Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Opowieści ze młyna

     Ten zawód nigdy nie upadnie. Dopóki ludzie będą jeść chleb, to i młynarz na chleb zarobi.

     - Wiadomo, że kiedy makaron się rozpłynie, ciasto opadnie, a naleśnik przyklei się do patelni, winna jest mąka. A jak mąka - to młynarz! - przyznaje Andrzej Tyszka, młynarz z ponad dwudziestoletnim stażem. Zawodem - mówi - obciążony jest pokoleniowo. - Młynarzem był mój ojciec i dziadek. I ja jestem młynarzem, ale nie jest to dla mnie obowiązek - podkreśla. - To piękne, kiedy dziedziczy się taką tradycję. Dla mnie młynarstwo to nie tylko zawód, ale i pasja. Pracuje się, żeby żyć, ale ja lubię to, co robię.

     PASJA MIELENIA

     Andrzej Tyszka idzie do młyna nawet w wolny dzień. Wtedy może się zrelaksować. Kiedy wszystkie maszyny pracują, musi mieć wyczulony słuch na każde zgrzytnięcie, niczym dyrygent przed orkiestrą. Teraz jednak wsłuchuje się w ciszę. Wolno przechodzi pomiędzy kolejnymi piętrami. Mija szczotkarkę, wlewnik, wialnię. Przejeżdża ręką po chropowatych wałkach. Zaciąga się zapachem drewna. Bierze w garść mąkę. Czuje satysfakcję z całego tygodnia pracy. Narobił się, nadźwigał, nabiegał, ale ktoś będzie jadł owoce jego pracy. A żeby chleb smakował, praca musi być wykonana dobrze.

     - Większe młyny, chcąc poprawić jakość mąki, wzbogacają ją różnymi specyfikami. Na przykład słabe zboże uszlachetniają glutenem - mówi młynarz. - To nieprawda, że zepsuć można tylko wędliny, jajka czy mleko. Dla ludzi liczy się, żeby mąka była biała, a dla piekarza ważne są inne parametry: zdolność wypiekowa, kleistość, stopy opadania. Bo zdarza się, że mąka jest "krótka" i dobrego chleba z niej nie będzie. Musi być rozciągliwa jak guma. Więc młyny dodają gluten i chlebek zawsze wyjdzie elegancki!

     - Przyjechał do mnie klient. Mówił, że jego córka ma celiakię, a takie mąki, które może jeść, są dość drogie. Przywiózł więc 500 kilo pszenicy bezglutenowej. Ale zastrzegł, że to ma być mąka tylko z tej ciężko zdobytej pszenicy. Usiadł na workach i pilnował, żebym mu czegoś nie dosypał, a ja chodziłem na rzęsach, żeby tylko był zadowolony - śmieje się Tyszka. - Potem dzwonię do niego, a on mówi, że mąka jest jeszcze lepsza niż kupna, bo tamta miała śladowe ilości glutenu, a w mojej zupełnie nic nie ma.

     WZORKI NA SZYBACH

     Przeciętnie ze 100 kg zboża uzyskuje się około 50-60 kg mąki. Chyba że chce się taką z otrębami, dobrą na żurek - wtedy uzyskuje się prawie 100 proc. Reszta ucieka na kurz, bieli twarz młynarza, drewniane ściany młyna i niczym mróz zimą tworzy wzorki na szybach.

     Zdarzają się trudne sytuacje. - Kiedy pracowałem jeszcze z tatą, pomyliliśmy raz worki i zamiast mąki pszennej daliśmy żytnią. Za kilka dni przyjeżdża chłop z powrotem i mówi: "Co wy mi za tyfus daliście?! Kobieta robi naleśniki, chce przewrócić, a to przylgnęło na amen!". Okazało się, że podczas porządków zamieniłem worki miejscami. Więc trzeba było jeszcze wynagrodzić szkodę drugim workiem "od firmy" - wspomina Tyszka.

     Pozostają jeszcze trudne warunki pracy, w hałasie i pyle. Dziennie trzeba przerzucić nawet kilkaset kilogramów. - Ja mam dopiero 45 lat, ale lekarz już mi powiedział, że jak nie umrę na pylicę, to wyląduję na wózku inwalidzkim.

     NIE Z KAŻDEJ MĄKI

     Kiedy przyjeżdża się z ziarnem do młynarza, zwykle ma on już w workach naszykowaną mąkę z innego zboża. Zostawia się więc swoje ziarno, a po oględzinach dostaje się taki sam gatunek mąki. Młynarz bierze garść ziarna i sprawdza je organoleptycznie: dotykiem, węchem, czasem nawet przegryzie. Dobremu młynarzowi to wystarczy, by poznać, czy mąka z tego ziarna będzie dobra.

     - Ile razy chciano mnie oszukać! Przyjeżdżali tacy, co pakowali do worka dobre zboże na wierzch, a na spód gorsze, albo i pryskane - opowiada Tyszka. Ale nos młynarza nie zawodzi. - Otwieram worek, a tu aż bucha jakimś smrodem. Testy laboratoryjne mogłyby w ziarnie wykryć pół tablicy Mendelejewa, ale ja pytam: "Jadłby pan z tego mąkę?". I wtedy każdy cwaniak się wycofuje ze swoją skażoną pszenicą.

     ROZPRAWY WODNE

     Gdzie ptynie rzeka, tam problem się znajdzie. Każdy młynarz musi mieć pozwolenie wodno-prawne na piętrzenie wody. Zgodę muszą wyrazić wszyscy właściciele przyrzecznych gruntów. I ludzie nie chcą się zgadzać, bo "dlaczego ktoś ma mieć lepiej niż ja". Przyjeżdża więc komisja i robi rozprawy wodne.

     - Kiedyś pewien rolnik powiedział, że jak młynarz piętrzy wodę, to mu pole zalewa i woda wchodzi do stodoły. Urzędnicy sprawdzili i orzekli, że młynarz musiałby spiętrzyć wody na wysokość pół młyna, żeby komuś do stodoły woda weszła - opowiada Andrzej Tyszka. Tamta sprawa się szczęśliwie wyjaśniła, ale i tak z wodą są problemy.

     Od kilku lat turbina wodna młyna Tyszki nie jest już używana, bo służby melioracyjne nie oczyszczają rzeki. - A jak ja sam oczyszczę swój staw, to i tak zanieczyszczenia spłyną z rzeki i zatkają turbinę - wzdycha z rezygnacją młynarz.

     Tradycja młynarstwa nad rzeką Orz we wsi Podbielko w województwie podlaskim sięga początków XIX w. Dawniej było tu zagłębie polskiej mąki. Pierwsze zapiski z rodzinnego młyna mówią o roku 1812. Ale większość dokumentacji spaliła się podczas pożaru archiwum w Białymstoku. Kiedy Andrzej Tyszka próbował znaleźć coś w siedleckim archiwum, natknął się na datę 1856 r.; wtedy stały tu podobno młyn i tartak. Rodzinna legenda mówi o dziedzicu Lutostańskim, który miał kilkanaścioro dzieci, ale wszystkie poumierały na gruźlicę. - Wziął więc na wychowankę moją babcię, pochodzącą z Pomianu, która znalazła tu sobie męża, Antoniego Tyszkę - opowiada wnuk Andrzej.

     Dziadek Antoni zbudował młyn około roku 1920. Był drewniany, posadowiony na palach, napędzany kołem wodnym. Wkrótce młynarz udoskonalił proces mielenia ziarna i przebudował napęd na turbinowy. Przyszła jednak wojna, a wraz z nią wywózka na Syberię. Antoniemu Tyszce wraz z jedną z córek udało się uciec. Młyn został spalony przez uciekających Niemców. Po powrocie z wygnania rodzina zastała w tym miejscu nowy obiekt, wyposażony w napęd wodny i parowy - znowu dzieło dziadka Antoniego.

     CÓRKA MŁYNARZA

     Młyn upaństwowiono w 1952 r., i to znacznie zmniejszyło jego wydajność. Młynarzem został wówczas syn Antoniego, Bogusław. Przeprowadzono prace melioracyjne, dzięki czemu stan rzeki się obniżył i spiętrzana woda nie zalewała już okolicznych pól. Młyn otrzymał nowoczesny napęd silnikiem spalinowym o mocy 20 koni mechanicznych. Lata 60. to już era silnika elektrycznego, który zastępował wodny napęd podczas wielkich mrozów lub suszy. - Kiedy szedłem na studia, młyn nie miał tu już wielkich perspektyw. Na SGGW skończyłem technologię żywności, a kiedy zostałem inżynierem, młyn wrócił do rodziny. Miałem do czego wracać - wspomina Andrzej Tyszka, syn Bogusława.

     Pracuje w trzecim z kolei młynie. W niektórych miejscach widać jeszcze opalone przez pożar deski i fundamenty przedwojennego młyna. Obecny coraz bardziej zaczął pochylać się ku ziemi. Podpierany od wielu lat, wymaga generalnego remontu. Andrzej Tyszka chce, żeby przypominał ten sprzed wojny. Z oryginalną architekturą i obowiązkowym kołem młyńskim, będącym chociażby atrapą.

     - Młyn będzie działał, dopóki ja tu będę - zaznacza - Potem moje cztery córki, będą zastanawiać się, co dalej. Dziesięciolatka już deklaruje gotowość podtrzymania rodzinnej tradycji.

     KOŁO SIĘ KRĘCI

     Na razie koło się kręci, klienci przyjeżdżają, a teraz doszły jeszcze wycieczki. W okolicy nie ma bowiem drugiego takiego starego młyna. - Oprowadzam, pokazuję maszyny, opowiadam historię młynarstwa. Chociaż mam z tym jeszcze więcej bałaganu - przyznaje młynarz - bo jak dzieciaki zobaczą mąkę, to zaraz wymyślą, żeby się nią poobrzucać. A potem każdy wychodzi biały.

     - Dawniej kolejki do naszego młyna ustawiały się wczesnym rankiem z obu stron wsi aż pod las. Młynarz zasiadał w radzie gminy jako żywiciel wioski i jego zdanie zawsze było brane pod uwagę - zamyśla się Andrzej Tyszka. - Teraz wypadałoby może postawić tutaj tabliczkę: "Chrońmy zabytki". Ale ja myślę, że dobre czasy jeszcze nadejdą. Fortuna kołem się przecież toczy. Młyńskim.


Iwona Swierżewska


Tekst pochodzi z Tygodnika

25 lipca 2010


   


Różaniec Różaniec
abp Grzegorz Ryś
Jeśli szukasz głębokich rozważań tajemnic różańcowych, dobrze trafiłeś. Przedstawiamy Ci osobiste, oparte na słowie Bożym rozważania abp. Grzegorza Rysia. Myśli duchownego skupiają się tutaj wokół poszczególnych tajemnic czterech części Różańca.... » zobacz więcej


Wasze komentarze:
 Pawel UK: 10.12.2017, 22:39
 chce sie czytac, prawdziwe, takie polskie. pozdrawiam
 anonim: 07.06.2012, 22:10
 swietny artykul!
(1)


Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2018 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej