Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Moje przesłanie to Jezus

     Z Johnem Michaelem Talbotem rozmawia Radek Molenda

     Twoja obecność, pierwszy raz w Polsce, to nie lada wydarzenie. Zdradzisz kulisty przyjazdu?

     Zostałem zaproszony już ze dwa lata temu, ale odmawiałem myśląc, że nie dam rady. Starzeję się (śmiech) i już nie podróżuję tyle co kiedyś. Ale tej odmowy nie przyjmowali (organizatorzy Jubileuszowego Czuwania w Otwocku - przyp. RM). Naprawdę wiele zrobili, żeby mnie zachęcić. Zorganizowali nawet zbiórkę na bilet lotniczy dla mnie i mojej żony. No więc jestem i bardzo się z tego cieszę.

     Do Twojego przyjazdu miał Polaków przygotować film "Przesłanie Johna Michaela Talbota". Jakie to przesianie? Jest konkretnie dla Polski?

     Moim przesłaniem dla całego świata jest Jezus, zagłębianie się coraz większe i większe w Jezusie! I lepszego przesłania nie potrzeba. Znacie Polskę lepiej niż ja i z pewnością lepiej też odczytujecie przesłanie, jakie ma Bóg do was konkretnie. Moim zadaniem jest przynosić Jezusa i pozwolić Jego przesłanie przyjąć i wprowadzić w czyn - w waszym kraju i kulturze. Wydaje mi się, że byłoby arogancją próbować mówić wam, jak to macie robić.

     A więc Jezus! Jak Go poznałeś?

     Pochodzę z rodziny metodystów, więc wiara w Jezusa" towarzyszyła mi od dziecka. Nie znaczy to jednak, że Go znałem i od początku za Nim szedłem. Pod koniec lat 60. wraz z bratem Terrym założyliśmy grupę Maison Profit. To był country rock i folk rock. Byliśmy naprawdę nieźli. Graliśmy na wspólnej scenie z tak wieloma gwiazdami, że łatwiej byłoby mi wymienić te, z którymi się nie spotykaliśmy. I widziałem, że oni, odnosząc wielkie sukcesy, mając wszystko to, do czego wtedy dążyłem, byli nieszczęśliwi i smutni. Za kulisami ich występom towarzyszyło pobojowisko pustych butelek, narkotyki itd. Stwierdziłem, że to nie dla mnie. Nie tego oczekuję od życia. Zacząłem własne poszukiwania duchowe. Zacząłem się modlić - i Bóg odpowiedział, pozwolił mi poznać Jezusa. Oczywiście nie stało się to od razu. W 1971 r. wróciłem do moich korzeni chrześcijańskich. Z bratem dołączyliśmy do Jesus Movement (Ruch Jezusa - ruch z przełomu lat 60. i 70., który łączył ówczesną subkulturę hipisowską z chrześcijaństwem - przyp. RM).

     Jaka była Twoja droga do konwersji na katolicyzm?

     W 1978 r. w czasie modlitwy usłyszałem od Boga: "John, chcę, żebyś został katolikiem. To jest mój pierwszy Kościół, który kocham". Ale to byłoby trochę za prosto (śmiech). Dużo koncertowałem i widziałem w różnych miejscach dobrych ludzi, którzy wierzyli w tego samego Boga, ale osobno. Zacząłem czytać o Kościele pierwszych wieków i dość szybko odkryłem, że to, co było u początków Kościoła: sukcesja apostolska, rola biskupa Rzymu, Eucharystia, rola Maryi itd. - to wszystko jako jedyny zachował Kościół katolicki. Wspaniałe jest to, że w tym Kościele możemy przeżywać naszą wiarę wspólnie, jako zjednoczony Lud Boży. To mi bardzo pomogło zostać katolikiem.

     A wpływ św. Franciszka, o którym często wspominasz?

     Lubię podkreślać, że wszedłem do Kościoła katolickiego przez dwoje drzwi. Pierwsze to katolicka odnowa charyzmatyczna, ponieważ to bardzo przypomniało mi Jesus Movement. Drugie drzwi, to te franciszkańsko-monastyczne. Podkreśla się tam radykalne życie Ewangelią i mistyczną tradycję modlitwy. Ja byłem spragniony jednego i drugiego, a Kościół katolicki oferował te dwie rzeczy w taki sposób, jak żaden inny Kościół. Doświadczenie tej mistycznej modlitwy wpłynęło bardzo na to, co i jak gram i śpiewam.

     Porozmawiajmy wiec o muzyce i Twoich koncertach. To nie tylko śpiewanie, ale i głoszenie Dobrej Nowiny - w stylu iście amerykańskim - z mocą w głosie i i Padem w ręku.

     Moja cała rodzina muzykowała. Dziadek był pastorem w Kościele metodystów. Podróżował po środkowym zachodzie Stanów Zjednoczonych i zakładał Kościoły. Gromadził ludzi przez to, że śpiewał. Ja robię podobnie. Wydaje mi się, że dużo po dziadku odziedziczyłem. Moja babcia powiedziała mi kiedyś, że jako ewangelizujący w ten sposób katolik jestem bardzo dobrym metodystą, lepszym niż wtedy, kiedy nim jeszcze byłem (śmiech).

     Na rynku chrześcijańskiej muzyki w Stanach Zjednoczonych funkcjonuje znakomicie nurt praise ofworship, reprezentowany choćby przez Amy Grant czy Michaela W. Smitha. Dlaczego od wielu lat pozostajesz wierny muzyce medytacyjnej?

     W latach 1971-1978 również grałem "muzykę Jezusową", którą dziś nazywa się chrześcijańskim przemysłem muzycznym. Uważa się mnie za pokolenie, które zaczynało taką muzykę tworzyć i - mówiąc nieskromnie - to ja doprowadziłem do tego, że Michael W. Smith czy Amy Grant zaczęli tę muzykę również śpiewać. W Stanach Zjednoczonych jest naprawdę wielu znakomitych muzyków chrześcijańskich. Ja jednak odkryłem, że muzyka medytacyjna, której jestem wierny, doprowadza ludzi do modlitwy, do medytowania obecności Boga i Jego słowa wśród nas. Tego nie znajduję w innej muzyce. Czasem za radosnym uwielbieniem nie idzie głębia modlitwy. Wydaje mi się, że właśnie z tego powodu przez ponad 30 lat moja muzyka odnosi sukces. Ona jest niepowtarzalna.

     Sądząc po liczbie wydanych albumów, a w Stanach Zjednoczonych żadna wytwórnia nie wydaje płyt artysty, który się nie sprzedaje, trudno nie przyznać Ci racji. Jak więc tworzy się taką muzykę?

     Przede wszystkim artyści chrześcijańscy powinni się modlić. Nie wystarczy manipulować dźwiękami, żeby coś zrobić. Muzyka musi wypływać z prawdziwego życia modlitwy i spotkania z Bogiem. Jeśli tego nie ma, muzyka - choć się spodoba, może nawet odniesie komercyjny sukces - nie dotknie serca, nie wywoła u słuchających zachwytu Bogiem.

     Przyjechałeś do Polski, żeby podczas warsztatów w Otwocku nauczyć nas słuchać muzyki i modlić się śpiewem. Jak więc to robić? Pytam w imieniu tych, którzy w tych warsztatach nie wzięli udziału.

     Lubię mówić o mojej muzyce według schematu: najpierw śpiewamy razem - i bardzo jestem ciekaw, na ile Polacy potrafią śpiewać po angielsku, bo ja po polsku nie dam rady (śmiech) - a potem staram się wprowadzić ludzi głębiej w modlitwę medytacji. Chrześcijańska muzyka spełnia swój cel z chwilą, kiedy ludzie zaczynają się czuć radośni, podekscytowani Panem Bogiem. To się dzieje nawet wtedy, kiedy uwielbiamy Boga. Ale nie zawsze muzyka jest w stanie doprowadzić osobę do medytacji. I tu jest mój cel: żeby ludzi doprowadzić do medytacji. W przemodlonej muzyce mieszka Duch Boży. Dlatego warto spróbować usłyszeć nie tylko tekst pieśni, ale też ciszę między słowami. W ciszy można usłyszeć Boga, odnaleźć Go w nutach, ale i w przestrzeni miedzy nimi. Wówczas pojawia się to, co zmienia nasze życie.

     Czym jest wspólnota Braci i Sióstr Miłosierdzia, która założyłeś a która jest "pierwszym w Stanach Zjednoczonych uznanym przez Stolicę Apostolską publicznym stowarzyszeniem wiernych".

     To wspólnota kierująca się duchowością monastyczną św. Franciszka. Oczywiście to nie jedyna monastyczna wspólnota w USA, ale jedyna zintegrowana, czyli taka, której członkami są zarówno ludzie świeccy - stanu wolnego i żyjący w rodzinach, jak i zakonnicy i zakonnice. Tego typu wspólnoty w Europie istnieją już od dawna, np. we Francji. W Arkansas w USA, gdzie mamy swój dom, mieszka 25 osób, a na zewnątrz, w swoich rodzinach na terenie Stanów - kolejne 400 osób.

     Jak oceniasz szansę rozwoju takich wspólnot w Stanach?

     Wciąż się tworzą i rozwijają. Dla przykładu: wielu benedyktynów w Ameryce uważa, że małe benedyktyńskie wspólnoty za niedługi czas przestaną istnieć. Powstał więc ruch świeckich benedyktynów. Myślę, że z czasem klasyczne zakony mnisze będą musiały się zreformować. Połowa rodzin w Stanach to rodziny rozbite. Prowadzi to do wielkich szkód emocjonalnych. A nie możemy mieć dobrych powołań zakonnych czy kapłańskich, dopóki nie zbudujemy solidnych katolickich rodzin. Budowanie takich rodzin jest - obok muzyki i kontemplacji, z którymi jesteśmy kojarzeni - jednym z celów wspólnot takich jak Bracia i Siostry Miłosierdzia.

     John Michael Talbot (1954), kompozytor i gitarzysta, jeden z najbardziej znanych i rozpoznawanych na całym świecie amerykańskich twórców muzyki chrześcijańskiej. Poświęcił się jej od 1971 r., kiedy przeżył nawrócenie. Zaczął wtedy wieść żywot pustelnika na wzór św. Franciszka, zamieszkując w drewnianej chacie u podnóża gór Ozark w stanie Arkansas w USA. Przywdział habit, który nosi do dzisiaj, pozostał jednak osobą świecką. Założył w USA Katolickie Stowarzyszenie Muzyków. Do dziś nagrał 51 albumów płytowych - niestety, żaden nie był na otwartym rynku sprzedawany w Polsce Śť które rozeszły się w kilku milionach egzemplarzy. Autor 14 książek.

W dniach 12-15 listopada po raz pierwszy gościł w Polsce. Wziął udział w Jubileuszowym Czuwaniu w Otwocku, następnie dał jedyny otwarty koncert w kościele Dominikanów w Krakowie. Szczegółowy życiorys Johna Michaela Talbota oraz film "Przesłanie Johna Michaela Talbota" można znaleźć na stronie www.jmtalbot.pl oraz na YouTube.

Tekst pochodzi z Tygodnika

28 listopada 2010


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej