Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Ewa i Krzysztof Krawczykowie

     "Lekarze stwierdzili u mnie ogromną poprawę w zdrowiu. Miałem powiedzieć, że się modliłem i Pan Bóg mi przyspieszył to wyzdrowienie, ale popatrzyłem po tych młodych lekarzach i się ugryzłem w język. Pomyślałem, że mi zmienią kwalifikację choroby..."

     ROBERT:

     Ta audycja jest wyjątkowa. Dzisiaj moimi gośćmi są państwo Ewa i Krzysztof Krawczykowie. Witam serdecznie.

     EWA KRAWCZYK:

     Witamy bardzo serdecznie.

     KRZYSZTOF KRAWCZYK:

     Dobry wieczór, dziękujemy za zaproszenie.

     - Jest to pierwsze zaproszenie, mam nadzieję, że nie ostatnie.

     Ja też mam taką nadzieję.

     - Pani Ewo, odegrała pani dużą rolę w tym, co zdarzyło się w życiu pana Krzysztofa i nie tylko dlatego, że spotkaliście się, pokochaliście się, ale również z tego powodu, z którego my w tej audycji się najczęściej spotykamy, to znaczy w relacjach z Panem Bogiem. Dobrze myślę?

     Dobrze. Ja się bardzo cieszę, że pan to właśnie tak określił, że ja odegrałam dużą rolę. Ja myślę, że to wszystko jest działanie Boże. Ja pochodzę z rodziny wierzącej. Z praktyką może bywało różnie, ale pamiętam taki okres w moim życiu, w średniej szkole, chyba w trzeciej klasie to było, kiedy do naszej miejscowości przyjechał taki fantastyczny ksiądz, który zaczął inaczej prowadzić lekcje religii i msze w kościele, że się z przyjemnością chodziło. Był taki czas, że ja chodziłam przed pójściem do szkoły na mszę poranną i na mszę wieczorną. Tak uczestniczyłam często, że nawet nauczyłam się grać na gitarze, śpiewałam pieśni kościelne. - Czy ksiądz był przystojny?

     Ksiądz nie był bardzo przystojny, ale był bardzo sympatyczny. W tym czasie moja mama wyjeżdżała do Stanów i tak bardzo się bała, że ja może wstąpię do zakonu. To było jej silne zmartwienie, mówi: - Boże, dziecko, ty już tylko po szkole do księdza. Zresztą nie tylko ja, nas tam więcej chodziło, odrabialiśmy tam lekcje, także było bardzo sympatycznie. Mama wyjechała do Stanów i ten ksiądz, niestety, po roku wyjechał. Automatycznie moje życie wróciło do normy, jak poprzednio, nie było tego klimatu, zabrakło takiego fantastycznego człowieka i ja potem też wyjechałam do Stanów i tam poznałam Krzysia.

     - Jakim człowiekiem w tej kwestii pan był, gdy poznał pan kobietę swojego życia?

     Wtedy kiedy ją poznałem, to nie miałem zielonego pojęcia, że to będzie kobieta mojego życia. Tylko tak troszkę z miłosierdzia, bo Ewcia jest ładną kobietą, zobaczyłem, że kręcą się wokół niej tacy ludzie różni, farbowanych lisów też trochę widziałem, po prostu było mi bardzo szkoda tej dziewczyny, która nie brała napiwków w ogóle, mama ją tam zapisała do tego klubu, żeby trochę sobie dorobiła jak to właśnie na emigracji, w którym ja z kolei śpiewałem. I mówię: - Dlaczego pani nie bierze tych napiwków? Ona: - Czy to wypada ? Ja mówię: - Wypada, proszę brać. I taki byłem dla niej boss na początku. Nawet kosza dostałem za pierwszym razem. Ja byłem wtedy w separacji i pisałem do niej liściki, chciałem zaprosić do kina, a ona powiedziała, że się nie będzie ze mną umawiać. Dopiero kelnerki, koleżanki z pracy mówią: - No to idź na to spotkanie z Krawczykiem, później nam opowiesz.

     Ale ja i tak chciałam iść na to spotkanie.

     - Czy myślał pan o Bogu w ogóle, czy był to Ktoś obecny w pana życiu?

     Niestety nie. Ja się obraziłem na Pana Boga, jeżeli można tak to określić, jak miałem 16 lat. Ojciec zmarł, był moim wielkim przyjacielem, aktorem zresztą, śpiewakiem. Mnie się wszystko zawaliło po prostu w momencie, kiedy go utraciłem. Myślę, że to jest klasyczny przypadek utraty wiary, trochę z wygodnictwa też, bo jednak to są jakieś obowiązki i dyscyplina życia. Mówię: - Pan Bóg jest miłością, tak? Nie mam ojca, zabrał mi ojca - nie ma Boga. No i tak to trwało ze dwadzieścia parę lat. W 3 roku Ewa wzięła mnie: - Choć poświęcimy pokarmy, jest Wielkanoc. Ja mówię: - No wiem, to taka tradycja tak jak na pasterkę chodzą sobie niektórzy, dużej wiary w tym nie ma, jednak chciałem jej towarzyszyć, ona bardzo chciała pójść. Gdzieś tam po poświęceniu pokarmów była msza, ona mówi: - To zostańmy. Mnie bardzo denerwowało, że na tej mszy trzeba co chwilę wstawać i siadać, wstawać i siadać. Żułem sobie spokojnie gumę do żucia w kościele i tak obserwowałem ludzi, widziałem różne postawy modlitewne. Od takich pysznych pawiów, którzy chodzili w futrach, garniturach, do takiej postawy, która wzbudzała moje współczucie, tzn. kiedy ręce były ściśnięte do białości, kiedy ludzie ze wzruszeniem gdzieś tam klękali i widać było, że przeżywają to. Ale ta guma cały czas była i to było dla mnie takie trochę przedstawienie, które oglądałem z powagą, z szacunkiem, ale bez zaangażowania żadnego.

     To było w kościele św. Jacka, w polskiej dzielnicy Chicago. Kiedy już się msza skończyła nastąpił moment oprzytomnienia, bo ktoś mnie klepnął w ramię. Patrzę, młody ksiądz, jakiś wikariusz, który z przepraszającym uśmiechem, cichutko, ale wystarczająco głośno, żeby wszyscy słyszeli dookoła mówi: - Panie Krzysztofie, mam taką prośbę. Niech pan nie żuje w przyszłości gumy do żucia w kościele ponieważ to jest świątynia Pańska. Ja nic z tego nie zrozumiałem, że to jest świątynia Pańska, co on chciał przez to powiedzieć. Dla mnie było najważniejsze i najbardziej przykre to, że on zranił mnie, ponieważ ludzie dookoła, którzy mnie doskonale znali, słyszeli. Byłem do tego stopnia na niego wściekły, że tę gumę przylepiłem ze złości pod ławkę, jak uczeń. Ale muszę powiedzieć, że to było jakieś zwrócenie uwagi, gumową pałą w głowę, nie wiem czy to jest dobre czy złe określenie. W każdym razie wyszedłem taki zamyślony. Dla mnie to jest moment, kiedy ja otrzymałem dar wiary. Pierwsze pytanie jakie ja miałem po powrocie do domu, do swojej teściowej mówię: - Klementyna, czy ty masz jakąś książeczkę do nabożeństwa, bo chciałem zobaczyć o co tu chodzi. I tak sobie otwarłem tę książeczkę, patrzę sobie, te rozmyślania. Nagle trafiam na takie zdanie, że Pan Bóg żyje w nas i my w Panu Bogu. Zacząłem sobie analizować, że ten dom miał gdzieś jakiś początek, jakieś ziarnko piasku. Gdzieś musi być jakiś początek tego wszystkiego, jak to się dzieje. To było dziwne, bo to była dla mnie radość jakiej nigdy przedtem nie doznawałem, że Ktoś tak wielki może żyć we mnie i że to wszystko stworzył Ktoś, nie jesteśmy zawieszeni we wszechświecie przez przypadek.

     - Wracacie do kraju. Już jesteście po ślubie.

     Nie. W 1983 roku wzięliśmy ślub amerykański. Rok 1985 - wracamy do kraju. Tam musieliśmy wziąć drugi ślub cywilny, polski, ponieważ tego amerykańskiego w Polsce nie uznano. Cały czas chodzimy do kościoła i przykry, smutny moment w czasie mszy jest, wszyscy ludzie idą do Komunii, a my biedaki siedzimy w tych ławkach i nie możemy przyjąć Pana Jezusa. Wtedy zaczęliśmy bardzo poważnie myśleć o tym, żeby mieć ślub kościelny. Zaczęliśmy modlić się. Przyszedł dzień pasterki, tak?

     Nie, to jest kolęda. Ksiądz po Ursynowie chodził, w Warszawie. Ktoś wynajął to mieszkanie, już byli drudzy i trzeci lokatorzy. Dwa razy go nie wpuszczono tam i za trzecim razem mówi: - Ostatni raz pukam do tego mieszkania. Ja słyszę jak Ewa krzyczy: - Ksiądz !

     Ja miałam wałki na głowie...

     Mieliśmy szczęście, bo jak żeśmy się zwierzyli, że mamy taki kłopot, to ksiądz nam powiedział, że jest unieważnienie poprzedniego małżeństwa, jest możliwe jeżeli sąd to uzna. I tak się stało, czekaliśmy dwa lata. Ja pamiętam, że po krzyżowym ogniu pytań byłem mokry jak mysz, po pierwszym przesłuchaniu. I z racji tego, że moja rodzina w tych poprzednich pokoleniach była bardzo wierząca, nawet do mojej mamy przychodzili młodzi kapłani, żeby się modliła za nich, żeby wytrzymali w kapłaństwie, byliśmy zaprzysiężeni Sercu Jezusowemu przez całe pokolenia. Ja sobie to przypomniałem i tylko mogłem wypocząć pod figurą Chrystusa, nawet nie miałem siły po tym sądzie prosić, ale On wiedział chyba lepiej. Mówię: - Boże, jak by to dobrze było jak byśmy mieli już to za sobą.

     Miałem bardzo śmieszny sen, że byliśmy w Nowym Yorku na Time Square, gdzie się wyświetla gazeta, jest taki napis: - Post, do pierwszej Komunii, czy coś takiego. I ja się obudziłem. Ewa, tu jest taka wskazówka, może byśmy zaczęli w piątki chleb i wodę praktykować? Bo człowiek się łapał wszystkich sposobów. I proszę sobie wyobrazić, że myśmy od września chyba pół roku wytrzymali. Później to padło troszeczkę ze względu na zawód, bo w piątki były dwa koncerty i ja po prostu zacząłem słabnąć. Teraz też nam się zdarzają, może nie takie ścisłe, ale praktykujemy dalej jednak. To wszystko razem było niesamowite. Moja spowiedź trwała bardzo długo i nigdy nie byłem tak wzruszony, kiedy ksiądz podnosił mnie z kolan, pomógł mi wstać bo ja nie mogłem po tej spowiedzi kiedy dostałem rozgrzeszenie wstać o własnych siłach.

     - Ile lat nie był pan u spowiedzi?

     24.

     - Co się czuje wtedy? Po 24 latach.

     Ja się czułem tak, jakbym stracił na wadze. Ja mam ciągle kłopot z tą wagą, więc tak fizycznie. A psychicznie to od tamtej pory mi towarzyszy takie uczucie, że jeżeli spotkam Chrystusa po tamtej stronie, to moim marzeniem jest objąć Go za nogi i przeprosić, i wypłakać Mu się może ze szczęścia że tak jest, że On jest, że jest życie po życiu, że jestem tak blisko.

     - I konkluzją tego wszystkiego jest ślub.

     Tak, ślub kościelny, wymarzony, wymodlony, tu w Warszawie.

     - I co pamiętacie z tego ślubu?

     Wszystko pamiętamy.

     Mamy to nagrane, czasami patrzymy. Ale był też śmieszny moment, bo mi się pomyliły obrączki i zacząłem księdzu robić taki bałagan z tymi obrączkami, że rozbawiłem jego, siebie i Ewę. Byliśmy po prostu stremowani.

     Ja już zwątpiłam. Krzysztof zaprojektował sam nasze obrączki. Na mojej obrączce jest napis Krzysztof a na jego Ewa. I on, nie wiem czy nie widział, i mówi: - Ewa, Krzysztof, kto pierwszy. Tu ksiądz daje, on przekłada... Tak to było fajnie.

     Przeżywaliśmy to bardzo.

     Pozwól mi...

     - Jesteście w kraju, jesteście po upragnionym ślubie, ale nie może być dobrze. Jak zaczyna być dobrze, to nie może być, tak?

     Tak, to jest przedziwna taktyka opatrznościowa, bo ja ciągle się modlę o pogłębienie wiary, bo mi się wydaje, że ciągle nie wierzę tak jak powinienem. Przechodzę ten okres zachwycenia, czytam tylko książki o charakterze religijnym, jedynie wyjątki to jest prasa codzienna czy jakieś tam biografie, i to mnie tylko interesuje. Natomiast jest czerwcowy upalny dzień, modlimy się na różańcu, oni zasypiają bardzo zmęczeni, ja na krętej drodze w Buszkowie pod Koronowem Bydgoskim wpadam, na szczęście tylko z szybkością, myślę, 50 km/h na drzewo. Jesteśmy bez pasów. Mój syn praktycznie powinien skończyć na wózku, ja nie powinienem żyć. Jesteśmy w szpitalu. Ksiądz Krzysztof tam z racji swoich obowiązków bywa, bardzo serdecznie się nami zajął. Pamiętam też taki moment, kiedy nie działał przycisk alarmujący mój zły stan zdrowia, Ewa już spała, ja miałem wiązane szczęki, nie mogłem nic wymówić, nikt nie odpowiadał i tak po prostu miałem ten różaniec w ręku i mówię: - No to właściwie mi został tylko ten różaniec, pomodlić się no bo chyba umieram. Tak mi się wydawało, oczywiście chyba nie było tak źle, ale jakaś słabość przyszła. Zacząłem się modlić i nawet dziesiątki różańca nie skończyłem, zasnąłem. Ale ciekawostka tego wszystkiego jest taka, że na drugi dzień lekarze stwierdzili u mnie ogromną poprawę w zdrowiu, po badaniach rano, tzw. przegląd. Co to tu się stało? A ja już na końcu języka miałem powiedzieć, że się modliłem i myślę, że troszeczkę Pan Bóg mi przyspieszył to wyzdrowienie. Ale popatrzyłem po tych młodych lekarzach i się ugryzłem w język. Powiedzą że dostałem na głowę coś albo coś mi dali za dużo.

     - Zmienią kwalifikację choroby...

     Tak, zmienią kwalifikację choroby, bardzo dobre. Poza osobą ojca Krzysztofa, który mnie pilnował, brewiarz i w ogóle, czytania codzienne i to bardzo się garnąłem wtedy, niezapomniany moment to był film Jezus z Nazaretu. Taką tabletkę na zapomnienie przepisał mi lekarz w postaci telewizora i bez przerwy oglądałem coś, bo rzeczywiście trochę cierpieliśmy. Scena męczeństwa Jezusa na krzyżu zrobiła na mnie takie wrażenie, że byłem zupełnie załamany, płakałem, przyrzekałem wszystko Panu Bogu, że nie chciałbym już tych gwoździ wbijać Chrystusowi swoim postępowaniem w przyszłości. Oczywiście te przyrzeczenia to wszyscy wiemy jak wyglądają, bardzo chcemy wszystko dotrzymać ale później człowiek walczy ze sobą, to jest takie trudne, nie zawsze się udaje.

     Może mi się uda coś. Może duchowy mi się wydawało. Ewunia miała straszną chorobę, nie będziemy opowiadać co dokładnie, ale zagrożenie życia i doktor powiedział: - Proszę pana, jak małżonka umie pływać dobrze, to ma kamień u szyi. Ja mówię: - Jaki człowiek z kamieniem u szyi może płynąć? Byłem w ogromnej depresji.

     Ale ja byłam codziennie w kaplicy szpitalnej na mszy. Nawet lekarz mi zabronił chodzić, bo mój stan był bardzo ciężki, ja po cichutku tylnymi korytarzami, zawsze byłam na mszy i Matkę Bożą bardzo wtedy prosiłam, żeby mi pomogła. Modliłam się bardzo gorąco do Matki Bożej. Ja wiem, że ta modlitwa mi pomogła, ponieważ lekarz, który mnie leczył, był ateistą i on powiedział: - Panie Krzysztofie, to jest naprawdę cud.

     Może się nawrócił trochę. Ja chcę powiedzieć, że wszystko, łącznie z budową kościoła, wydawało mi się że wszystko mogę Panu Bogu obiecać. Teraz a dwa-trzy lata rysuje się taka możliwość, bo już pomagamy w budowie naszego kościółka parafialnego.

     Powiedziałeś: - Panie Boże, jak uzdrowisz mi żonę, to ja Ci wybuduję kościół.

     Zawsze sobie robiłem wyrzuty sumienia że nie, ale mnie ojciec Jan Góra wyprowadził z tego spokojnie, bo powiedział: - To trzeba budować kościół w nieco inny sposób, nie musisz zaraz cegieł kupować i wapna, żeby go budować. Ojciec Jan Góra odegrał także ważną rolę w moim życiu, bo ja jeszcze o kulach wchodziłem do niego. On mnie nie poznał. Mówię: - Miałem wypadek, ojcze. Co mam zrobić? - A pan to kto? Czym pan się zajmuje? (A ja byłem nie do rozpoznania wtedy.) - No, ja śpiewam. Krzysztof Krawczyk. - Aha. Trudno pana... no to śpiewaj pan dalej, na chwałę Panu Bogu trzeba śpiewać. I mi ułożył całą historię króla Dawida, psalmy dziękczynne, które będziemy teraz uzdatniać, bo już je nagrałem. Już wtedy chciałem po prostu zawodowo się do tego zabrać. I nawet wbrew mojemu partnerowi, który też na takiej drodze jest, nie bardzo wie, który drogowskaz jest dobry. Ja mu ciągle mówię, że w Ewangelii kilka jest dobrych, u mnie zadziałał, może u ciebie zadziała. On mi zawsze mówi: - Ty mnie nie będziesz moralnie tego, bo ja pamiętam twoje grzeszki, byłeś jeszcze młody człowiek i daj mi że ja sam sobie zadecyduje. Ale neofici mają to do siebie, że by chcieli wszystkich nawrócić.

     ADAM:

Dobry wieczór. Witam was wszystkich w studio. Chciałbym rozmawiać z panem Krzysztofem Krawczykiem. Cześć Krzysiu. Krzysiu, jesteś dla mnie autorytetem i to, co w tej chwili usłyszałem to... myślę, że stanę na nogi, bo jestem pijany w tym momencie, ale nie tak strasznie. Ja jestem rówieśnikiem twoim. Nawet nie wyobrażałem sobie, że jesteś tak wspaniałym człowiekiem. Jestem tak samo muzykiem jak ty, tylko chciałbym ci powiedzieć, że podziwiam cię za twoją postawę. Jesteś dla mnie autorytetem. To jest miłe, staram się, ale gwarantuję ci, że mam te same problemy.

     - Ja będę prosił i obecnych w studio i tych wszystkich, którzy słuchają, żeby się modlili za ciebie.

     Ja też za was się będę modlić. Krzysiu, wszystkiego najlepszego, niech ta moja rozmowa będzie świadectwem dla wszystkich, że od dzisiaj zaczynam się nawracam.

     Daj Boże, będziemy z imienia wymieniać. W podróżach łapiemy za różaniec, za ten kulomiot.

     - Możemy kontynuować historię. Co dzieje się dalej, bo jak zwykle nie tylko dobre rzeczy się dzieją.

     Oczywiście. Jest ten plus, że zaczynamy się modlić wspólnie z Ewą, głośno. Jest ten moment, że zaczyna brakować czasu na tę wspólną modlitwę. Jest moment, kiedy ja dokładnie sobie zdaję sprawę, że nie jestem autorem pewnych bardzo kontrowersyjnych, wręcz bluźnierczych myśli, które mnie atakują, na przykład w czasie mszy, na przykład w takim miejscu jak Częstochowa, gdzie nie powinien ojciec kłamstwa mieć pozornie dostępu, a właśnie tam.

     - Przez nas ma dostęp.

     Właśnie. Stąd ten różaniec, stąd Jasiu Budziaszek, perkusista Skaldów, który w taki normalny sposób trafił do mnie przez analizowanie, przez zagłębianie się w tajemnice, które odmawiamy na różańcu. To idzie bardzo opornie, ale to jest jedyna droga. Ja kiedyś chciałem nawracać takiego kolegę z zespołu w Częstochowie i mówię: - Tu człowiek się chce ochrzcić, stary chłop. A zakonnik mówi: - Co, pan się chce nawrócić? Nich pan spokojnie się nawraca. My, zakonnicy, musimy się tysiąc razy dziennie nawracać.

     MARIA:

     Halo. Dobry wieczór. Dzwoni Maria z Głuchowa z parafii św. Michała Archanioła. Serdecznie jestem wzruszona tym, że dodzwoniłam się do studia, ale najbardziej jestem wzruszona tym, że usłyszałam w radio głos rodziny pana Krzysztofa Krawczyka. Panie Krzysztofie i pani Ewo, nie wiem jak mam wyrazić w słowach uczucie mojej rodziny, która jest zgromadzona przy radiu, a tak przypadkowo włączyliśmy. Muszę powiedzieć że to, co już niejednokrotnie słyszeliśmy w radio z pańskich ust, to jest wielkie ewangelizowanie. Panie Krzysztofie, Bogu Największemu niech będą dzięki, że pan odnalazł w swojej drodze życia wraz z małżonką Chrystusa, że On pomógł panu wejść na tę drogę, która kiedyś doprowadzi do bram nieba, do wieczności gdzie On mieszka.

     Prawda? Czy coś może być lepszego?

     Nie ma nic piękniejszego. To jest ten pałac najpiękniejszy, jaki możemy sobie tu, w życiu sobie wybudować, a otrzymać go od samego Chrystusa. I tego bym życzyła.

     Wie pani, ja muszę się bardzo odchudzać to tam tylko przez wąską bramę się wchodzi. Nie raz już miałam możliwość słyszeć pana na antenie i kiedy pan śpiewa, a śpiewał pan piękne pieśni do Matki Bożej, chyba kilka lat temu, to było wzruszające. Mój mąż, dzieci są, mimo późnej godziny nocnej, ale to nie sposób nie słuchać. Życzyłabym, żeby pańskie słowo dotarło do tych, którzy mają problemy, do tych którzy gdzieś zagubili się w życiu, a muszę powiedzieć, że właśnie pana postawa, pana śpiew i to co się słyszy naprawdę wielu sprowadza na tę drogę, na którą pan wkroczył.

     Dziękuję ślicznie, ale sam mam problemy.

     - Panie Krzysztofie, ja cały czas powracam do tego, że nie jest tak przyjemnie. Jak ten etap w pana życiu odebrali dziennikarze, muzycy, branża?

     Generalnie to, jak dziennikarze, upatrują w tym oczywiście nie tam jakiegoś nawrócenia, w większości, ja nie mówię wszyscy, bo bym był niesprawiedliwy. Jedni dopatrują się jakiejś dewiacji, że uderzyłem w głowę w kierownicę podczas tego wypadku, że coś mi się tam poprzestawiało, inni znowu że szukam poklasku. Jest dokładnie odwrotnie. Na przykład ja słyszę: - Pan manifestuje swoje uczucia religijne, to jest bardzo osobista sprawa. Ja mówię: - Widzi pan, to nie jest osobista sprawa, bo moim obowiązkiem, chrześcijanina, katolika, jest świadectwo wiary. Bo ja nie mam zamiaru później popatrzyć w oczy Chrystusowi, jeżeli będę miał tę łaskę, i On powie: - Wstydziłeś się mnie tam i teraz jak Ja będę świadczył o tobie przed Ojcem? To jest, może za mocno bym powiedział, czysty interes, bo my mamy zysk w postaci życia wiecznego. Tam jest wiecznie, a tu maksimum 80 lat, jeżeli Pan Bóg da zdrowie, żeby tyle pożyć. To jest ewidentna sprawa, że kupka popiołu się nie równa perspektywie życia wiecznego i ja chcę na to pracować, ale nie w taki wyrachowany sposób, bo mam sam problemy. Byłem lekomanem, brałem narkotyki, jeszcze od czasu do czasu mi się zdarzy mocna wódka, walczę z tym, bo to nie jest takie proste, żeby odreagować koncerty, które się śpiewa. Myślę, że w różnych zawodach jest to samo, nie tylko twórczych. To nie jest takie proste odreagować nawet pozytywne koncerty i spotkania z ludźmi. To jest napięcie. Człowiek szuka tych różowych okularów, bo przecież nie jesteśmy ślepi ani głusi jak byliśmy.

     - Ile lat to trwało? Bo był taki czas, gdy został pan wtłoczony w taką rubrykę czy szufladę... Nikt nie chciał ze mną rozmawiać. Ja przyjechałem z Ameryki, powiedziałem parę razy, że przeszedłem przymusowy kurs biblijny w szpitalu i że wierzę, że Chrystus jest moim nie tylko Bogiem i Panem, ale również Przyjacielem i Nauczycielem i Bratem, no to zaczęto na mnie dziwie patrzeć. Z mediów nikt nie wykazał żadnego zainteresowania. Teraz dzięki Bogu Dobremu i ludziom jest to zainteresowanie. Wtedy jedynym człowiekiem który się mną interesował to był Zbysiu Retkowski, który wyjął 200 000 dolarów i mówi: - Panie Krzysztofie, nagrywamy płytę. To będzie płyta taneczna, dyskotekowa, ale wszyscy pana oplują, będzie pan w kontrowersyjnej audycji pod tytułem Disco Relax. Rzeczywiście jest tam dużo idiotycznych piosenek, zupełnie się nie nadających do publicznego odtwarzania, ale jeżeli jakiś dziennikarz jest na tyle głuchy, że miesza piosenki Presleya po polsku Krzysztofa Krawczyka, lub jakieś włoskie piosenki, czy też quasi włoskie, czy dyskotekowe i on daje mi tytuł króla muzyki disco polo, to znaczy, że ta głuchota jest nieuleczalna i ja tych dziennikarzy od razu wysyłam do laryngologa, bo oni nie znają moich nagrań. Tylko dla tego, że mnie zobaczą w Disco Relaksie, który z drugiej strony zaowocował mi tym, że ja mam pełne sale, bo co niedzielę gdzieś tam przez dwa lata oglądało mnie dwa czy sześć milionów ludzi, nie jakiś patologicznie głuchych czy zakręconych osób, tylko ludzi. Być może nie na jakimś najwyższym poziomie intelektualnym, ale ludzi którzy polubili Krawczyka w tej muzyce dyskotekowej i przychodzą na koncerty, kupują płyty. To było bardzo przykre że nikt nie chciał wtedy ze mną rozmawiać.

     - Ale to była deska ratunku, prawda? Konieczność?

     To była konieczność. Nikt nie chciał rozmawiać. Piosenkarze się odzywali: - Ja wolałbym zmienić zawód niż tam występować. Ja się nie dziwię bo trudno się zachwycać piosenkami typu Teściowa klozetowa czy Kochane pieniążki, ale nie ma to nic wspólnego z piosenkami Presleya, to był taki styl.

     - A czy w środowisku teraz coś się zmieniło?

     Teraz, ponieważ ja jestem bardzo ostrożny w tych wypowiedziach, jestem tu bardzo szczęśliwy, że mogę tak normalnie o tym po prostu powiedzieć, o tych moich emocjach i nie tylko emocjach, bo to już jest stabilne uczucie, ale jest bardzo dużo osób, które się przyglądają. Ja wyczuwam w oczach, że oni się o mnie martwią że ja jestem wierzący człowiek. Tak jak bym był zainfekowany czymś. Biedny ten Krawczyk. Jeden z bardzo poważnych osób w telewizji do mojego impresaria zadzwonił i powiedział: - No patrz, Krawczyk już musi jeździć do Częstochowy i tam śpiewać. Tak jak bym był jakimś żebrakiem albo Bóg wie co. A ja tam z radością zawsze śpiewam, bo przecież nagrałem dużo takich rzeczy. To jest ciekawostka, nagrałem trzy bardzo dobrze, profesjonalnie zrobione teledyski dla programu pierwszego, Królowej Anielskiej śpiewajmy, zrobione przez chłopaków wspaniale i nie ma tego. Nie ma. Nie chcą Krawczyka w tym. Może jestem podejrzany, że rzeczywiście chcę sobie popularność budować na tym, no nie wiem. Może jestem za pozytywny w tym sensie, że wierzący. Jak ktoś jest taki pozytywny, to zawsze dziennikarz znajdzie: facet bez osobowości, nie ma co sobie nim głowy zawracać, niech on swoje gada.

     Kiedyś dziennikarz przeprowadzał z Krzysztofem wywiad, i zawsze pada pytanie o wierze, o Bogu, i Krzysztof oczywiście to co myśli opowiedział. I nie ma tego wywiadu, menedżer dzwoni: - Proszę pana, taka duża praca, kiedy to się ukaże? On mówi: - To się nigdy nie ukaże, bo Krawczyk tam za dużo o Bogu opowiadał. Są takie przypadki.

     Są redakcje, które nie chcą tego w ogóle słyszeć.

     - No niestety tak jest. W Ameryce 80 procent dziennikarzy głosuje na Clintona, także tak to środowisko wygląda. My jeszcze musimy puścić jedna piosenkę z takiego singla. Zaczął pan współpracę z nową wytwórnią.

     Nareszcie jestem we właściwych rękach. To jest Polygram Polska.

     - Tak, ale żeby tę piosenkę puścić, to musicie państwo opowiedzieć. Bardzo dużo o Częstochowie mówimy i z tym jest związana pewna konkretna historia.

     I konkretna płyta, na której nie zbankrutowaliśmy, ale i nie zarobiliśmy nic, chociaż myślałem że Matka Boża mi rentę ufunduje za to. Jak człowiek sobie dużo obiecuje, nie? Jaki człowiek jest pyszny. Myśli, że jak nagra jedną płytę Panu Bogu na chwałę, to od razu musi wszystko dostać. A tak wcale nie musi być. Myślę, że to zostanie bo to jest płyta ponadczasowa, tytuł Ave Maria, to są wszystkie, jeśli można tak nazwać, standardy. To są piosenki pisane specjalnie dla mnie, bardzo pięknie napisane przez kolegów z Poznania, przez poetów, bardzo wierzących ludzi, czuć tę emocję, miłość, uczucie. Niestety. Naród myśli chyba, że tych piosenek religijnych to trzeba słuchać tylko w kościele, a w domu może nie wypada, bo co sąsiad sobie pomyśli.

     - Ja myślę, że nie ma obiegu na takie...

     Może nie ma rynku.

     - Rynek chyba jest, tylko nie ma obiegu, nie ma tego nośnika który miałby to ludziom pokazać. Mówiliście państwo o takim momencie jazdy samochodem. Ponieważ jak tę piosenkę na koncercie śpiewacie to podnosicie do góry różaniec.

     Stąd też ta piosenka, Zawsze w drodze, która jest tytułową piosenką tego albumu. Ja, jak śpiewam ją w kościele i na koncertach charytatywnych, to mam zawsze ten różaniec na którym się modlimy i śpiewam: - Zawsze w drodze, zawsze z Tobą razem, i w tym momencie pokazuję, że ja mam w ręku różaniec. I widzę, że to robi wrażenie na ludziach, że ja mam odwagę im ten różaniec pokazać, że zawsze w drodze z Tobą Boże w imię Ojca i Syna, inaczej nie wyjadę na polską drogę, po pierwsze, że ona jest pdziurawiona, po drugie, jest dużo dewiatów i młodych ludzi bez wyobraźni. Po prostu nie jest bezpiecznie. I znowu bez Boga się nic nie zrobi, więc ja jestem o tym przekonany. Dlaczego ja uwierzyłem Jasiowi Budziaszkowi, że ten różaniec jest kulomiotem z prawdziwego zdarzenia.

     Jedziemy przez Amerykę, przez Utah, gdzie są ogromne przepaście. Wjeżdżamy na most i się kłócimy już od godziny w sposób jakiś w ogóle dramatyczny. Ja już nie pamiętam takich kłótni u nas od dłuższego czasu. Mie pamiętamy o co żeśmy się kłócili. Chyba o teściową, jak to zwykle bywa. Wjeżdżamy na ten most, który ma dwa kilometry na dół albo więcej, taki typowy most jak to czasami na filmach widać. Jest tak totalna kłótnia i ja słyszę polecenie, w trybie może nie rozkazującym, ale takim nie znoszącym sprzeciwu: - Kierownica w prawo i będziesz miał święty spokój. Nie mogę powiedzieć, że to jest głos który mówi. Dostaję takie polecenie, nie potrafię tego... I ja rzeczywiście automatycznie biorę tę kierownicę zdesperowany i Ewa krzyczy: - Jezus, Maria. Jesteśmy przy barierze. Brakowało metr żeby spaść na dół. Ja się oblałem zimnym potem: - Co to było, ale nie rozumiałem jeszcze tego. Ewa zaczęła płakać, złapała ten różaniec i zaczęła się modlić. A ja jeszcze dalej byłem widocznie dobrze namierzony przez ojca kłamstwa i jego współpracowników, bo ja nie chciałem się modlić.

     Ja mówię: - Choć się pomódlmy się. Ty mówisz: - Nie będę.

     - Sama się módl. Ona z płaczem zaczęła się sama modlić. Zaczęło to gasnąć. Ta siła różańca, to jakby się lód topił. Ja ją przeprosiłem, złapaliśmy różaniec i puściło nas dopiero za jakiś dzień lub dwa. Tak długo. Ja bardzo rzadko na ten temat mówię, bo wiedzę, że i księża za mało mówią o tym, chociaż Paweł VI tak nawoływał. Mi to Indianie uświadomili, że trzeba być naprawdę bardzo czystym człowiekiem i bardzo uważać, żeby się nie dać, bo to jest niezwykle inteligentny byt niewidzialny, który potrafi złapać przyczółki i nie puścić. Mój brat był kilka razy w domu psychicznie chorych, bo zaczął wywoływać duchy z kolegami lata temu i dopiero wyszło teraz. - Jedno zdanie pozytywne na koniec. Czego państwu życzyć?

     To jest dobre pytanie, bo ja zawsze mówię, że jestem człowiekiem szczęśliwym i spełnionym. Czego nam życzyć? Niech tak będzie jak jest, żeby nie było gorzej. Teraz mamy te trzy córeczki nowe, to znaczy chcę dziewczynom dać nazwisko, to jest moja rodzina, one są same. No i tak mam trzy córy, dorosłego syna. Niech ta rodzina sobie żyje, żebyśmy mogli realizować receptę, że szczęście jest wtedy, kiedy człowiek może dać drugiemu człowiekowi szczęście. Może to jest wyświechtane już, może nie. Nie wiem. Ta recepta działa.

     - I w ten sposób pożegnali się z państwem Ewa i Krzysztof Krawczykowie.

     Zawsze w drodze



Zapis audycji: Pocieszenie i strapienie
Radio Plus, 8 III 1999 r.


   

Uzdrowienie finansów. Jak z Bożą pomocą wyjść z długów? Uzdrowienie finansów. Jak z Bożą pomocą wyjść z długów?
Małgorzata i Wojciech Nowiccy
Jeśli chcesz uporządkować swoje finanse, albo zmagasz się z długami, których nie możesz spłacić, nie myśl, że jesteś w sytuacji bez wyjścia.

Nie martw się i nie polegaj wyłącznie na swoim rozumie. Możesz pokonać każdą trudność. Potrzebujesz jedynie podjęcia pewnej decyzji...... » zobacz więcej


Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2018 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej