Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
św. Jan Sarkander

(1567 - 1620)


     Wśród świętych i błogosławionych polskich o imieniu Jan, ten zajmuje miejsce wyjątkowe. Reprezentuje, nie jak pozostali, późne średniowiecze, ale czasy nowożytne i jest dlatego w historii rozpoznany dokładniej, bardziej szczegółowo. Mimo to przez ogół wiernych mało jest stosunkowo znany, czczony zaledwie na obrzeżach, na ziemi, z której się wywodził, ale z której wywędrował potem na Morawy. A przecież - jak pisze jeden z jego zasłużonych biografów - "winna go znać i kochać cała Polska, z którą łączyły błogosławionego męczennikapochodzenie, język pobratymczy i tak wybitna miłość naszego narodu i naszych świętości".

     Urodził się 20 grudnia 1567 r. w Skoczowie nad Wisła, w czsach niespokojnych, gdy przez kraj przeciągały wojska Maksymiliana, zdążającego dla zdobycia tronu polskiego. W miasteczku rozwielmożniałsię wtedy protestantyzm, dlatego chrzczono go nie w dawnym kościele parafialnym bo ten zagarnęli innowiercy, ale w małym kościółku, nazywanym szpitalnym.

     Urodziła go Helena z Góreckich, która po śmierci pierwszego męża Welczowskiego z Przybora na Morawach, poślubiła Grzegorza Macieja Sarkandra ze Skoczowa. Była szlachcianką, a tymczasem nazwisko Sar-kander było zhellenizowanym przekształceniem niemieckiego Fleischmann, co odpowiadało ówczesnemu obyczajowi, szeroko rozpowszechnionemu w Europie.

     O tym Grzegorzu Macieju Sarkandrze wiele nie wiemy. To pewne, że z drugiego małżeństwa Heleny na świat przyszło czterech synów: Wacław, Paweł, Mikołaj i Jan. Dwaj ostatni mieli zostać kapłanami, co rzutuje na religijną atmosferę domu i pozwala domyślać się głębokiej pobożności u matki licznej rodziny.

     To także pewne, że po urodzeniu wspomnianych synów matka owdowiała po raz wtóry i wychowywać ich musiała sama. Dalszy pobyt w Skoczowie temu wychowawczemu dziełu nie sprzyjał. Miasteczko opanowane było przez protestantów, nie było też tam zapewne dostatecznych środków na utrzymanie licznej rodziny. W tej sytuacji wdowa razem z dziećmi przeniosła się do Przybora, gdzie jej syn z pierwszego małżeństwa, Mateusz Welczowski, był już dobrze zadomowiony. Zamieszkała wtedy przy rynku miasteczka, w domu, który zachował się do naszych czasów.

     Jan zaczął wtedy uczęszczać do szkoły zorganizowanej przy miejscowej parafii. Zachowały się nazwiska nauczycieli, działających w tej szkole: Alberta Kunowita oraz Jana Zielinki.

     Gdy miał piętnaście lat, matka wyprawiła go do Ołomuńca. Uczęszczał tam do szkoły prowadzonej przez jezuitów. Nie wydaje się, by mieszkał w ich konwikcie, wiemy jednak, że zapisał się do prowadzonej przez jezuitów sodalicji mariańskiej.

     W 1597 roku przeszedł do akademii ołomuniec-kiej. Przez trzy lata studiował na niej filozofię. Zachowały się z tego czasu jego listy, pisane po łacinie lub po czesku, zawsze w dobrym stylu i pełne głębokiej myśli.

     Z końcem kwietnia 1599 r. Ołomuniec nawiedziła groźna epidemia. Zmusiła ona jezuitów do zamknięcia szkół. Czy Jan powrócił wówczas do Przybora? Wiadomości o takim powrocie nie mamy. To jednak pewne, że w kwietniu 1600 r. widnieje już jako student, przyjęty do "Domu ubogich" w Pradze. Przeszedł stamtąd do konwiktu św. Wacława, kierowanego także przez jezuitów.

     W maju 1602 r. zdobył stopień bakałarza nauk filozoficznych, a w roku następnym doktorat. Wolno przypuszczać, że wówczas skrystalizowało się jego powołanie kapłańskie.

     Studia teologiczne rozpoczął we wrześniu 1604 r. w Gracu. Zamieszkał w konwikcie fundowanym przez arcyksięcia Ferdynanda i znów zapisał się do sodalicji, kierowanej przez tamtejszych jezuitów. Studia uwieńczył doktoratem.

     Święcenia z rąk biskupa sufragana przyjął w Ołomuńcu w marcu 1609 roku. Do pracy duszpasterskiej zaprawiał się w Opawie u boku swego brata Mikołaja, który był tam proboszczem i dziekanem. Zachowały się z tego czasu listy, pisane do oficjała w Ołomuńcu. Ks. Jan zdawał w nich sprawę ze stanu parafii. Wiemy stąd, że cierpliwie pouczał, a nie jątrzył, umacniał owczarnię we wierze i przestrzegał, ale zbłąkanych nie potępiał i w epitety nie opatrywał. Zdobył sobie dzięki temu duże poważanie u wiernych. Ale już w czerwcu 1609 r. powołano go na placówkę do wsi Chorwaty, położonej między Ołomuńcem a Kromieryżem.

     W tym samym roku przeniesiono go do Unczowa, gdzie mieszkało wielu utrakwistów. Wkrótce potem na terenie Czech rozgorzała walka między zwolennikami cesarza Rudolfa II, a protestantami i licznymi katolikami, którzy opowiadali się za kandydaturą arcyksięcia Macieja. Mikołaj, brat Jana, należał do pierwszego stronnictwa. Gdy zdołał ujść przeciwnikom, ci zwrócili swą złość przeciw Janowi i uwięzili go w Kromieryżu. Na tamtejszym ratuszu czy raczej w jego lochach przebywał ponad pół roku.

     Pod koniec 1610 roku otrzymał probostwo w Zdunkach, które chlubiły się nie tylko starą katolicką parafią, ale także gminą braci morawskich, liczniejszych aniżeli wierni "starej wiary". Jan pracował tam gorliwie, a w 1611 r. zorganizował misje, na które ściągnął kaznodziei jezuickich.

     Ta gorliwa działalność sprawiła, że niebawem przeniesiono go na parafię w Boskowicach, miasteczku położonym na zachód od Ołomuńca. I tam zorganizował misje, dzięki czemu pięćdziesięciu innowierców powróciło na łono Kościoła.

     W maju 1616 r. biskup Dietriechstein z Ołomuńca powierzył mu z kolei parafię w miasteczku Holeszów. Od dawna silną była tam gmina braci czeskich, potem na scenę wystąpili także inni protestanci, którzy przez długi czas zarządzali parafią. Dopiero w 1614 r. Władysław Popiel Lobkowic, nowy właściciel Holeszowa, zdołał odzyskać miejscowy kościół i przywrócić w nim kult katolicki.

     W dwa lata później proboszczem został tam czterdziestoletni Jan. Od instalacji nowego duszpasterza nie minął rok, a już dwustu pięćdziesięciu protestantów powróciło do Kościoła. Nie powróciły jednak ani księgi parafialne, ani dane dotyczące świadczeń na rzecz kościoła. Wyłoniły się stąd kłopoty, spory i urazy.

     Był to zresztą czas, w którym wyraźnie zbierało się na burzę. Rozpętała się w końcu 1618 roku, trwać zaś miała przez całe trzydziestolecie. Zapoczątkował ją bunt zjednoczonych panów protestanckich, którzy ogłosili detronizację Ferdynanda II, a na jego miejsce obrali elektora palatynatu Nadrenii. Niemal równocześnie uwięziono biskupa ołomunieckiego i członków kapituły, a jezuitów wydalono z miasta. Podobny los spotkał wielkorządcę Moraw. Nie cofano się przed prawdziwym obrazoburstwem i świętokradztwami.

     W tej sytuacji paraf ianie Holeszowa uprosili Jana, aby uszedł i schronienia szukał na obczyźnie. W czerwcu wspomnianego roku zebrał więc parafian w kościele i odprawiwszy Mszę św. pożegnał się z nimi, powierzając ich opiece sąsiadów, którzy mogli się czuć nieco bezpieczniejszymi. Potem ruszył pielgrzymim szlakiem do Częstochowy. Przez jakiś czas mieszkał tam u paulinów. Poczucie obowiązku, jaki nakładał na niego urząd proboszcza, nie dawało mu spokoju. Chciał się więc wywiedzieć, co też dzieje się w opuszczonej owczarni. Przybył tedy do Rybnika, gdzie miał krewnych i skąd łatwiej było o zasięgnięcie języka. Wieści, które nadeszły z Moraw, nie były pocieszające. Niepokoje trwały nadal, a wrogowie nie próżnowali. Gorliwy pasterz postanowił tedy zrezygnować z beneficjum i urzędu. Niech proboszczowanie obejmie ks. Samuel Tuczek, dotychczasowy wikary; będzie może dla protestantów mniej kontrowersyjny i dzięki temu zdoła zaradzić pilnym potrzebom parafian.

     Posiadamy list tej treści, datowany w Rybniku 22 października 1619 r. Nie zachowała się niestety odpowiedź na tę propozycję rezygnacji. Wiemy jednak, że nie została ona przyjęta, bo pod koniec listopada ks. Jan był znów w Holeszowie. Teraz działać mógł wyłącznie w kościele i na plebanii. Przetrwał tak do początków lutego.

     Lotem błyskawicy rozeszła się wtedy po Morawach wieść, że do kraju wtargnęły wojska polskie. W rzeczy samej na wezwanie Ferdynanda II przybywały mu z pomocą zaciężne oddziały sławnych Lisowczyków. Nie postępowały one z galanterią. Po większej części żyły z rozboju, a z prawdziwymi lub domniemanymi wrogami obchodziły się bez ceregieli.

     Na wieść o ich pochodzie ks. Jan zgromadził wiernych w kościele, potem zaś wyszedł procesjonalnie Lisowczykom na przeciw, niosąc Najśw. Sakrament. Widząc, że do czynienia mają z katolikami, błędni rycerze pozsiadali z koni, oddali cześć Najśw. Sakramentowi i zdecydowali oszczędzić miasteczko, w którym - jak sądzili - kwitnie kult katolicki.

     Tak to dzięki Janowi Holeszów ocalał, ale po przejściu Lisowczyków to ocalenie stało się solą w oku protestantów. Co było niewątpliwą zasługą dla miasta, to teraz przedzierzgnąć miało się w pretekst do oskarżenia i skazania na okrutne męki.

     Proboszcza posądzono o zmowę i spiskowanie z Lisowczykami. Nakazano więc jego aresztowanie i postawienie przed sąd. Przez parę dni przebywał jeszcze na zamku Towaczowskim, potem ujęto go ,w drodze i doprowadzono do Ołomuńca. Zakutego w kajdany wtrącono go do lochu.

     W dniu 13 lutego rozpoczęto przesłuchanie. Pytano o to, jakim sposobem sprowadził Lisowczyków do kraju. Gdy odpowiedział, że nic o tym nie wiedział, pośród zniewag i obelg dano mu dzień do namysłu. Wieczorem 14 lutego powtórzono pytania, potem zdarto z niego odzienie i wzięto go na tzw. skrzypiec, okrutną torturę rozciągania ciała. Męczono go tak przez godzinę, a tymczasem niewinny kapłan modlił się głośno własnymi słowami oraz wersetami z psałterza. Potem przypiekano mu jeszcze boki rozpalonymi pochodniami.

     Po raz trzeci "sędziowie" zebrali się w dniu 18 lutego. Byli wtedy nie tylko opanowani nienawiścią do kapłana, ale także pijani winem. Tym razem Jana pytano także o to, co Lobkowic miał mu wyjawić na spowiedzi. Odpowiedział przywołując na pamięć sigillum confessionis, świętą pieczęć zabezpieczającą tajemnicę spowiedzi. Rozciągnięto go wówczas na katowni, a głowę ściśnięto żelazną obręczą. Jak poprzednio, tak i teraz głośno się modlił. Potem oblepiono go jeszcze pierzem maczanym w oliwie, smole i żywicy i pierze zapalono. Stał się w ten sposób żywą pochodnia. Po trzech godzinach tych wymyślnych tortur "sędziowie" sami zmęczyli się własnym okrucieństwem i opuścili katownię. Umęczonego kapłana przeniesiono wtedy do celi i rzucono na wiązkę słomy.

     Doszedł tam nieco do siebie, a życzliwi ludzie przynieśli mu wody na ugaszenie palącego pragnienia. Ulgi chcieli mu też użyczyć w następnym dniu, ale dozorca pozwalał na to wyjątkowo, a przynoszony księdzu Janowi pokarm zabierał raczej dla siebie. Mimo to dwie wdowy oraz notariusz Mandel czuwali nad umęczonym i próbowali go karmić.

     Powolne konanie trwało całe cztery tygodnie. Zdołał jeszcze przyjąć Ciało Pańskie z rąk ks. Wincentego Szypka, proboszcza z Wielkiego Tyńca. Skonał 17 III 1620 r. między godzinami 10 a 11 w nocy. Sędzia Jan Scintilla, przymuszony przez protestantów do uczestniczenia w procesie, obmył ciało, ubrał je w szaty kapłańskie i przygotował do pogrzebu. Gdy nie od razu uzyskał zgodę władz miejskich, ciało spoczywało w domu wdowy Świetlikowej. Dopiero po tygodniu nadeszło z Brna pozwolenie. Pogrzeb odprawiono 24 marca o godz. 6-tej rano. Ciało męczennika złożono wtedy w kaplicy świętego Wawrzyńca. Gdy w 1784 r. józefińskie władze kaplicę zamieniły na cele świeckie, ciało przeniesiono do kościoła świętego Michała Archanioła. Po beatyfikacji, której w 1860 r. dokonał Pius IX, wprowadzono je uroczyście do katedry św. Wacława.

     Spontaniczna cześć wiernych rozkrzewiła się znacznie wcześniej, można powiedzieć śmiało: zaraz po okrutnej kaźni, zgotowanej męczennikowi.

     W dwa lata po śmierci brat Mikołaj wystawił mu marmurowy nagrobek z łacińskim napisem, w którym bez wahania nazwał zmarłego męczennikiem. Wyraził w ten sposób przekonanie ogólne. Już od 1620 r. znajdujemy obrazy, głoszące taką chwałę.

     Nieco później rodzinny Skoczów ten sam chwalebny tytuł umieścił na pamiątkowym kielichu, "poświęconym czcigodnemu słudze Bożemu". Piwnicę, w której był męczony, w 1704 r. zamieniono na kaplicę. Z czcią odwiedzało ją wielu, w tym także Jan Sobieski, kiedy z odsieczą podążał pod Wiedeń.

     Na piśmie podobną cześć wyraził najpierw wspomniany powyżej Jan Scintilla. Potem na ambonie i drukiem cKwałę Jana głosił Fabian Birkowski, dominikanin krakowski.

     Za nimi poszli inni: Balbinus, Kriiger, Schmidt. Wreszcie w 1687 r. ks. Eustachy Szwarc wydał pierwszą biografię pod wymownym tytułem: Rubinus Moraviae.

     Cześć potęgowały rozliczne łaski, otrzymane za wstawiennictwem męczennika.

     Starania o beatyfikację na skutek rozmaitych wydarzeń z końca XVIII stulecia sfinalizowano jednak stosunkowo późno.

     Sprawy dopilnował arcybiskup Fryderyk Fiirstenberg. Po uroczystościach w Rzymie beatyfikację męczennika uczczono solennie w Ołomuńcu. W Skoczowie podobne uroczystości odbyły się 14 października 1860 roku. Nieco później wprowadzono tam doroczny obchód w ostatnią niedzielę maja.

     Na wzgórzu pod miasteczkiem, nazwanym Kaplicówką, gromadziły się rzesze ludu, które przybywały zwłaszcza ze Śląska Cieszyńskiego.

     Wszystkie te objawy czci ukoronowała kanonizacja (razem ze Zdzisławą z Lemberku), której Jan Paweł II dokonał 21 maja 1995 r. w Ołomuńcu. Nazajutrz papież uczcił św. Jana w jego rodzinnym Skoczowie i odprawił tam na Kaplicówce uroczystą mszę św.

     W dotychczasowych tekstach liturgicznych antyfona na wejście sławi powściągliwość słowa, którą zajaśniał męczennik. Jego wytrwałość we wierze liturgia przypisuje mocy Bożej. Potem nawiązujemy do synowskiego oddania i ofiarności chrześcijańskich serc. Po Komunii św. jeszcze raz wspominamy o dobrym posługiwaniu się mową i milczeniem. Potem prosimy o stałość i zwycięstwo w bojach.

     Na czytania przewidziano teksty z 2 Kor 4,7-15 oraz z J 15,18-21. Ongiś odczytywano chyba teksty lepiej dobrane: Jk 3,2-12 oraz Mt 10,23-28.


ks. Henryk Fros SI


   

Sychar. Ile jest warta Twoja obrączka? Sychar. Ile jest warta Twoja obrączka?
Anna Jedna
Niniejsza książka to pomoc dla tych, którzy chcą zachować wierność małżeńską, niezależnie od okoliczności i ludzkiej słabości. To także znakomity podręcznik Bożej mądrości i Bożej miłości dla tych, którzy przygotowują się do zawarcia sakramentalnego małżeństwa... » zobacz więcej


[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej