odnieść się do jednego zdania z listu, które - w moim mniemaniu - rodzi jakiś ból w sercu Boga. Gdy opisywałeś czas waszej znajomości wspomniałeś o wyjeździe Dagmary na pielgrzymkę i Twoim udziale w rekolekcjach. Podsumowałeś to zdaniem: Tam na rekolekcjach zaczęło się to, czego oboje się baliśmy. Pan zaczął do Ciebie mocniej przemawiać... Bóg zaczął mówić wyraźniej o swym wyborze, o Twoim powołaniu. Jak w tej sytuacji wygląda Twój lęk? Czym on jest, jeśli nie oznaką jakiegoś duchowego skąpstwa? Czy można się bać tego wybrania? Nie, Andrzeju, nie można. A dzieje się tak wówczas, gdy nie dość zdajemy sobie sprawę z tego, że nie ma nic cenniejszego na tym świecie, nic bardziej szlachetnego i dającego spełnienie całej naszej osobowej głębi, jak tylko to jedno: wypełnić pełen miłości zamysł Boży. Ów lęk to oznaka, że brakło Ci - Andrzeju - właściwego zbilansowania: co tracisz - co zyskujesz. W Twoim odczuciu cenniejsza była miłość do Dagmary niż miłość do Boga. Nie tak powinno być. Oto dlaczego napisałem, że w takim momencie serce Boże musiało poczuć się dotknięte...

     Teraz chciałbym nawiązać do Twojego pytania-prośby. Jest to zarazem odpowiedź na sygnalizowane wyżej drugie pytanie: Co dalej? Z listu wynika, że skłaniasz się obecnie ku posłudze kapłańskiej. Przed Tobą czas formacji seminaryjnej. Czy możliwe jest, aby pogodzić wierność Jezusowi i opowiedzenie się tylko za Nim z dalszym podtrzymywaniem tej znajomości. Wyobrażasz ją sobie bardzo konkretnie: Chciałbym normalnie z nią rozmawiać, czasami gdzieś razem pojechać - być dla siebie. Jednak nie wiem, jak to zrobić. Wiem, że jeśli zdam maturę pójdę do seminańum, ale idąc tam, nie chciałbym stracić z nią kontaktu. Napiszę krótko: tak długo dopóki uczysz się, spędzasz czas w swoim środowisku, uczestniczysz w normalnych zdarzeniach, tak długo nie widzę przeszkód w podtrzymywaniu znajomości. Nie jestem jednak skłonny akceptować przedłużania tej znajomości gdy będziesz już w seminarium. I bynajmniej nie chodzi o drastyczne zrywanie wszelkich kontaktów i udawanie, że się nie znamy...

     Uważam jednak, że nie powinieneś szukać przedłużania tej znajomości. Twoja droga jest inna, Andrzeju. Kapłan nie może nosić w sercu jakiejś wyłączności, musi być otwarty na wszystkich. Jak rozumieć Twoje być dla siebie? Do czego to może prowadzić i jaki jest tego sens? Nie potrzeba zbytniej znajomości człowieka, by zauważyć, jak łatwo jest od niewinnego związku przejść do sytuacji, w której zachwiana jest harmonia i porządek. Należy być bardzo ostrożnym. Cytowany wcześniej dokument Pastores dabo vobis wypowiada się również na ten temat: Ponieważ charyzmat celibatu, nawet wówczas, gdy jest autentyczny i sprawdzony, nie narusza skłonności uczuciowych i instynktownych, kandydaci do kapłaństwa potrzebują dojrzałości uczuciowej zdolnej do roztropności, do wyrzeczenia się wszystkiego, co mogłoby jej zagrażać, do czujności i panowania nad swoim ciałem i duchem, do okazywania szacunku i czci w międzyosobowych relacjach z mężczyznami i kobietami. Do tych słów dopowiem jeszcze następującą uwagę. Tak, to prawda, rolą seminarium nie jest wyprowadzenie alumna na pustynię, na której panuje drastyczna samotność, gdzie nie spotyka się nikogo. Nie chodzi więc o izolowanie od świata. Ae zarazem na drodze do kapłaństwa nie może być sytuacji, w których jakaś określona osoba uzyskuje miejsce uprzywilejowane, w jakimś sensie szczególne. Twój stosunek do Dagmary winien być dokładnie taki sam, jak do każdej innej dziewczyny. Ojciec Święty w adhortacji zawarł taką radę: Cenną pomocą może się okazać wychowanie do prawdziwej przyjaźni, wzorowanej na braterskich uczuciach, których również Chrystus doznawał w swoim życiu (por. J 11,5) (pkt. 44). Jeśli uważnie spojrzymy w przykład Chrystusa, to zauważymy, że był on bardzo harmonijny: Jezus miał przyjaciół, spotykał się z niewiastami, bywał u nich gościem. Czy jednak w stosunku do którejś z nich zachowywał jakąś specjalną postawę? Odmienną i preferencyjną? Nie. I Ty, Andrzeju, musisz podobnie postępować. Jeśli nawet dzisiaj - jak piszesz - czasami żałujesz, że zrezygnowałeś z tej miłości, to pamiętaj, że przecież zyskujesz dużo większą i wspanialszą Miłość. Idź za tym nowym Skarbem. I kochaj całym sobą. Bez podtrzymywania w sobie postawy cierpiętnika, bez niepotrzebnej tęsknoty za tamtą miłością. Jeśli nie pokonasz tamtego żalu za Dagmarą miłością oraz wdzięcznością za nowy dar, dar kapłaństwa, to znaczy, że niewiele zrozumiałeś z tego, co zaoferował Ci Bóg. Czy wówczas ma sens skierowanie swych kroków ku kapłaństwu? Czy można żyć z rozdartym sercem?

     Życzę Ci, aby pogłębiona refleksja nad powołaniem kapłańskim rozpaliła Twe serce nową miłością. Tylko ona, autentyczna i mocna, może nadać wartość Twojemu życiu w naśladowaniu Jezusa Chrystusa. Nie lękaj się, że pozostawienie ludzkiej miłości Cię unieszczęśliwi. Bóg, który Cię powołuje do swej wyłącznej służby zagoi wszelkie rany i otworzy na doświadczenie przyjaźni i zażyłości, których nikt z ludzi nie jest w stanie Ci ofiarować. Zaufaj Mu!

     Niech łaska Ducha Świętego rozjaśnia Twój umysł i uzdalnia wolę. Trwaj na modlitwie, z Bogiem!

ks. Józef Tarnawski SP
eSPe, nr 58


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej