Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Tsambika

     Z najpiękniejszą wyspą archipelagu Dodekanezu - Rodos - łączy mnie związek bardzo osobisty i mocny. Mogłabym właściwie powiedzieć, że czuję się w pewnym stopniu Rodyjką. Więź ta nie wywodzi się z faktu, że istotnie jest to wyspa wyjątkowo piękna i kosmopolityczna. Nigdy specjalnie nie gnałam za modami ani trendami (nawet turystycznymi). W moich podróżniczych niepokojach starałam się zawsze znaleźć coś skrytego w mentalności miejscowych ludzi, przykrytego kurzem historii, coś, co nie lśni na pierwszy rzut oka. Taki właśnie magnes znalazłam na Rodos - a może przyciągnął mnie on, zanim jeszcze moja noga stanęła na wyspie...? Może znalazłam się tam właśnie w momencie, w którym miałam się znaleźć...? O historii tej wie bardzo niewiele osób. Chcę jednak podzielić się nią, bo uważam, że radosnymi tajemnicami należy się dzielić z innymi; wtedy nabierają innego wymiaru.

     Ale zacznijmy od początku. Był rok, a dokładniej lato 1996. Odliczałam z niecierpliwością dni do września, na kiedy to miałam już od zimy zaplanowany i wykupiony wyjazd na Rodos. Dlaczego właśnie Rodos? Odpowiedź jest bardzo prosta. To najpiękniejsza i najpopularniejsza wyspa Dodekanezu, jedna z najwspanialszych wysp Morza Egejskiego. Jest dość duża, by się nie znudzić po pięciu dniach pobytu, no i jest na niej sporo ciekawych rzeczy do zwiedzenia. Ale przede wszystkim dlatego, że nazywają ją Wyspą Słońca, a ja jestem urodzona w znaku słońca. Mogę śmiało powiedzieć, że mój organizm działa jak bateria słoneczna. W słoneczne dni jestem pełna energii, optymizmu, radości. Uwielbiam nurzać się w ciepłym blasku i gromadzić energię na codzienne funkcjonowanie. Drobne troski pryskają w jego świetle, a te większe jakoś bledną i są mniej odczuwalne. Gdy słońca nie ma, życiowa energia powoli ze mnie uchodzi... - takie dni zawsze mam ochotę przespać.

     Tamtego jednak lata los spłatał mi niezłego figla: słońce stało się dla mnie przekleństwem. W lipcu zaszłam w ciążę i fakt ten postawił na głowie całe normalne funkcjonowanie mojego organizmu. Do tej pory pamiętam, jak bardzo źle znosiłam ciążę. Organicznie wszystko było w porządku, tylko moje samopoczucie bardzo, bardzo kiepskie. Niekończące się nudności, codzienna męka poranków, gdy już samo przebudzenie wprawia w przerażenie. Moje receptory samoistnie ustaliły sobie próg bólu na najniższym chyba wyobrażalnym poziomie, bo nawet lekki dotyk sprawiał wrażenie ciosu. Nie mogłam jeść, wszystko dookoła mnie drażniło. Brzydziły mnie zapachy i widok jedzenia, a codzienna toaleta była dramatem rozgrywanym możliwie z dala od lustra. Ale najgorszy w tym wszystkim był... wstręt do słońca. Najgorsze chyba, co w Grecji może się przydarzyć. Wspaniałe błękitne greckie niebo i lśniące na nim, nieprzesłonięte najmniejszą chmurką słońce budziły codziennie na nowo mój dramat. Otwierałam oczy i wpadałam w rozpacz... znowu słońce i znowu upał. A ja tak pragnęłam odrobiny chłodu, deszczu, zdrowej, rześkiej zieleni...

     Pomimo dokuczliwości postanowiłam jednak pojechać na Rodos - chyba wbrew wszelkiej logice. I tak znalazłam się na... wymarzonej wyspie. Nietrudno wyobrazić sobie, że pobyt tam był dla mnie męką. Gdy moje towarzystwo radośnie pluskało się w lazurowym, ciepłym morzu, ja szukałam odrobiny cienia. Woziłam ze sobą książki, żeby nie patrzeć w słoneczne życie słonecznej wyspy... Gdy w tawernach moje towarzystwo próbowało tradycyjnych przysmaków lokalnych, ja powstrzymywałam się, by nie wymiotować.

     Na Rodos poznałam Lianę. Urodziła się tam i wychowała. O wyspie wiedziała więc znacznie więcej, aniżeli są w stanie poinformować przewodniki turystyczne. Kiedy Liana zorientowała się, że jestem w ciąży, powiedziała, że szkoda, iż nie przyjechałam wcześniej, bo właśnie w minioną sobotę było święto Matki Bożej Tsambiki i powinnyśmy były tam pojechać. Jako matka brzemienna powinnam wspiąć się na szczyt góry, gdzie znajduje się klasztor i powierzyć swój los właśnie Tsambice. "Zaraz by Ci pomogło!" - stwierdziła. Mówiąc szczerze, zbagatelizowałam jej słowa. Uważałam, że objawy są charakterystyczne dla początku ciąży i same przejdą. Zaciskałam więc zęby i dzielnie starałam się je znosić. Ponadto wiem, że Grecy mają do spraw religijnych podejście, które w moim odczuciu jest nieco na pograniczu pogaństwa. Ale Liana, widząc, że naprawdę cierpię, uparła się, że musimy się tam wybrać. Uległam i następnego dnia wcześnie rano pojechałyśmy do Tsambiki. Zgodnie z nakazami Liany nie jadłam śniadania - co prawdę powiedziawszy, było mi obojętne, bo przez poranne nudności i tak nie czułam głodu. O Tsambice wie każdy mieszkaniec Rodos. Zadziwiające, że przewodniki turystyczne tak mało mówią o tym miejscu - symbolu tak żywym w świadomości miejscowej ludności. Tsambika jest bowiem nierozerwalnie związana z Rodos. A raczej z rodyjską tradycją religijną. Na każdym kroku przybysz spotka to imię, nadawane zarówno mężczyznom (Tsambikos), jak i kobietom (Tsambika). Niektórzy przyjęli je za nazwisko.

     Nazwą Tsambika określa się cały obszar we wschodniej części wyspy, ze stromym wzniesieniem, u stóp którego rozciąga się jedna z piękniejszych plaż Rodos. Na szczycie wzniesienia znajduje się malusieńki kościółek. Właśnie on był celem naszej pielgrzymki. Wzgórze ma wysokość około 400 m, do pewnej wysokości można podjechać samochodem. Od parkingu należy wspiąć się na szczyt po wykutych w skale 299 nieregularnych stopniach. Widok zapiera dech w piersiach - oko sięga daleko w głąb rodyjskiego lądu, a z drugiej strony w morze. Podobno przy dobrej widoczności sprawne oko wypatrzy Cypr. Wchodzący zatrzymuje się co chwilę, gdyż widok jest zachwycający.

     Na szczycie malutki kościółek; słowo "kapliczka" wierniej go opisuje. Takich kapliczek są w Grecji tysiące. Do kapliczki dobudowany pokój gościnny dla pielgrzymów, których noc zastanie na górze. W drodze do klasztorku Liana opowiada mi o Tsambice i o mocy cudownej ikony Matki Bożej Tsambiki.

     Otóż, jak wieść gminna głosi, w mrocznych czasach średniowiecza pewien miejscowy pasterz ze wsi Archangelos (leży u stóp wzniesienia) zauważył na szczycie wzgórza ogień. Początkowo myślał, że to pasterze, którzy za stadem weszli tak wysoko, rozpalili tam ogień, by się ogrzać i najeść. Gdy jednak blask ognia pojawiał się przez kilka kolejnych nocy, pasterz zdecydował się sprawdzić, co się tam dzieje. Wspiął się więc na szczyt góry, gdzie znalazł w płomieniach srebrną ikonę Matki Bożej z małym Chrystusem w objęciach. Z ognia sypały na wszystkie strony świata tysiące iskier. Pomimo iż obraz stał w płomieniach, nie palił się. Płomienne języki nie imały się go. Człowiek wyjął ikonę z ognia i zniósł do wsi. Okazało się, że pochodzi ona ze wspaniałego klasztoru Kykku na Cyprze - słynnej ostoi greckości w ciężkich czasach tureckiego jarzma. Przyjechali więc mnisi z Kykku i zabrali obraz do swojego klasztoru. Naznaczyli go nawet na wszelki wypadek, nadpalając nieco z tyłu. Nie minęło jednak kilka miesięcy, a znowu na szczycie wzgórza pojawiły się iskrzące płomienie. Tym razem już Rodyjczycy byli pewni, że obraz w cudowny sposób sam wybrał miejsce, w którym chce przebywać. W rodyjskim dialekcie słowo "tsamba" oznacza iskrę, dlatego też od tysięcy iskier sypiących z ognia postać Matki Bożej przedstawioną na ikonie nazwano Tsambiką.

     Pasterz, który pierwszy znalazł ikonę, był żonaty. Wielkim zmartwieniem małżeństwa był jednak fakt, że nie mieli dziecka. Gdy ikona powróciła na wyspę, małżeństwo przekonane o jej cudownej mocy poprosiło Matką Bożą, by dała im dziecko. Niedługo potem kobieta zaszła w ciążę i urodziła zdrowego potomka. Wieść rozniosła się po wyspie. Mieszkańcy okolicy postanowili postawić na szczycie góry kościół, gdzie zamieszka ikona Tsambiki. Nie szczędzili trudu, własnymi rękami wnosząc po stromym zboczu budulec. I tak na górze stanął malutki klasztor, Panagia Tsambika (Panagia to po grecku Najświętsza Panna). To w Jej ręce zaczęły miejscowe kobiety powierzać prośby o łaskę ciąży. Jej opiece również powierzały nowo narodzone dzieci i swoje rodziny.

     Co roku 8 września w Archangelos odbywa się wielki odpust ku czci Tsambiki. Zgodnie z wielowiekową już tradycją rodyjską kobiety, które pragną dziecka, przyjeżdżają do Tsambiki. Na piechotę i boso wchodzą na szczyt wzgórza, gdzie proszą Ją o łaskę nowego życia. Dzieci narodzone dzięki Jej błogosławieństwu są później oddawane pod Jej opiekę i otrzymują imiona Tsambikos (chłopcy) i Tsambika (dziewczynki).

     Pod koniec XIX wieku w wiosce Archangelos leżącej u stóp wzgórza Tsambiki wybudowano wspaniały kościół i klasztor, do którego przeniesiono cudowny obraz. Tam będzie lepiej chroniony aniżeli w maleńkiej kapliczce na szczycie góry. Miejscowi mówią o "klasztorze na górze" i "klasztorze dolnym". Tysiące turystów i pielgrzymów odwiedzają maleńką, gościnną i niezwykle malowniczą kapliczkę na wzgórzu, wspinając się po wykutych w skale stopniach. Odwiedzają również "dolny klasztor", w którym znajduje się cudowna ikona.

     Podjechałyśmy do parkingu. Wejście na górę było dla mnie bardzo męczące. Ale uparłam się i dzielnie, metr po metrze wspinałam, nie narzekając i nie szczędząc sił. Kapliczka jest mała i latem bardzo duszna. Wygląda jak prawie wszystkie greckie kościoły. Na bocznej ścianie kopia obrazu Panagia Tsambika.

     Przedstawia Matkę Bożą w pozycji siedzącej. Przed Nią stoi Jej Syn - w odróżnieniu od większości ikon Jezus nie jest już niemowlęciem, ale chłopczykiem. Przed obrazem i wokół niego setki ofiar, figurki małych dzieci i fotografie rodziców z dziećmi złożone w podziękowaniu za łaski. W kapliczce oprócz nas nie było nikogo. Liana po modlitwie wyszła, pozostawiając mnie samą. Patrzyłam długo w obraz, w spokojne oblicze Tsambiki trzymającej przed sobą Syna. Typowa bizantyjska ikona poczerniała przez mijające stulecia. A może pozostał na niej znak iskrzących płomieni, z których wyjął ją pasterz... Wpatrywałam się w Jej twarz, jakby czekając na jakiś znak, że wszystko będzie dobrze i dziecko urodzi się zdrowe. Prosiłam Ją o łaskę lepszego samopoczucia, o uspokojenie mojego zbolałego ciała. Było mi dobrze w tej małej, cichej kapliczce. Cieszyłam się chwilą spokoju i bezpieczeństwa. Czułam chwilową ulgę i wewnętrzne przekonanie, że nie jestem tu przypadkowo.

     Powoli zeszłyśmy ze wzgórza, a potem zjechałyśmy do klasztoru na dole. Tam gdzie jest prawdziwa ikona Tsambiki. Wyposażenie kościoła to przedmioty darowane w podziękowaniu za Jej łaski: srebrne żyrandole, obrazy, naczynia mszalne. Uspokojona i chwilowo jakby mniej obolała jeszcze raz poprosiłam o łaskę lekkiego porodu i zdrowego dziecka. Ślubowałam, że gdy dziecko się urodzi, przyjadę z nim do Niej. Kupiłam drewnianą ikonę z Jej obliczem i poprosiłam miejscowego popa o poświęcenie.

     Kilka dni później wróciłam do Aten i do moich codziennych obowiązków: pracy, domu, nauki. Dolegliwości ciążowe zelżały. Ich miejsce zastąpiła euforia rosnącego we mnie życia i oczekiwanie na rozwiązanie. Przyszło o cały miesiąc wcześniej, niż zapowiedział lekarz. Dziecko - chłopczyk - było jednak zdrowe i silne, choć jako wcześniak bardzo chude. Czuwałam nad nim, chuchałam z ogromnym przejęciem. Rozwijał się i rósł błyskawicznie. Ani się obejrzałam, a już zdmuchiwaliśmy pierwszą świeczkę na urodzinowym torcie. Nosi imiona Gabriel Jan. Gdy skończył dwa latka, po raz pierwszy odwiedziliśmy naszą Dobrodziejkę. Zarezerwowałam pokój w hotelu, bilety lotnicze, samochód i polecieliśmy z wizytą do Tsambiki. Gabryś był jeszcze malutki, ale śmiało i wytrwale wspinał się po nieregularnych, wykutych w skale schodach. W kapliczce opowiadałam mu historię naszej z Tsambiką znajomości. Może wiele z niej nie zrozumiał, ale widziałam, że wyprawa podobała mu się. Ponownie odwiedziliśmy Ją, gdy miał 4 latka. Był marzec i pogoda dość zmienna. Jednak przez cały czas naszego pobytu na wyspie świeciło pięknie słońce, a temperatura nie spadała poniżej 20°C. I znowu pojechaliśmy na wzgórze i powolutku wspięliśmy się aż na szczyt. Tym razem rozumiał już z mojego opowiadania więcej i pytał o wszystko, co go zaintrygowało. Zjechaliśmy też do klasztoru na dole, ale nie udało nam się zobaczyć cudownego obrazu.

     Kilka miesięcy temu znowu miałam okazję być na Rodos - tym razem sama, bez Gabrysia. Oczywiście nie mogłabym nie odwiedzić klasztoru na górze i kościoła na dole. Tym razem miałam więcej szczęścia. Kościelny wystawił cudowny obraz Tsambiki i mogłam teraz podziękować Jej "z bliska" za łaskę mojego wspaniałego dziecka.

     Gabryś jest wielką radością i potężną silą mojego życia. Zdrowy, świetnie się rozwija, sprawny, pogodny, spokojny. Ma smagłą buzię i czarne jak węgielki oczy. Nad jego łóżeczkiem od urodzenia stoi obraz Tsambiki. Często, gdy śpi już zmęczony po pełnym wrażeń dniu, siadam na brzegu jego łóżka i przyglądam się smagłej buzi. Patrzę na mojego syna i na Tsambikę ze stojącym przed Nią Chrystusem. Czuję Jej delikatną troskliwą dłoń nad równym oddechem mojego synka.

     Wiem, że niedługo znowu odwiedzimy Ją w miejscu, które sobie wybrała na dom na malowniczym skrawku rodyjskiej ziemi. Za Jej sprawą dla nas również Rodos jest jak dom. Będziemy Ją tam razem odwiedzać do końca moich dni. Później Gabryś będzie do Niej jeździł już sam. A może ze swoimi dziećmi?

Anna Kozak


Miejsca Święte, nr 83


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ]Następna

 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej