Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Błogosławieni ubodzy duchem

     Błogosławiony, po grecku makarios, znaczy: szczęśliwy. "Osiem błogosławieństw" można też oddać po polsku: "Osiem obietnic szczęścia". Zacznijmy zatem od pytania, co to jest szczęście. Nie każde bowiem rozumienie tego pojęcia harmonizuje z duchem Kazania na Górze. Wielokrotnie przypominał o tym Jan Paweł II.

     Sokrates, nie mogąc zgodzić się z jakimś sofistą, według którego szczęście to jest "bujne, szerokie życie, bez hamulca i bez pana nad sobą", zwrócił uwagę na to, że szczęście powinniśmy nosić w sobie, a "szczęśliwi są ci, którzy niczego nie potrzebują". Usłyszał w odpowiedzi zaiste sofistyczną ripostę, że w takim razie najszczęśliwsze byłyby kamienie i trupy (Platon, Gorgiasz, 47).

     Gdyby ci obaj Grecy spotkali się z Panem Jezusem, już pierwsze Jego błogosławieństwo - że "szczęśliwi ubodzy duchem" - sofistę Kalliklesa pobudziłoby do szyderstw, jednak Sokrates zapewne otworzyłby się na tę naukę z entuzjazmem. Sofista przecież dogmatycznie "wiedział", że szczęście może osiągnąć tylko ten, kto nie liczy się ani z ludźmi, ani z prawem moralnym. Nauka Pana Jezusa - zrozumiała tylko dla tych, którzy starają się usłyszeć wezwanie do powszechnej miłości - jemu, który uwierzył w najwyższą wartość egoizmu, musiałaby się wydawać bezbrzeżną naiwnością.

     Ale Sokratesowi, gdyby mógł słuchać Pana Jezusa, zapewne ogromnie spodobałaby się Jego nauka, że szczęścia nikt nie znajdzie w gonitwie za takimi czy innymi dobrami. Zapewne z zachwytem oklaskiwałby słowa Jezusa, że "więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli w braniu" (Dz 20,35). Jak mało kto, Sokrates rozumiałby Jezusowe "biada" pod adresem zadowolonych z siebie obłudników (por. Łk 6,24-26; Mt 23,13-33). Grecki mędrzec dobrze bowiem wiedział, że istotą szczęścia nie jest psychiczne poczucie zadowolenia. Czym wobec tego jest szczęście? Sokrates wiedział, że szukać go należy poprzez pracę nad sobą, poprzez otwieranie się na wartości absolutne, ale czym jest szczęście - tego Sokrates nie wiedział.

     Stosunek obu tych Greków do szczęścia był mniej więcej następujący: sofista chciał być szczęśliwy, ale robił wszystko, żeby nim nie być. Również Sokrates chciał być szczęśliwy i tyle mu się jednak udało, że nie był nieszczęśliwy. Nie wiedział jeszcze Sokrates tego, że nie osiągnie się szczęścia własnymi siłami. Wiedział, że w dążeniu do szczęścia trzeba się zazwyczaj nieźle napracować, nie wiedział jednak, że najwyższe dostępne człowiekowi szczęście jest darem Bożym.

     STWORZONY DLA SZCZĘŚCIA

     Nie da się nawet wyobrazić, że któryś ze starogreckich mędrców mógłby napisać słowa równie optymistyczne jak te, które 26 lipca 2002 r. wypowiedział Jan Paweł II w Toronto podczas swojego spotkania z młodzieżą: "Słowem kluczowym nauczania Jezusa jest głoszenie radości: «Błogosławieni...» Człowiek został stworzony dla szczęścia. Wasze pragnienie szczęścia jest więc uzasadnione. Chrystus ma odpowiedź na wasze oczekiwanie. Żąda On od was, byście Mu zaufali. Prawdziwa radość jest zdobyczą, której nie osiąga się bez długiej i trudnej walki. Chrystus ma tajemnicę zwycięstwa".

     Dopiero wiara w Chrystusa umożliwiła tak radosne, tak pełne światła podejście do naszych poszukiwań szczęścia. Szczęście to taki cudowny dar, który możemy zdobyć już teraz, i zdobywać go coraz więcej, ale który ostatecznie i w pełni otrzymamy dopiero w ży- ciu wiecznym. Mówił o tym nasz wielki Rodak w katechezie środowej, 20 kwietnia 1988 r.:

     "Sam termin «dobra nowina» wskazuje na podstawowy charakter Chrystusowego orędzia. Bóg chce odpowiedzieć na to pragnienie dobra i szczęścia, jakie jest głęboko zakorzenione w człowieku. Można powiedzieć, iż Ewangelia, która jest tą odpowiedzią, posiada charakter «optymistyczny». Nie jest to jednak żaden optymizm czysto doczesny, żaden powierzchowny eudajmonizm (program szczęścia), żadna zapowiedź «raju na ziemi»

     Prawdziwy optymizm nie boi się mówić o tym, co trudne. "Chrystusowa «Dobra Nowina» - kontynuował Jan Paweł II wspomnianą katechezę - stawia słuchaczom zasadnicze wymagania natury moralnej, wskazuje na potrzebę wyrzeczeń i ofiar, jest w ostateczności związana z odkupieńczą tajemnicą krzyża. W centrum tej ŤDobrej Nowinyť znajduje się program ośmiu błogosławieństw, który określa najpełniej rodzaj tej szczęśliwości, jaką Chrystus przyszedł objawić ludzkości, pozostającej tu na ziemi w drodze do ostatecznych i wiecznych przeznaczeń... Można w tym dostrzec także eschatologiczną i wieczną perspektywę szczęścia objawionego i głoszonego w Ewangelii".

     SZCZĘŚCIE - DOCZESNE CZY WIECZNE?

     Prawda ośmiu błogosławieństw domaga się podkreślania, że ta droga do szczęścia bywa trudna, domaga się wyrzeczeń i ofiar, polega na podejmowaniu krzyża. Stąd łatwo o fałszywe wrażenie, jakoby Chrystus Pan obiecywał nam szczęście dopiero w życiu wiecznym i jakoby wejście na drogę błogosławieństw oznaczało rezygnację ze szczęścia doczesnego.

     To fałszywe wrażenie jest dodatkowo wzmacniane przez współczesny kryzys wiary w życie wieczne. "Dzisiejszą pokusą - pisał Jan Paweł II w encyklice «Redemptoris missio», 11 - jest sprowadzanie chrześcijaństwa do mądrości czysto ludzkiej, jakby do wiedzy o tym, jak dobrze żyć. W świecie silnie zsekularyzowanym nastąpiło «stopniowe zeświecczenie zbawienia», dlatego walczy się, owszem, o człowieka, ale o człowieka pomniejszonego, sprowadzonego jedynie do wymiaru horyzontalnego. My natomiast wiemy, że Jezus przyszedł, by przynieść zbawienie całkowite, które obejmuje całego człowieka i wszystkich ludzi, otwierając ich na wspaniałe horyzonty usynowienia Bożego".

     Przesąd, jakoby dążenie do szczęścia wiecznego pociągało za sobą rezygnację ze szczęścia doczesnego, szczyty absurdu i niegodziwości osiągnął w ideologii marksistowskiej. Efektem budowania raju na ziemi przez wrogów nadziei na życie wieczne - oprócz zniewolenia całych narodów i dziesiątków milionów zamordowanych ludzi - była nawet ekonomiczna, ale również cywilizacyjna i kulturowa degradacja społeczeństw rządzonych przez wyznawców tego przesądu.

     Dzisiaj ludzi ogarnia masowe zwątpienie w życie wieczne, kompensowane poszukiwaniem coraz to nowych form rozpaczania na wesoło. Oszczędźmy sobie przypominania, jak destrukcyjna to wesołość. Trudno nie przyznać racji Benedyktowi XVI, który w swojej ostatniej encyklice ostrzega, że bez nadziei życia wiecznego będzie nam na naszej ziemi coraz duszniej:

     "Bez perspektywy życia wiecznego, postęp ludzki na tym świecie pozbawiony jest oddechu. Zamknięty w ramach historii, wystawiony jest na ryzyko, że będzie sprowadzony jedynie do tego, by coraz więcej mieć. W ten sposób ludzkość traci odwagę, by być gotową na przyjęcie wyższych dóbr, na wielkie i bezinteresowne inicjatywy wypływające z miłości powszechnej. Człowiek nie rozwija się dzięki własnym siłom, ani rozwoju nie można mu po prostu przekazać z zewnątrz... Rozwój domaga się transcendentnej wizji rodziny, potrzebuje Boga: bez Niego rozwój albo zostaje zanegowany, albo powierzony jedynie w ręce człowieka, który zarozumiale mniema o samozbawieniu i ostatecznie promuje odczłowieczony rozwój" (encyklika Caritas in veritate, 11).

     KRÓLESTWO UBOGICH DUCHEM

     Nie trzeba być teologiem, ażeby zauważyć tę łączność nadziei na szczęście wieczne ze szczęściem doczesnym. "Rzecz godna podziwu! - zachwycał się Monteskfusz w swoim dziele «O duchu praw» - Religia chrześcijańska, która zda się nie mieć innego celu jak tylko szczęście w przyszłym życiu, zapewnia nam szczęście i na tym świecie".

     Nasza nadzieja na nowe niebo i nową ziemię - pisał Jan Paweł II w ostatniej swojej encyklice (Ecclesia de Eucharistia, 20) - "nie osłabia naszego poczucia odpowiedzialności za tę doczesną ziemię, raczej je rozbudza, tragnę z całą mocą przypomnieć to na początku nowego tysiąclecia, ażeby chrześcijanie czuli się bardziej niż kiedykolwiek wezwani, aby nie zaniedbywać obowiązków przynależnych mieszkańcom tej ziemi. Ich zadaniem jest przyczyniać się, kierując się światłem Ewangelii, do budowania świata na miarę człowieka i odpowiadającego we wszystkim zamysłowi Boga".

     Trudno sobie wyobrazić, ażeby ktoś zaprotestował przeciwko temu wezwaniu Papieża do budowania świata na miarę człowieka. A przecież jest czymś oczywistym, że w świecie przyjaznym człowiekowi dobra materialne muszą mieć swoje miejsce. Przecież są one niezbędne do życia. Jeśli ktoś twierdzi, że dobra materialne są nieważne, zapewne chce powiedzieć, iż są w życiu rzeczy i sprawy od nich ważniejsze, bo nie samym chlebem żyje człowiek. Ale gdyby ktoś sądził z całą dosłownością, że dobra materialne są nieważne, niech spróbuje przeżyć choćby jeden dzień bez jedzenia i picia, niech spróbuje spędzić niekoniecznie nawet w zimie, ale choćby tylko lipcową noc, bezdomnie i bez okrycia. Tutaj od razu pojawiają się pytania następujące: o jakim zatem ubóstwie i bogactwie mówił Pan Jezus, kiedy wygłaszał pamiętne zdania: "Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy Królestwo Boże... Biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę swoją... Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego" (Łk 6,20. 25; 18,25)?

     Jan Paweł II zauważył kiedyś, że osiem błogosławieństw to wypowiedziany w ludzkich słowach autoportret Pana Jezusa. On był ubogi również w sensie najdosłowniej materialnym, jak to sam o sobie powiedział: "Lisy mają nory i ptaki powietrzne - gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć" (Mt 8,20). A stat się ubogim -On, przez którego "wszystko się stało" (J 1,3) i który otrzymał "wszelką władzę w niebie i na ziemi" (Mt 28,18) - "aby nas ubóstwem swoim ubogacić" (2 Kor 8,9). Bogatym zaś jest Pan Jezus nieskończenie więcej niż jako Pan nieba i ziemi. Jego bogactwem jest sam Jego Ojciec Przedwieczny, boskość Ojca jest przecież Jego boskością: "Wszystko bowiem moje jest Twoje, a Twoje jest moje" (J 17,10).

     Zatem ubóstwo, o którym mówił Pan Jezus, co najwyżej drugorzędnie jest poprzestawaniem na tym, co mi wystarczy do skromnego, spokojnego życia. W tym duchu modlił się autor Księgi Przysłów (30, 8n): "Nie dawaj mi bogactwa ani nędzy. Żyw mnie chlebem niezbędnym, abym w obżarstwie nie popadł w niewierność i nie mówił: A cóż mnie Pan obchodzi? Ani bym z biedy nie zaczął kraść i znieważać imię mego Boga". Podobnie mówił o tym Apostoł Paweł: "Mając żywność i odzienie i dach nad głową, bądźmy z tego zadowoleni" (1 Tm 6, 8).

     Samą jednak istotą duchowego ubóstwa jest to, ażeby Pan Bóg - niezależnie od tego, czy jestem nędzarzem, czy człowiekiem majętnym - był w moim życiu i postępowaniu naprawdę na pierwszym miejscu. Rzecz jasna, nikt z nas nie jest zdolny do takiej postawy sam z siebie, jest ona darem Bożym. Jeżeli jednak o ten dar będę zabiegał, jeżeli Bóg w moim życiu będzie na pierwszym miejscu, wtedy wszystko będzie się układało po Bożemu - i moje relacje z innymi, i moja miłość do najbliższych, i mój stosunek do spraw materialnych.

     BOGACZ WSZYSTKO MA DLA SIEBIE

     Jan Paweł II, ostrzegając nas przed konsumizmem, nieraz rozróżniał wartości rzeczowe i osobowe, czyli wartości typu "mieć" oraz wartości typu "być". Wbrew utartym stereotypom nie są one sobie wzajemnie przeciwstawne, lecz te pierwsze z natury swojej są służebne wobec tych drugich. W odniesieniu do dóbr materialnych znaczy to, że dopiero wtedy realizują one swoją pełną celowość, kiedy potrafimy je wykorzystać przy kształtowaniu naszego życia na sposób bardziej ludzki. Dobra materialne są nam przecież istotnie potrzebne przy budowaniu takiej przestrzeni duchowej, w której możemy pełniej realizować sens naszego życia, bardziej otwierać się na prawdę, skuteczniej czynić miłość, itp. Niestety, dobra materialne, jeśli nie umiemy ich posiadać i nimi się posługiwać w sposób mądry, mogą stać się balastem, utrudniającym realizowanie prawdziwie ludzkich celów naszego życia.

     Mówiąc inaczej: można ich posiadanie i dążenia do ich posiadania tak dokładnie zamknąć w kategoriach "mieć", że w żaden lub w niewielki sposób przyczynia się to do naszego głębszego "być". I w tym miejscu, jak się wydaje, leży istotna różnica między ewangelicznymi ubogimi i bogaczami. Bogacz w znaczeniu ewangelicznym to człowiek tak bardzo pochłonięty posiadaniem, a niekiedy nawet samym tylko pożądaniem dóbr materialnych, że stało się to praktycznie całym horyzontem jego życia. Z kolei ubogi, w ewangelicznym znaczeniu tego słowa, to człowiek, który nie tylko pamięta o wyższych celach ludzkiego życia, ale ponadto stara się posiadane lub poszukiwane przez siebie dobra materialne uczynić narzędziem w dążeniu do tych celów.

     Prościej i głębiej prawdę tę wyraziła pewna pięcioletnia dziewczynka, kiedy podczas Mszy Świętej dla przedszkolaków, po przeczytaniu Ewangelii o bogaczu rozbudowującym swoje spichlerze ksiądz zapytał, kto to jest człowiek bogaty. Dzieci odpowiadały różnie, a ona powiedziała tak: Bogacz to taki człowiek, który wszystko ma dla siebie.

     Wydaje się, że więcej i mądrzej na ten temat powiedzieć się nie da. Małe dziecko intuicyjnie wyczuło, na czym polega najistotniejsza przewrotność w podejściu do dóbr materialnych: Stwórca nam ich udziela, abyśmy z ich pomocą tworzyli przestrzeń wzajemnej życzliwości i solidarności, a my potrafimy przez niewłaściwy sposób dążenia do nich, ich posiadania i używania budować przestrzenie obcości, wrogości i rywalizujących egoizmów. To zaś bierze się stąd, że stawiamy bądź wartości materialne, bądź samych siebie na piedestale wartości najwyższej.

     "KTO MA, TEMU BĘDZIE JESZCZE DODANE"

     Na koniec zwróćmy uwagę na zastanawiające słowa Pana Jezusa: "Bo kto ma, temu będzie jeszcze dodane, a kto nie ma, temu zabiorą również to, co ma" (Mt 13,12) - i zestawmy je z błogosławieństwem ubogich duchem. Weźmy taki oto przykład: Ktoś wiele serca i energii wkłada w zdobywanie dóbr materialnych. Ale czy naprawdę posiada swoje bogactwa ktoś taki, kto stał się ich niewolnikiem? Kiedy natomiast Pan Bóg jest dla mnie naprawdę na pierwszym miejscu, wtedy człowiek umie prawdziwiej cieszyć się również tym, co posiada.

     Nagroda za prawidłowe kształtowanie swoich potrzeb i pożądań materialnych jest olbrzymia. Mianowicie, w jakimś bardzo rzeczywistym sensie cały świat wówczas staje się niejako moim domem. Wspaniale zauważył to nasz, niestety zbyt mało znany myśliciel, Henryk Elzenberg: "Człowiek pożądliwy, na swój użytek wykroił sobie z wszechistnienia to tylko, co mu bezpośrednio przydatne, i to zżera: co za ubóstwo! Człowiek, który się wyrzekł, nie troszczy się o to, co mu mniej, co mu bardziej może się przydać. Za to w całym blasku swej nieskalanej przedmiotowości objawia mu się, przemieniony, cały ten świat, w którym on żadnych wkładów ani inwestycji już nie ma, bo za siebie rzucił wszelką zachłanność i nie pragnie już owocu swych czynów. Gdy wyjdzie na szczyt górski i wzrokiem obejmie widnokrąg, i wie: oto żaden kawałek tej życiodajnej, wielkiej ziemi nie jest moją własnością wtedy właśnie ona cala staje się jego. Nie splamił jej żadną ciągnioną z niej dla siebie, samolubną korzyścią; jest czysta, i on z czystym sumieniem może się cieszyć jej pięknościami".

     Jednak uwieńczeniem Chrystusowego błogosławieństwa ubogich jest miłosierdzie. Powszechnie znany jest podziw, jakim Jan Paweł II otaczał świętego Brata Alberta. Był on dla niego wzorem ubogiego duchem, który swoje ubóstwo - ubóstwo święte, wyrażające się (teraz będę używał formuł kardynała Wojtyły) padnięciem na kolana przed świętością i miłością Boga - oddał na służbę nędzarzom i ludziom najbardziej marginalizowanym. W najbardziej ubogich i opuszczonych potrafił bowiem rozpoznać znieważone oblicze Syna Bożego.

     "Nie miał prawie żadnych środków -mówił Kardynał podczas modlitw o beatyfikację Brata Alberta - nie dysponował żadnymi funduszami, żadnymi gotowymi instytucjami, postanowił dawać siebie. Dlatego rzucił go Bóg na kolana przed człowiekiem najbardziej wydziedziczonym, ażeby dawał siebie. I dawał do końca swoich dni; dawał ze wszystkich sił. Był to wyraz jego wiary i miłości. Ten wyraz jego wiary i miłości jest dla nas bezcenny, jak równie bezcenny jest w obliczu Boga".

     "Trzeba - kończył swoje kazanie kard. Woj tyła - ażeby nasze człowieczeństwo wróciło w nowy sposób uwrażliwione na człowieka, jego potrzeby, jego niedolę i cierpienia i ażeby gotowe było świadczyć sobą, świadczyć gołymi rękami, ale pełnym sercem. Taki dar bowiem więcej znaczy aniżeli pełne ręce i środki bogate. «Ponad to wszystko większa jest miłość»

     Na temat tego błogosławieństwa trudno powiedzieć coś więcej.


Jacek Salij OP


Tekst pochodzi z Tygodnika

14 marca 2010


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej