Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Ksiądz Mirosław Nowosielski

"Poznacie prawdę a prawda was wyzwoli."

ROBERT:

- Witam wszystkich serdecznie, dziś moim i państwa gościem jest ksiądz Mirosław Nowosielski. Witamy.

KSIĄDZ MIROSŁAW NOWOSIELSKI:

Witam serdecznie. Szczęść Boże.

- Szczęść Boże. Proszę powiedzieć jak się zostaje księdzem.

O, to długi proces. To jest powołanie, to nie jest taka jednorazowa decyzja. Musiałbym to długo opowiadać, a tak mniej więcej... Pan Bóg jak powołuje to zaczyna od takiego prostego pragnienia, takiego pewnego zafascynowania. Byłem wtedy w szkole podstawowej. Potem mi to zupełnie przeszło, ponieważ po prostu się zakochałem. Jak byłem w szkole średniej, w drugiej klasie, jak byłem po uszy zakochany, to jak by mi ktoś wtedy powiedział, że będę księdzem to bym się uśmiał i zdziwił. Ale Pan Bóg swoje robi. Zaczęło mi przychodzić mocne wewnętrzne pragnienie, bardzo głębokie. Ja sam nie wiedziałem co się we mnie dzieje. To był taki trudny moment.

I wtedy poszedłem do swojego proboszcza i mówię: - Wie ksiądz, mam takie dziwne pragnienie, ale nie wiem co z tym zrobić. A proboszcz mi powiedział, bardzo mądrze: - Módl się dużo i przyjdź za dwa miesiące. Mówię: - Co on gada, zamiast mi tu doradzić, każe mi się modlić. No ale nic, zacząłem się modlić tak jak potrafiłem. No i przyszedłem po dwóch miesiącach i on mówi tak: - Słuchaj, dlaczego chcesz być księdzem? A ja nie wiedziałem co mu odpowiedzieć, tak mi ćwieka zabił. Mówi: - Słuchaj, przyjdź za dwa dni, tu będzie taki franciszkanin, przyjdzie ojciec zakonnik, zastanów się i nam powiesz, dlaczego chcesz być księdzem. No więc ja na drugi dzień do mojej mamy, że nie chcę iść do szkoły. Ona była bardzo wyrozumiała, wiedziała co tam się we mnie dzieje i mówi: - No dobrze, zostań w domu. Więc ja cały dzień chodziłem i myślałem, dlaczego ja chcę być księdzem i pod wieczór się załamałem. Doszedłem do wniosku, że nie wiem dlaczego, że to są moje głupie zachcianki. Mówię tak: - Pójdę na tę plebanię, przeproszę proboszcza że mu w ogóle zawracałem głowę. Zniechęcony poszedłem na plebanię, tam mnie posadzili przy stole i ten zakonnik, franciszkanin mówi: - No to co, powiesz nam dlaczego chcesz być księdzem? Ja mówię: - Przepraszam bardzo ojca i księdza proboszcza, że zawracałem głowę, bo nie umiem powiedzieć, nie wiem dlaczego. Mi się wydaje, że to jest moja zachcianka. A on wtedy wstał, podał mi rękę. - Gratuluję, mówi, właśnie dlatego. Nie wiadomo, dlaczego się jest, to jest najlepsze kryterium. Ja odwrotnie, w szok wpadłem i poczułem moc działania Bożego, ucieszyłem się, że to jest coś co lubię.

Więc pojechałem wtedy do seminarium, zgłosiłem się, bo to był marzec. Trzeba się było, oczywiście, w tych czasach ukrywać, nie daj Boże by się władza dowiedziała, że chcę iść do seminarium. Ta płeć druga mi się bardzo przydała jako kamuflaż. To się potem cały czas rozrastało. Pamiętam, że jak pojechałem i zgłosiłem się do seminarium, to czułem taki wielki pokój. Ale przyszedł moment, kiedy trzeba było wycofać papiery z SGGW, bo ja wtedy oficjalnie zdawałem na SGGW. Nikt nie mógł się domyślać, parę osób dosłownie wiedziało. Pojechałem tego dnia wycofać papiery i przewieźć do Wyższego Seminarium Duchownego na Krakowskie Przedmieście do Warszawy. Pojechałem na uczelnię, na pawilon pierwszy, jak nic to dzisiaj pamiętam, SGGW. Wchodzę, patrzę, komisja rekrutacyjna, przewodniczący profesor Moskal, mój ojciec chrzestny. Co ja mu powiem? Głupia sytuacja. Pomyślałem - Boże czy ja dobrze robię? Zobaczyłem siebie na liście zdających. Mówię: - Człowieku, co ty robisz? Tym bardziej, że ja zdawałem tylko połowę bo za olimpiadę biologiczną byłem zwolniony z egzaminu z biologii, także musiałem zdawać tylko chemię i język obcy. To była duża gratka w tych czasach, ja nie miałem punktów za pochodzenie. Mówię: - Tu mój brat studiuje, ojca wszyscy na uczelni znają, jak ja to zrobię, co ja powiem? Co ty robisz robisz, tracisz taką ładną drogę, gdzieś tam do seminarium idziesz. Więc wycofałem się od tych drzwi, usiadłem na ławce i zacząłem się modlić. Odmówiłem różaniec, wstałem, idę do tych drzwi, mówię: - Zabieram te papiery. Wchodzę, znowuż się wróciłem. Znowu usiadłem i zacząłem się modlić. Wtedy poczułem pokój. Poszedłem tam, zapukałem. Tylko modliłem się, żeby nie było tam mojego ojca chrzestnego. Na szczęście była tylko asystentka. Powiedziałem nazwisko, poprosiłem papiery, że chcę wycofać. Wziąłem przewiozłem je do seminarium. To jest decyzja, której do dzisiaj nie żałuję. Muszę powiedzieć, że jestem tak szczęśliwy ze swego powołania, ja po prostu płynę. To jest dla mnie jedno wielkie życie.

Pomyślałem: - Panie, jak ja Ci jestem wdzięczny za tę drogę. Święcenia kapłańskie były taką kropką nad i. Pamiętam, jak odszedłem od księdza prymasa i spojrzałem na swoje dłonie: - Boże, ja już jestem księdzem? To niemożliwe. Zaczęło się to życie kałańskie. To był długi proces.

- Ksiądz był proboszczem na Pradze? Bo ja znam taką anegdotę, że jak księdza stamtąd zabierano to panie lekkiego prowadzenia były u biskupa...

Zgadza się, to ciekawe, że tutaj dotarło. Rzeczywiście pojechały z petycją, żebym tam został, nawet ksiądz biskup podejrzewał, że ja je tam nasłałem. Ale ja absolutnie nie miałem nic wspólnego z ich nasyłaniem, to była tylko ich dobra wola.

- Oficjalnie dementujemy. Niestety nie udało się tej delegacji, został ksiądz przeniesiony.

Tak, dlatego, że to było rozeznanie woli Bożej. Ja się tym kierowałem, aczkolwiek z bólem serca odchodziłem, bo czułem się tam wspaniale, jak ryba w wodzie, mimo, że to był teren rzeczywiście trudny. To są też owieczki Boże i są kochane przez Pana Boga. Żal mi było od nich iść.

- Opowiedział ksiądz tę historię zewnętrzną powołania, a ja jeszcze chciałbym się dowiedzieć jak to było, kim Pan Bóg był dla księdza w podstawówce.

W szkole podstawowej zaczęła się moja przygoda. Ja do dzisiaj pamiętam Pierwszą Komunię. Ja naprawdę czułem łaskę Bożą w moim sercu. Czułem miłość Bożą. Pamiętam, to była taka dziecięca wiara. Potem mama zapisała nas do ministrantów, nawet wbrew mojej woli, w piątej klasie. Jestem jej za to do dzisiaj wdzięczny, bo wtedy coś mnie tak pociągnęło do tego ołtarza i wtedy zacząłem się zachwycać księżmi, którzy tam byli. To mi się podobało, mówiłem: - Ja na pewno będę księdzem. Ale później, jak przyszła ta miłość, to wszystko odeszło. Ale wtedy nigdy mi się Bóg nie kojarzył z kimś surowym, może dlatego, że ojciec mnie bardzo kochał, to zawsze na obraz Boga wpływa. Nigdy się nie bałem Boga, ale potem jak wszedłem w ten kryzys w szkole średniej, to mówię: - Służę do tej mszy, ale to tak pro forma, nawet wstydziłem się przed kolegami, że muszę być przy ołtarzu.

Pamiętam, jak ówczesny ksiądz katecheta zrobił pielgrzymkę do Częstochowy. Mówię: - Wyjdę przed ten Ołtarz, bo to piękna polska historia, zmówię zdrowaśkę, bo trzeba przed Matką Boską, jakiś ten szacunek człowiek zachowywał na dnie. Coś mnie tam przytrzymało, wydawało mi się, że to była minuta, a ja tam ponad dwadzieścia minut klęczałem, co mi się wtedy nie zdarzało, aczkolwiek nigdy pacierza nie opuściłem.

Mama nas dużo nauczyła. Na przykład jak był maj, to mama robiła ołtarzyk w domu i jak się nie szło do kościoła, to odmawialiśmy litanię w domu. Po drugie, rodzice nigdy nie opuścili mszy świętej. Pamiętam ich żywą wiarę, trudno oceniać, ale tradycyjną na pewno. Nawet jak na kolonie jechaliśmy to był przykaz: - Pamiętajcie, macie pójść do kościoła, a jak was nie puszczą to idźcie się pomodlić po cichu. To były różne czasy wtedy, komunistyczne. Ten moment w Częstochowie, dzisiaj rozumiem, to było działanie Ducha Świętego. Coś mnie w ten klęcznik wcisnęło, to jest irracjonalne, przeżyłem tam autentyczne spotkanie z Bogiem, także jak wyszedłem z tej kaplicy to byłem jak oszołomiony.

- Ale co jest irracjonalne?

Irracjonalne jest to, co tam się stało. Mnie jest trudno to opisać. Ja specjalnie nie chciałem się modlić, więc po ludzku to dziwne. Poczułem jak by mnie ktoś przeniknął, po prostu Duch Święty mnie napełnił. Jak wracaliśmy, to ja już byłem inaczej nastawiony do Kościoła, do wyznawania wiary. Ja chciałem w tym pociągu mówić o Panu Bogu. Aż się sobie dziwiłem: - Co ty, nienormalny?

Potem przyszła druga sprawa, która mi bardzo pomogła. To był kurs lektorski. Wtedy zobaczyłem, że to mnie ciągnie, zaczęło się moje powołanie mocno odzywać. Przed kursem lektorskim jest zawsze skupienie. Prowadził mnie ówczesny ksiądz, obecnie biskup, Zawitkowski. Tak jak on to prowadził... Ja patrzyłem na Matkę Bożą, tam było ciemno, tylko reflektor puszczony, dosłownie się spłakałem, byłem jak obuchem uderzony. Wtedy już nie miałem wątpliwości, że to jest moja droga i zobaczyłem jak mnie Bóg kocha.

Zacząłem rozumieć tę miłość Bożą. Wydawało mi się, że jestem wtedy nieźle nawrócony. Teraz uważam, że to był prymityw z mojej strony. Grzech pychy mi to przesłaniał. Jak poszedłem do seminarium, co wtedy było wielkim aktem odwagi, cała klasa mnie podziwiała, wszyscy chcieli ze mną rozmawiać. Mi to imponowało i karmiło moją pychę jak sto nieszczęść. Jak byłem po pierwszym roku seminarium, jechałem autobusem do Starej Miłosnej i tam się zaparłem Jezusa. Wyparłem się tego, że jestem wierzący. Jak ja to przeżyłem... Pan Bóg pokazał: - Nie bądź taki mocny ani taki mądry. Miałem spowiedników, którzy mi nie narzucali, ale towarzyszyli mi w tym wszystkim. Teraz sobie to bardzo cenię, wtedy byłem zły, że on mi tu nie nakazuje, nie daje wskazówek, a to było bardzo mądre. Obraz Boga to jest proces.

- Będziemy trochę skakać w czasie i przestrzeni. Rzeczą, z którą księdza kojarzę, są czuwania w kościele na Długiej. Mieliśmy tutaj różnych klientów tych czuwań, to znaczy Tomka Budzyńskiego, Malejonka i wszystkich kolegów. Służy ksiądz tam posługą. Odnowa w Duchu Świętym to jest specjalizacja, charyzmat? Co to jest?

Akurat w Odnowie w Duchu Świętym dosyć mocno jest to akcentowane. Jest to akurat specyfika tego ruchu.

- Ksiądz jest po prostu uczestnikiem tego ruchu.

Tak, ja jestem jednym z liderów krajowych Odnowy w Duchu Świętym, jestem w komisji teologicznej Odnowy w Duchu Świętym. Jestem w zespole odpowiedzialnym za prowadzenie tych spotkań na Długiej, u ojców Paulinów. To już jest pięć lat, rzeczywiście ciekawy kawałek czasu, wiele ciekawych wydarzeń, a to wszystko nie zaplanowane. Raptem, po rekolekcjach ewangelizacyjnych w Wesołej, Pan Bóg taki zespół utworzył. To był styczeń 1994 roku. Od tej pory raz w roku te czuwania tam są, msza z modlitwą o uzdrowienie. To, że Pan Bóg przyprowadzi tam Malejonka, to ja w życiu nie wiedziałem, albo Dzikiego czy Tomka. Skąd ja wiedziałem, że ich tam przyprowadzi? Ja ich osobiście nie znałem.

- Muzyki takiej ksiądz nie słuchał. Też nie słuchałem, przyznam się, że nie słuchałem. Byłem bardzo zaskoczony tym wszystkim, ale się bardzo cieszę z tego co było. Przyszedł do pierwszej modlitwy Grzesiek 'Dziki', modlitwa nad nim, nie zapomnę tego nigdy i jego pierwszej spowiedzi po 17 latach, tego co Bóg w nim czynił, jak go Bóg prowadził ku pokorze. Oni byli później na naszych rekolekcjach w Częstochowie, tzw. REO (Rekolekcje Ewangelizacyjne Odnowy), pięknie to przeszli, pięknie wzrastają. Potem wakacje, w Puszczy Augustowskiej, widziałem, jak Grzegorz wielu rzeczy nie umiał, ale myśmy mu zwracali uwagę. Normalnie jak się takiemu zwróci uwagę to się wkurza, a ten z taką pokorą to przyjmował. Ja widziałem jak go Duch Święty prowadzi.

Człowiek tego nie jest w stanie zaplanować. Dlatego uważam, że w dziele ewangelizacji to nie jest pierwsze ilość akcji, ale moje osobiste zjednoczenie z Jezusem. Wtedy jest ta możliwość rozeznawania, co czyni Duch Święty w człowieku i tego się nie da zaplanować, trzeba słuchać i iść z Bogiem. To jest zupełnie co innego jak te wszystkie inne religie.

- Poza anteną rozmawialiśmy i powiedział ksiądz coś, co zaczyna do mojej świadomości docierać, że właśnie nie te najbardziej spektakularne, najbardziej gwałtowne uzdrowienia są najgłębsze, tylko właśnie te, które przez ciężkie opory przechodzą.

Zgadza się.

- Jak ksiądz próbuje to tłumaczyć?

Są też takie nagłe, spektakularne, bo widocznie Pan Bóg ma do kogoś wyjątkowy plan w tym momencie. Ale ludzka psychika, na przykład, nie nadąża za wszystkim. Człowiek nie jest w stanie od razu zareagować, to się dokonuje powoli i według mnie to jest najgłębsze. Nawet powiem jako psycholog, bo dodatkowo jestem psychologiem, zauważyłem w badaniach, że najgłębsze zmiany w osobowości to są te, które uwidaczniają się po latach. Dlatego cechą dobrego wychowawcy jest długomyślność. Nie do razu. Dlatego ja uważam, że te nauczycielki, które cieszą się z owoców swoich wychowanków, to nie mają się z czego cieszyć, bo to są owoce tych, co w podstawówce ich kształtowali, a ich owoce inne osoby będą zbierać na studiach. Jeżeli po latach spojrzy pan na wychowawców, pamięta pan to co mówili czy to kim byli?

Osobowość to jest to, czym się żyje. A to się kształtuje powoli. Ci liderzy, którzy służą razem z nami, to był długi proces. Sam tak szedłem, ja nie miałem takich gwałtownych nawróceń. Nawet ta pani która to była i składała świadectwo, została uzdrowiona ze stwardnienia rozsianego, teraz ze mną współpracuje. Pan Bóg najpierw cały czas ciosał jej pychę. Ona zazdrościła innym, a Pan Bóg - nie, nie twój czas. Pamiętam ten moment, jak się nad nią modliliśmy, miałem poznanie: - Iza, już niedługo cię Pan Bóg uzdrowi, mam takie przekonanie. Za parę dni dzwoni pełna euforii. To nie jest zależne od kapłana czy człowieka, trzy świeckie osoby się modliły. Duch Święty się posłuży tym, kim będzie chciał.

- Ten okres, o którym ksiądz mówi, to osiem lat.

Tak, od pierwszego pociągnięcia ku miłości Bożej, chociaż to była osoba praktykująca, chodziła co niedzielę do kościoła, ale od tego, że ktoś chodzi w niedzielę do kościoła i odmawia pacierz do tego chrześcijaństwa pełnego, to jest długi proces. Może to bulwersujące dla niektórych, ale takie jest działanie Boga.

- Zakończyliśmy historię duchową księdza w seminarium i tym zaparciem. Jak wpływa na księdza wzrastanie to, że znalazł się ksiądz w Odnowie?

Do Odnowy to przystąpiłem będąc klerykiem, to bardzo zaowocowało później. Jak poszedłem do parafii, a trafiłem do Wesołej koło Warszawy, to od razu zaangażowaliśmy się, brat mi bardzo pomagał, jeden i drugi, w rekolekcje w Bieszczadach. Jak wróciliśmy, zaczęła się tworzyć wspólnota. Pierwsze rekolekcje ewangelizacyjne w ferie. Jak ja widziałem co się dzieje, to oni mówią, że się nawracją, a ja myślałem, że ja się bardziej od nich nawracam. Pan Bóg przychodził z bardzo dużą łaską wizualną. Otworzyli się na dar języków i uzdrowienia były, szczególnie mocne wewnętrzne uzdrowienia. Zaczęliśmy praktykować tę modlitwę, ale jednocześnie widziałem, jak mnie Pan Bóg obdziera z pewnego patrzenia.

Ja z taką gorliwością podszedłem, jak ktoś na religię nie przyszedł to ja zaraz za rower i do domu biegłem do niego: - Czemu na religii nie jesteś? Do jego rodziców: - Czemu państwo do kościoła nie chodzicie? Wtedy wydawało mi się, że robię dobrze, teraz wstydzę się tego. To jest wchodzenie w miejsce Pana Boga. Ja robiłem ten błąd, który robi mnóstwo rodziców. Np. córka wyjeżdża na oazę, albo ktoś jechał na rekolekcje Odnowy. Wraca z wakacji: - Byłaś na oazie powinnaś być lepsza. A ja się zapytałem: - Gdzie jest napisane, że ona powinna być lepsza? Właśnie może jest bardziej rozregulowana, bo zaczyna dotykać jej grzechu. Wtedy stan tego człowieka wydaje się gorszy, a to nie znaczy, że się nic nie dokonuje. Ja też tak mówiłem: - Jesteście młodzieżą, chodzicie na spotkania modlitewne, powinniście dawać świadectwo, być grzeczni, układni... O, Boże. Faryzeizm w pierwszym wydaniu. Pan Bóg przychodzi do człowieka niedojrzałego na jego poziomie i do mnie też tak przychodził i posługiwał się tym. Zacząłem widzieć, że w sakramentach to się dokonuje.

Czasami miałem dar poznania, nie zawsze. To nie ode mnie zależne. Siedziałem w konfesjonale i widziałem kolejkę ludzi, te wielkie spowiedzi jakie są przed świętami. Spojrzałem na jedną osobę i Pan Bóg mi pokazał jej grzech. Dopiero się zorientowałem jak ona uklękła, ja już wiedziałem co ona powie.

Wiedziałem dlaczego - ja w ten sposób byłem przygotowywany jak do niej trafić. Zobaczyłem, że to jest działanie Ducha. Potem widziałem jak się przygotowywałem do kazań. Te, w których teologii najwięcej było, okazało się, że nie trafiają. A tam, gdzie ja się więcej pomodliłem, rozeznałem słowo, wydawało mi się że jest kiepskie, a jednak trafiło. Ja miałem dobre chęci, byłem nadgorliwy. Mi się wydaje, że sporo ludzi niechcący niestety cofnąłem, pewnie będę ich w czyśćcu przepraszał. Ale tak było.

Moja wiara się rozwijała. Zrozumiałem, że tak działa szatan, że jak nie może odciągnąć mnie od dobrego dzieła to mnie popycha: - A zmęcz się. Ja już byłem zmęczony. O co innego chodzi. Pan Bóg wyraźnie mi pokazywał: - Ja chcę ciebie dla ciebie samego, nie dla twoich akcji. Dopiero zrozumiałem: - A skąd ja wiem? A może Pan Bóg chce, żeby ten człowiek, który mieszka pod kościołem i nie chodzi na msze, ma się nawrócić np. za 20 lat? Jak ja śmiem wchodzić między niego a Pana Boga? A ja tak wchodziłem.

A jeszcze przyjechał taki protestant... Proszę źle nie zrozumieć, bardzo kocham braci protestantów. To był jakiś pomocnik pastora, czy jakoś tak, i mówi do mnie: - Źle robicie, powinniście chodzić w porę, nie w porę po domach, mówić. To nie są chrześcijanie, co mówią, że są wierzący, a nie chodzą do kościoła. Ja tak podpuszczony przez niego zacząłem tak robić. Jakie ja miałem prawo? Zobaczyłem jaki ja sam jestem wielki biedak. To nie oni są biedni tylko ja. Poszedłem do kościoła i mówię: - Panie Jezu, jak ja Ci przeszkadzam w tej parafii. Ja jestem Twoim dzieckiem, powołanym przez Ciebie a tylko rozwalam robotę. Takie mnie głupie myśli nachodziły. Kiedyś pokłóciłem się z kimś, okropnie. Z bólem o sobie myślałem: - Boże, ja, ksiądz się kłócę, jak ja mogę. Co z tym zrobić? Ja nie mam w ogóle pokory. Zacząłem się modlić. Akurat wtedy czytałem Dzieje Chrystusa. Po tej modlitwie zacząłem go czytać. Nagle ten tekst mnie przeszywa. "Analizując mękę Chrystusa ma się prawdziwą lekcję pokory". To była dla mnie odpowiedź. To ja zaraz Drogę Krzyżową odprawiłem i zacząłem rozumieć. Tak, nie w tym rzecz. Więcej zrobię dobrego w parafii jeżeli zamiast chodzić po tych domach będę się modlił. Dopiero, niestety, po ośmiu latach kapłaństwa na to wpadłem, głupio mówić, że więcej da moja regularna spowiedź poza mszą. Ogłosiłem, że we wtorki od szesnastej zawsze siedzę w konfesjonale. Przez pierwsze dwa miesiące modliłem się na różańcu. Ktoś sporadycznie przyszedł, z moich stałych penitentów. A potem zaczęły przychodzić osoby, zacząłem mieć komplet. zobaczyłem, że Pan Bóg sprowadza ludzi, którzy w ogóle do kościoła nie chodzą. Ktoś komuś powiedział: - Jest okazja w ciszy się wyspowiadać, nikt cię nie będzie widział, możesz zaryzykować. Gdybym ja to od początku robił to bym chyba z pół parafii przeorał. Ale późno na to wpadłem. Rzecz w słuchaniu, co mówi Bóg.

- Słuchacze pytają kiedy te czuwania na Długiej są.

To jest noc przed drugą niedzielą miesiąca, o 21 w poprzedzającą sobotę.

- Poza anteną rozmawialiśmy przed chwilą o sutannie, jako narzędziu ewangelizacji.

Rzeczywiście. Jakoś jestem do tego przekonany, aczkolwiek wielu świeckich mówi, że to nie soborowe. Ja się z tym nie mogę zgodzić, bo ja w żadnych dokumentach Kościoła nie spotkałem, że mam zrezygnować z sutanny. Nie jestem tym zniewolony, bo jak trzeba to pójdę bez sutanny, ale źle się czuję bez sutanny. Uważam, że skoro to ślubowałem, to jestem temu wierny. Do kina tylko nie pójdę w sutannie, chociaż jeszcze zależy na co. Kiedyś sztywniałem, teraz mi to zupełnie nie przeszkadza. Przyuważył mnie taki konduktor, jak jeździłem Warszawa-Lublin na studia, sprawdzał bilety i zapamiętał księdza. Lubię sobie siedzieć w pociągu. Wsiadłem na Zachodniej a on przybiegł do mnie i mówi: - Ja tu księdza zamknę w przedziale, bo tu potem Ruscy wejdą na centralnym czy na wschodnim, to będzie księdzu niewygodnie. Ja mówię: - O co mu chodzi? Wszedłem do przedziału a on mnie kluczem zamknął. Wjeżdżamy na centralny, pukają w szybę, ja rozkładam ręce: - Idźcie do konduktora, ja tu nie jestem panem sytuacji. To samo na wschodnim. Przejechaliśmy wschodni, przyszedł konduktor i mówi: - Ja mam do księdza taką sprawę. - Co on chce, bilety sprawdzić, czy co? Nie przyszło mi to do głowy. A on mówi, że on chciałby się wyspowiadać. A więc mnie szczęka opadła, mówię: - Panie Jezu, chwała Ci za to. Ukląkł, odbyliśmy sakramencik, pomodliłem się nad nim. Tam jakieś dwie osoby z ciekawością zoologa się przyglądały przez szybkę, mimo żeśmy zasłonili firankę, to tam była przerwa. Potem wyszedł, otworzył, wpuścił ludzi i koniec, pojechaliśmy. Jedziemy tym pociągiem. Nie wiem, co Pan Bóg z nim zrobił, zrobił swoje.

Jedziemy, w końcu jakaś pani się odzywa na temat: - Co wy, księża, robicie. Wtrącacie się w ludzkie sumienia. Ja mówię: - Ja wtrącam się w ludzkie sumienia? Przecież mnie pani pierwszy raz w życiu widzi, skąd pani wie? A ona mówi: - Tak spowiadacie, po co mnie spowiedź, ja sama Panu Bogu powiem grzechy. Mówię: - Być może. A ona: - Ale właściwie po co? Jak ja dobrze pracuję, uczciwa jestem, działam społecznie, to nie mam grzechów. Zaczęliśmy o tym grzechu dyskutować. Wreszcie mówię: - Wie pani co, a co jest najgorszym grzechem według pani? Ona mówi: - Morderstwo. Ja mówię: Co pani opowiada? Jest jeszcze gorsza rzecz. Ona: - Jak to gorsza, już nie ma gorszej. Ja mówię: - Najgorsze to jest pycha. To nie jest wydarzenie tylko to jest stan, i z tego stanu się rodzą te wszystkie rzeczy, co pani mówi. Pani ma taką pychę jak ja, tym się nie różnimy, tylko tym, że pani jej nie dostrzega, a ja dostrzegam. Ona codziennie z człowieka kiełkuje jak chwasty. Jak pani codziennie nie będzie tych chwaścików wyrywać rachunkiem sumienia i regularną spowiedzią, to pani dżungla wyrosła, i jedna spowiedź w roku to może pani tam jedno drzewo wyciapie. To jest dżungla, a światełko Boże się tam musi przebijać. Tak dusza pani wygląda jak pani lekceważy spowiedź. Uniosła się bardzo. Ja mówię: - Jak pani się ze mną nie zgadza, niech pani pozostanie przy własnym poglądzie. Spytała mnie pani, to pani odpowiedziałem.

Kiedyś chodziłem po kolendzie, z Biblią. Nad niektórymi się pomodliłem i otworzyłem takie Słowo, że wypisz wymaluj do jego sytuacji życiowej. Ale to nie wszędzie, tam gdzie czułem. Także ta sutanna działa bardzo. Niektórych denerwuje, to trudno, niech denerwuje. W końcu mam prawo do swojego miejsca w tym społeczeństwie. Trochę ubolewam jak widzę, że zaczyna to w Polsce zanikać. To jest sacrum, a kapłan to nie jest zawód, jak to dzisiaj słyszałem w Tok Radio, gdzie była dyskusja, że to jest zawód. To nie jest zawód. To jest powołanie, to jest coś więcej niż zawód. To nie jest żadne wyróżnianie się, bo wręcz tyle chamstwa co się spotyka teraz to ja mniej chamstwa spotykałem za komunizmu. Nie jestem przeciwnikiem nikogo, ale muszę przyznać, że Gazeta Wyborcza znacznie się przyłożyła do tego obrazu kapłana. Nie wiem po co tak publicznie to wszystko ferować.

- Myślę, że Gazecie Wyborczej bardzo sekundowało Nie.

Nie to jest pozadyskusyjne. Bo z Gazetą można jeszcze dyskutować, bo ma prawo mieć inny pogląd. Mi to nie przeszkadza. Ja zawsze tłumaczę. Kiedyś jeden pan kupił Nie w kiosku, przy mnie. Ja do kioskarza mówię: - Wie pan, że się ludzie nie wstydzą tego kupować. A on mówi: - Są różne stanowiska. Ja mówię: - Prosze pana, mogą być różne, tak jak Trybuna. Natomiast kiedy ja z panem dyskutuję i pan uważa, że ten długopis, który trzymam, to jest pies nie długopis, to ja szanuję i nie mam zamiaru panu tego narzucać. Natomiast z chwilą, kiedy pan nie mówi, że to jest pies tylko pan mówi, że ja jestem głupi, to pan mi ubliża. I to jest ta różnica między Trybuną a Nie.

- Jeszcze jedna historia, o której rozmawialiśmy poza anteną, dziejąca się we Francji. Wracałem z Londynu przez Francję do Nicei, do mojej krewnej. Jej mąż był niewierzący, ale jego dzieci chodziły do kościoła. Siedzimy tam i moja kuzynka przychodzi do mnie, bo miała wypracowanie o sensie życia. No to jej zaczynam mówić, jak ja to rozumiem. I nagle ten mąż się wtrąca w rozmowę. Poczuliśmy takie działanie Ducha. Zaczyna mówić jak to jest z Panem Bogiem, on był w Watykanie, tam Pana Boga nie znalazł. Zaczęliśmy dyskusję kim jest Bóg. On mówi, że będzie Go szukał. Potem jak on poszedł strzyc trawę, to moja krewna mówi: - Słuchaj, ja od ślubu nie mogę z nim tego tematu poruszyć. A byli chyba dwadzieścia lat po ślubie. Mówi: - Nigdy nie chciał rozmawiać, co się stało, że on z tobą zaczął o tym rozmawiać? To było działanie Ducha. Tego się nie da zaplanować. Dlatego, jak ktoś mówi: - Niech ksiądz z nim pogada, niech ksiądz nawróci... to nie.

Pamiętam sytuację, kiedy przyszłą do mnie matka z synem, który był w drugiej czy pierwszej klasie. Taka stanowcza mówi: - Niech ksiądz coś mu przetłumaczy, bo on przestał w niedzielę do kościoła chodzić. Jak ona takim tonem mówi, to ja już zrozumiałem, dlaczego on przestał chodzić. Ja pytam: - Proszę panią, dlaczego on ma do tego kościoła chodzić? Ona: - Niech ksiądz mu wytłumaczy. - Ale niech pani powie dlaczego, on to musi zrozumieć. Ona mówi: - No jak to, przecież taka tradycja, tak trzeba, bo tak przykazanie mówi. To ja mówię: - Właśnie dlatego on nie chce chodzić do kościoła. Mówię do niego: - Słuchaj, Jarek. Ja cię rozumiem, że się buntujesz, bo mnie ta motywacja też by nie wystarczała. Jak ona na mnie spojrzała, to myślałem, że mnie tym wzrokiem zabije. Ale ja rozumiem jej intencje, ona miała szlachetne intencje. Tu nie o to chodzi, że miała złe. Ale mówię do niego: - Wylanie dziecka z kąpielą to też nie jest dobry pomysł. Nie zmuszaj się, jeśli masz tylko dla tego chodzić, że ci przykazanie każe, to rzeczywiście kiepska motywacja. Natomiast zastanów się, dlaczego tak jest? Jak chcesz, mogę ci pomóc. Poczytaj co to jest Eucharystia, co to jest Pascha. To nie jest kwestia obowiązku, to jest zupełnie coś innego. Wtedy dokonasz decyzji, przestaniesz albo będziesz chodził. Ona się wkurzyła strasznie. Wie pan do czego doszło? On zaczął chodzić, a ona przestała, bo się na mnie obraziła. Była to dla mnie przekomiczna sytuacja. Zacząłem się za nią więcej modlić. Mówię: - Panie Jezu, ja nie chciałem jej odpędzić, ale jeżeli taką miała motywację, to rzeczywiście w duszy była gdzie indziej. To ją zmusiło do myślenia. Nie wiem co się z nimi teraz dzieje, jak to wygląda.

Pan Bóg ma różne metody. Kiedyś się posłużył moim wywróceniem się. Wyszedłem od księdza Prymasa, z Miodowej. Tam jest przystanek, a było tak ślisko. Szedłem tak i wiuuuu... się wywróciłem, tak w tej sutannie poleciałem, w tym płaszczu, w tym wszystkim. Tak jakaś pani: - Ksiądz i się wywrócił? A ja: - A co to, ksiądz się nie może wywalić, czy co? - mówię do niej. Jestem taki jak pani. I kiedyś trafiłem na tę panią właśnie na czuwaniach na Długiej. Przyszła i mówi, że to był dla niej taki moment zastanowienia. Byłem zdziwiony, Bóg się wszystkim posłuży. Pytają, czy teraz chodzi do kościoła mniej ludzi, czy więcej. Ja widzę, że ci co kiedyś chodzili, to nie chodzą, a inni przychodzą. Bóg działa niezależnie od nas. My mamy robić, co należy do nas. Jestem daleki od oceniania czy ten jest gorszy czy tamten. To ocenianie, że nie chodzę do kościoła, bo tamci przychodzą, żeby się pokazać jakie to najnowsze futro kupili. A wara nam od oceniania. Może tą drogą Bóg chce się posłużyć, może dzięki temu że kupił nowe futro i poszedł się pokazać to usłyszy Słowo Boże? Kto to wie?

- Rozmawialiśmy o bardzo wielu rzeczach, rozmawialiśmy też o sakramentach, ale jest taki sakrament, którego potoczne rozumienie jest nieco skrzywione. Myślę tutaj o skaramencie namaszczenia chorych. Pierwsze co chciałem powiedzieć to ostatnie namaszczenie.

To pokutuje, bo przez całe lata tak był używany. Bogu dzięki, że Sobór wrócił do istoty tego sakramentu. Ja często się posługuję sakramentem chorych, aczkolwiek wielu osobom ciągle się to ze śmiercią kojarzy. Niektórzy myślą, że przyjście księdza to już jest śmierć, bo tak było, że przed śmiercią wzywano. Pojechaliśmy do takiej pani, co miała bardzo wysokie ciśnienie, bała się, że coś z nią będzie. Pomodliliśmy się nad nią, udzieliłem namaszczenia chorych. Lekarz już był wezwany, gdy przyjechał, stwierdził, że ona ma normalne ciśnienie. Pan Bóg ją dotknął w pewnym momencie. Jest to sakrament uzdrowienia wewnętrznego, ale i fizycznego. To jest działanie Boże. Ta rzeczywistość sakramentalna to jest coś niesamowitego, nie zawsze dzisiaj rozumiana. - Bardzo wiele ksiądz opowiada o rzeczach cudownych, które się gdzieś w okolicach zdarzyły. Być może patrzę przez własne doświadczenia i one w żaden sposób nie są miarodajne, ale czy nie ma czegoś takiego jak znużenie tym, zużycie? Cud nie jest po to, żeby był cudem, tylko on czemuś konkretnemu służy. Zależy jak się na to patrzy. Dla mnie cuda nie są celem, dla mnie celem jest moje zjednoczenie z Chrystusem, medytacja, kontemplacja, różaniec, trwanie przed Panem Bogiem. Ja mam takie duże pragnienie tego, że jak ja zaniedbam modlitwę, to już się źle czuję, ciągnie mnie, żeby się wyciszyć i porozmawiać z Jezusem. To jest moje życie, a przy okazji te rzeczy się dzieją. Natomiast gdyby ktoś to absolutyzował, na przykład szukał sensacji, to rzeczywiście by mu to się znudziło, i całe szczęście. Chrześcijaństwo to nie jest koszenie trawy. Tu coś wcisnę, to się coś stanie. Trzeba zrozumieć naszą postawę naszego pokornego nawracania się, jedności z Jezusem. Wiele osób, które przyjeżdżają na nasze czuwania, wyjeżdża zawiedzionych. Kiedyś taki student z Lublina. Przyjechał na czuwanie, a miał wielkie oczekiwania. Wracał wściekły, napisał sobie w swoim zeszycie: - Najbardziej denna modlitwa o uzdrowienie jaką w życiu widziałem. Ja mówię: - Chwała Ci, Panie, jak się szukało bałwochwalstwa, to niech ma swoją wściekłość. Po powrocie zobaczył, jak go Pan Bóg przez Eucharystię podotykał, tylko on tego tu nie czuł. Wrócił za miesiąc ze świadectwem czego Pan Bóg w nim dokonał, a wydawało mu się, że nic. Wszelkie absolutyzowanie charyzmatów, osób, ma posmak sekciarski, trzeba się przed tym strzec. To wszystko temu towarzyszy, ale nie jest celem.

Ja od momentu powołania nie miałem kryzysu tego, że mam być księdzem. To jest łaska, bo to jest żadna moja zasługa. Ja jestem tak samo pyszny i grzeszny jak wszyscy. Niedawno jeszcze jednej rzeczy się nauczyłem. Zobaczyłem, że poczucie humoru, które mi się zaczyna rodzić, to jest objaw nawrócenia. Poczucie humoru to nie jest sprawa humoru, tylko sprawia wiary, nie udało się, przecież Bóg działa, to jest ode mnie niezależne. Nie ma co robić tragedii, jak coś nie wyjdzie, spóźnimy się na pociąg. Ta osoba, co się spóźniła na samolot co rąbnął tutaj, chyba nie narzeka z tego powodu, a wiem, że była wściekła. Nigdy nic nie wiadomo. My mamy zadanie być zjednoczeni z Jezusem. Najwięcej nadziei daje mi wyciszenie się, adoracja Najświętrzego Sakramentu, nie gadanie tylko tracenie się dla Jezusa.

Najistotniejsze jest prowadzenie człowieka ku wolności, ku samodzielności, ku niezależności. Frossard kiedyś spytał Papieża, co by powiedział, gdyby miał skrócić chrześcijaństwo do jednego zdania. I ten dziennikarz myślał, że Papież powie: - Miłujcie się, a Papież powiedział: - Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli. Tym wszystkim, którzy myślą, że połknęli teologię, że są naprawdę praktykujący i wierzący, że codziennie odmawiają paciorek, do kościoła chodzą, dzieci dobrze wychowują...

- Co samo w sobie nie jest złe.

Ja tego nie krytykuję. Jeśli myślą, że już poznali prawdę, to myślę, że warto tu się zweryfikować. Pytać się. A jeśli ktoś tego nie widzi, to niech prosi Jezusa o nawrócenie. Bo jeśli się o coś nie prosi, to się nie otrzymuje. Bóg tak nas kocha, że nawet jak my chcemy zrobić głupstwo to On to dopuści. Poznacie prawdę a prawda was wyzwoli.

- W ten sposób pożegnał się z państwem ksiądz Mirosław Nowosielski, myślę, że nie był ostatni raz u nas w Pocieszeniu i strapieniu...

Bardzo chętnie jeszcze tu przyjadę.

Zapis audycji: Pocieszenie i strapienie
Radio Plus, 13 I 1999 r.


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej