Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Najpiękniej jest być blisko ludzi

     ROZMOWA Z KSIĘDZEM EUGENIUSZEM MAKULSKIM HONOROWYM KUSTOSZEM SANKTUARIUM MATKI BOŻEJ LICHEŃSKIEJ

     W tym roku obchodzi ksiądz 50-lecie kapłaństwa. To już pół wieku służby Bogu i ludziom. Jak ksiądz odkrył w sobie powołanie do kapłaństwa?

     - To zaczęło się już w dzieciństwie. Ministrantem byłem tylko przez tydzień. Na nabożeństwie w Szewnej koło Ostrowca przez nieuwagę spaliłem dywan kościelny, bo wysypałem węgle z kadzielnicy. Zrobiło się zamieszanie, ludzie wraz z kościelnym zmiatali rozżarzone węgle, a ja zniknąłem z kościoła. I na tym się skończyła moja służba ministrancka. Myśl o kapłaństwie pojawiła się gdzieś koło dziesiątego roku życia. Cały czas o tym myślałem, tego pragnąłem.

     Ta myśl dojrzewała w księdzu, czy może był jakiś wzór, jakiś kapłan, który to powołanie w księdzu rozbudził?

     - Mieszkałem na wsi kieleckiej 6 km od kościoła. Owszem, chodziło się na nabożeństwa, ale wtedy z żadnym księdzem nie rozmawiałem poza egzaminem przed Pierwszą Komunią św.

     Pamięta ksiądz swoją Pierwszą Komunię?

     - Chodziliśmy przez parę miesięcy na katechezę. Uczył nas organista na cmentarzu pod lipą przy kościele. Potem ksiądz proboszcz nas przeegzaminował. Była spowiedź i Msza św. Żadnej uroczystości, żadnych przyjęć, gości. Dzieci były same. Po Mszy proboszcz dał nam takie maleńkie obrazeczki i to było wszystko. Nie to co dzisiejsze Komunie.

     Jakie było księdza najbliższe otoczenie, rodzinny dom, wieś?

     - W naszym domu mieszkali dziadkowie ze strony ojca. Bardzo pobożni. Zwłaszcza babcia. Była tercjarką, prowadziła Rodzinę Różańcową, nie opuściła żadnej Mszy św.

     W tamtych czasach wszystko było przepojone obrzędami religijnymi. Do kościoła było daleko, ale się szło, chyba że wielkie roztopy były czy śnieżyce. Nie było ąazet, radia. Wszystkie przeżycia duchowe, kulturalne i artystyczne wiązały się z kościołem. Organy, śpiew, wspólne spotkanie. Tak było na wsiach wtedy. I tak było w mojej wsi Kotarszyn. Wierzyło się, modliło się, pracowało i koniec. Dziś jest zupełnie inny świat. Jak wspominam tamte lata, to myślę, że było bardzo ubogo, ale atmosfera była inna. Było dużo radości, pogody, zgody. Ludzie byli ze sobą bardzo zjednoczeni, odwiedzali się, pomagali sobie. Przyszła niedziela, to wszyscy siedzieli przed domami w gromadkach, śpiewali, rozmawiali. Nie tak jak teraz. Wydaje mi się, że nawet słońce inaczej świeciło w tamtych czasach, że pogoda była inna, że powietrze było inne - przed wojną.

     Księdza dzieciństwo przypadło na lata okupacji. Jak wspomina ksiądz ten czas?

     - Przez całą okupację spałem tylko w stodole albo na strychach. Szczególnie dokuczliwe było to zimą. A łapanki były często. Niemcy otaczali wieś nocą i nawet 13-14-letnich chłopców zabierali na roboty. Jak nie Niemcy, to wieś nachodzili bandyci, którzy rabowali gospodarstwa. Nas też. Ubrania zabierali, co się dało. Potem Armia Krajowa zrobiła z tym porządek. W czerwcu 1942 albo 1943 r. przyjechał jakiś oddział, złapano pięciu podejrzanych, odczytano im wyroki i wykonano przez rozstrzelanie. Bandyctwo się skończyło. W naszym gospodarstwie ukrywali się też Rosjanie, którzy byli zrzucani poza frontem.

     Wojna minęła, było liceum i matura. To po maturze klamka zapadła?

     - W ostatnim roku przed maturą prefektem w liceum w Grudziądzu, gdzie uczęszczałem, był marianin ojciec Aleksander Perz. Poprosiłem go o adres do Zgromadzenia Marianów. Napisałem podanie i przyjęli.

     Dlaczego wybrał ksiądz akurat Zgromadzenie Marianów?

     - Miałem kontakty z innymi zakonami, działałem we franciszkańskiej Milicji Niepokalanej, ale to było takie normalne, że jeżeli nas uczył religii marianin, to do niego poszedłem i powiedziałem "Proszę księdza, myślę o kapłaństwie, czy ksiądz mi da jakiś adres?". Dał mi też książkę o założycielu marianów, tak że zorientowałem się co to za rodzina zakonna.

     Lata w seminarium pewnie szybko minęły?

     - Nowicjat był w Skórcu, a potem pięć lat w Warszawie, aż nas władze Polski Ludowej rozpędziły do różnych seminariów. Nasz kurs dostał się do Włocławka. I tu były święcenia kapłańskie.

     Pamięta ksiądz dzień święceń?

     - W katedrze włocławskiej udzielał nam ich biskup Antoni Pawłowski. Było nas ośmiu zakonników marianów i chyba 28 diecezjalnych. Z mojego rocznika żyje nas jeszcze czterech.

     W jakich parafiach potem ksiądz pracował?

     - Dwa lata w Głuchołazach, potem rok w Stoczku Warmińskim i Krekolu. Następnie sześć lat studiów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, a potem już w Licheniu. Podążał ksiądz tropem prymasa Wyszyńskiego - Włocławek, Stoczek Warmiński, Licheń...

     - Strasznie mały nasz kraj! W Stoczku mieszkałem obok pokoju księdza Prymasa, kiedy siedział w więzieniu. Tylko ja byłem tam trochę później. Prymas już wyjechał, ale zostały jego rzeczy. Pamiętam, że były jeszcze zamurowane okna, drzwi, a na drzewach druty kolczaste. Jak w więzieniu. Rok wcześniej dostaliśmy ten klasztor od biskupa i tam mi się trafiło akurat jechać.

     Na KUL-u studiował ksiądz...

     - Historię. Przełożony, prowincjał ojciec Perz polecił mi studia. - Musisz się jeszcze uczyć - powiedział. Nie chciałem, bo bardzo cieszyła mnie praca duszpasterska, ale kazał. - Ale co? - pytałem. - To sobie wybierzesz - usłyszałem. Lubiłem historię i taki kierunek studiów wybrałem. Przydały się te studia, kiedy trzeba było przed koronacją napisać książkę o Licheniu, o historii kultu i obrazu. Chciałem robić doktorat, ale przyszedł Li- cheń. Już nie dało się pogodzić pracy z nauką.

     Ile lat spędził ksiądz w Licheniu?

     - Przyjechałem tutaj w 1965 r., ale już rok wcześniej przygotowywałem dokumentację do koronacji. Czyli to już... czterdzieści lat!

     Przez te lata bardzo dużo się w Licheniu zmieniło i wydarzyło. Co księdzu najbardziej utkwiło w sercu?

     - Przygotowanie koronacji. To było zadanie bardzo trudne w tamtych czasach. Licheń był malutką wioseczką, do której nie było żadnej bitej drogi, tylko polne. Parafia maleńka, ubożuchna, kościół zniszczony jeszcze za okupacji. Powolutku, rok po roku porządkowałem to wszystko. Przygotowując dokumentację, zwłaszcza historię Sanktuarium, objawień i kultu odkryłem tu ciekawe duchowe wartości. To mi dało przekonanie, że można to wszystko odnowić. Czytając dokumenty z tamtych czasów, z XIX wieku, zrozumiałem, że może tu być wspaniałe Sanktuarium. To było dla mnie inspiracją.

     Kościołowi nie było łatwo w czasach PRL-u cokolwiek zbudować. Stawał ksiądz przed sądami i kolegiami. Nie bał się ksiądz, że to się kiedyś źle skończy?

     - Bałem się bardzo. Mam siedem lat zasądzonego więzienia w zawieszeniu, nie odsiedziane jeszcze. Może w czyśćcu odsiedzę, skoro nie zdążyłem tu? Wtedy już wielu księży siedziało w więzieniach za budowę. Mnie jakoś oszczędzono. Ale była to bardzo nieprzyjemna sytuacja.

     Nachodzili księdza "smutni panowie"?

     - Co tydzień miałem wizytę urzędnika z UB, co tydzień.

     Nie proponowali współpracy?

     - Nigdy. Nie odważyli się. Licheń to jednak jest Sanktuarium. Cieszył się w społeczeństwie dużym autorytetem. Władze wiedziały, że jak wsadzą do więzienia księdza z Lichenia za to, że postawił kapliczkę za cmentarzem, to może zrobić się szum. Troszkę obawiano się skandalu. Trzeba było postraszyć, karę musiałem zapłacić, ale więzienie mnie - dzięki Bogu - ominęło.

     Marianie to zakon, a życie w zakonie to życie we wspólnocie, często za klauzurą. Wiąże się z pewnymi ograniczeniami kontaktów ze światem zewnętrznym.

     - Marianie są zakonem, ale zakonem apostolskim. Nie jesteśmy kamedułami, którzy zamykają bramę, nie wychodzą do ludzi i nie wpuszczają ludzi do siebie. Dlatego marianin żyje za klauzurą i we wspólnocie, ale ma obowiązki duszpasterskie. Jako proboszcz, jako wikariusz, jako prefekt musi iść do ludzi. Musi siedzieć w kancelarii, musi jechać do chorych, musi utzyć w szkole, odprawiać nabożeństwa.

     Dopóki sił mi starczyło, siedziałem od rana do wieczora w kościele, łącznie ze zbieraniem tacy. Lubię to, dlatego, że idę i widzę ludzi z bliska. Od ołtarza widzę tłum, a jak się przesuwam wśród ludzi, to mogę popatrzeć w oczy każdemu - i dziecku, i młodzieży. W międzyczasie kancelaria, prace budowlane...

     Często można było księdza spotkać na budowie z różańcem w dłoni.

     - Trzeba było się udać w jakieś miejsce samotne, żeby się pomodlić w skupieniu. Ale to sama radość praca kapłańska. Nie wyobrażam sobie piękniejszej pracy jak to, co robię. Ksiądz musi być blisko ludzi, bo jak inaczej? Ksiądz nie jest święcony po to, by sobie odprawiał Msze w kapliczce. Jest przeznaczony dla ludzi w tych sprawach co do Boga należą.

     Nie żałuje ksiądz swojego wyboru? Jest tyle pięknych zawodów, również z powołania, w których można służyć ludziom.

     - Nigdy nie brałem pod uwagę innej opcji. To mnie interesowało, to mnie ciągnęło. Ale ksiądz ma przecież okazję do wszystkiego innego. Jestem lekarzem dusz, doradcą, wychowawcą, nauczycielem, budowniczym, nawet pisarzem. Nie myślałem nigdy, żeby być żołnierzem, czy górnikiem, czy kimkolwiek innym. Pan Bóg jakoś tak mną kierował, żeby było tak, jak jest. Zawsze lubiłem, to co robię. Nigdy mi się nie przykrzyło w kościele.

     Na emeryturze ma ksiądz więcej czasu dla siebie. Jakie ma ksiądz plany?

     - W tej chwili - przygotować się do nieba! Ksiądz emeryt pracuje jako ksiądz emeryt, ale pracuje. To jest zupełnie inna sytuacja niż w świecie. Kiedy miałem kłopoty z oczami, kiedy traciłem wzrok i miałem operację, spytałem panią doktor, co ze mną będzie, jak po tej operacji nie odzyskam wzroku. A ona mi odpowiedziała: - Z księdzem to nie ma kłopotu. Zaprowadzą księdza go do konfesjonału, żeby tylko jeszcze ucho było sprawne!

     Ksiądz Eugeniusz Makulski urodził się 9 lutego 1928 r. w Kotarszynie w powiecie opatowskim. Po egzaminie dojrzałości, 14 sierpnia 1948 r. wstgpił do zakonu marianów. Studia seminaryjne odbył w latach 1949-1954 na Uniwersytecie Warszawskim, później we Włocławku. W 1956 r. otrzymał tytuł magistra filozofii i teologii. Święcenia kapłańskie przyjgł 26 czerwca 1955 r. we Włocławku. Pracę duszpasterskg rozpoczgł w 1956 r. od obowigzków wikariusza w Głuchołazach koło Nysy. Po przeniesieniu do Stoczka Warmińskiego w latach 1958-1959 pracował jako wikariusz w parafii Krekole. W roku 1959 r. rozpoczgł studia na Wydziale Historii Powszechnej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, które ukończył w 1964 r. Od 1965 r. zwigzany z Licheniem. Przygotowywał ceremonię koronacji Cudownego Obrazu Matki Bożej Licheńskiej.'Od 1967 r. był proboszczem parafii licheńskiej i kustoszem Sanktuarium. W 2004 r. przeszedł na emeryturę. Otrzymał tytuł Honorowego Kustosza Sanktuarium Matki Bożej Licheńskiej. Mieszka i pracuje w Licheniu.


A. Tomczak

Pielgrzym Licheński
Kwiecień 2005 r.



   


Pamięć i tożsamość Pamięć i tożsamość
Jan Paweł II
Tematem książki jest człowiek zanurzony w historii, stający wobec zła XX wieku i szukający swej tożsamości w spotkaniu z Bogiem. Papież zastanawia się nad takimi pojęciami jak "naród", "ojczyzna", "Europa", zwracając uwagę m.in. na te elementy polskiego dziedzictwa, które mają wymiar uniwersalny... » zobacz więcej

Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]
O stronie... | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2018 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej