Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Święta w kolorze zieleni

Atmosfery wspomnień, dawno przeżytych dni, ich ciepła i zapachu nie przechowa żaden film. Nie nagra jej także magnetofon. Może przetrwać tylko w ludzkiej pamięci. Zagnieździ się w niej obrazami, którym kolejne lata zabiorą wprawdzie ostrość, ale w najmniej spodziewanym momencie wracają, pojawiają się nagle w pełnym blasku. Jakiś flesz wydobywa je z mroku, by ułatwić człowiekowi przeżywanie niedołężnej starości. Bo właśnie wtedy, kiedy ciało nie zawsze poddaje się woli, kiedy jest zmęczone przeżytymi latami, kiedy pamięć często nie przechowuje obrazu wczorajszego dnia, uciekamy właśnie we wspomnienia. To tam czekają te wszystkie dni, których przeżywanie dawało przyjemność obcowania z najbliższymi. Podobnie rzecz miała się z Gertrudą. Tkwiła w niej ta naturalna skłonnosć do wspomnień, którymi, jeśli tylko znalazła słuchacza, chętnie dzieliła się.

W jej dawnym, uładzonym życiu Święta Wielkanocne zaczynały się już w Środę Popielcową. Wychodziła wtedy z kościoła, niosąc z sobą symbol przemijania wszystkiego, co ludzkie, chwilowe. Niosła też pamięć o najbliższych, którzy stali się już popiołami. A w uszach brzmiały jej słowa pierwszej pieśni wielkopostnej: Posypmy głowy popiołem; Uderzmy przed Panem czołem; Zapustne śmiechy na stronę; Cierniową wijmy koronę... To były jednak już bardzo odległe czasy. Gertrudę życie dawno dopadło dwiema siekierkami. I te magiczne dwie siódemki podzieliły jej życie - teraz mieszka z dziećmi i wnukami, a tam daleko pozostały jej wspomnienia. Tam przebywali ludzie, których już nie było koło niej. Do tych wspomnień uciekała też najchętniej. Wyzwalała ich obrazy, bo w nich żyła jej młodość, samodzielność, jej zupełnie inne przeżywanie każdego dnia. Teraz, chociaż otoczona przecież bliskimi, to jednak gubi się w narzuconym pośpiechu, w tempie, w płytkości przeżyć. Brakuje jej atmosfery zadumy Wielkiego Postu, napięcia rosnącego z dnia na dzień, które po czterdziestu dniach oczekiwania wybuchało nagle najradośniejszym ALLELUJA.

Właśnie ta Środa radykalnie dzieliła jej życie i życie najbliższych. Karnawały, jakie pamięta, nie kipiały wprawdzie nieprzerwanym szaleństwem przetańczonych nocy. Za to chętnie wraca teraz do tych wszystkich godzin, które spędziła wówczas w kręgu bardzo dużej rodziny męża. Bratowe i szwagierki na wyścigi zapraszały się wzajemnie. Cały ich karnawał był rodzinnym świętowaniem: śpiewy, żarty, wspomnienia, gry w remika, skata lub sześćdziesiąt sześć. A dla dzieciaków przeróżne warcaby, młynki, bierki. Byli razem. Trzy pokolenia we wspólnocie spędzały niedzielne wieczory karnawału. I z tej wspólnoty czerpali siłę na przeżycie wcale niełatwych dni przedwojennych lub tych po wojnie. Ich spokojne, a przecież pełne radości wieczory karnawałowe w jej wspomnieniach są okresem najżywszej przyjaźni. Jeszcze teraz widzi siebie krzątającą się w kuchni przy garnku bigosu lub stertach kanapek. Nic nadzwyczajnego. Takie małe przekąski. A jednak byli szczęśliwi. Cieszyli się atmosferą kręgu rodziny.

A potem nadchodził właśnie ten okres zadumy. I zamiast śpieszyć do zaprzyjaźnionych rodzin, podążała każdej niedzieli na Gorzkie Żale. Dzisiaj gubi się powoli w swoich sądach. Ale przecież pamięta doskonale, że wtedy, przed laty, kościół był pełen rozśpiewanych ludzi - dzieci, młodzież, dorośli i starcy śpiewali wspólnie te rzewne pieśni. A teraz?... Nie widzi pełnych kościołów. Ludzie zapewne chętniej siedzą przed swoimi telewizorami. Zatrzymuje ich w domu kolejny odcinek filmowego serialu.

Jest już stara i schorowana. Nie zawsze wychodzi z domu. Wysiłkiem jest dla niej wyjść na niedzielną Mszę św. Kiedy jednak czuje się, jak to określa sama - "jako tako", idzie po raz drugi do swego osiedlowego kościoła, by z chórem przeważnie równie starych kobiet wyśpiewać Pobudkę, Hymn, Lament duszy nad cierpiącym Chrystusem, Rozmowę duszy z Matką Bolesną tego rzewnego, tak bardzo polskiego nabożeństwa. Pamięta doskonale z jakiejś odległej nauki rekolekcyjnej, że jest to nabożeństwo z początków osiemnastego wieku. Wtedy to księża misjonarze po raz pierwszy w kościele Świętego Krzyża w Warszawie uczyli wiernych rozpamiętywania męki Chrystusa. Te rzewne melodie i słowa pełne zadumy nad Męką i Ofiarą musiały od razu trafić do serc Polaków. Bo mimo granic, mimo rozbiorowej okupacji, szybko rozeszły się po wszystkich kościołach. I w krótkim czasie ten, kto chwalił Boga po polsku, śpiewał: Gorzkie żale przybywajcie, serca nasze przenikajcie...

Gertrudzie szkoda tamtych lat i dawnych uniesień. Starość zapędziła ją teraz w samotność. Dlatego też nieraz otwiera swój zaczytany śpiewnik i cichutko w swoim pokoiku nuci: Żal duszę ściska, serce boleść czuje, gdy siodki Jezus na śmierć się gotuje... Nie potrafi w te rozważania wciągnąć najbliższych - dzieciaki zapędzone są sprawami zawodowymi, a wnuki nad śpiew rzewnych melodii przedkładają kasety filmowe. Siedzi więc sama. Nieraz zapali świecę, by w jej kręgu wspominać tamte odległe dni.

A był to czas bardzo sumiennego postu. Gertruda miała opracowany cały jadłospis, by mimo postnych potraw podawanych zarówno w środę, piątek i sobotę, nie znużyć rodziny monotonią. Tak było przed wojną. Przez sześć tygodni Postu w trakcie trzech dni w jej domu poszczono. Podobnie było wszędzie. Sąsiadki wymieniały między sobą doświadczenia kulinarne o śledziach w różnych postaciach, o jajecznicy gotowanej na śmietanie, o cebuli z olejem lnianym. A potem każda gospodyni wprowadzała jeszcze swoje fantazje. Tamta do śledzi dodawała pokrojone w kostkę jabłko, a inna ożywiała mdły smak oleju odrobiną soli i musztardy. Kto dzisiaj pamięta polewkę gotowaną na maślance i dojadane do niej ziemniaki w mundurkach?

Po wojnie było już nieco inaczej. Poszczono tylko w środy i w piątki. Ale i tak Gertruda często, czując potrzebę dodatkowego zadośćuczynienia, jeszcze w sobotę podawała postną potrawę.

Zwyczajnie płynęły dni Gertrudy po Środzie Popielcowej. Upływały na rozpamiętywaniu męki Jezusa i hartowaniu w poście własnej woli wyrzeczeń, własnego zadośćuczynienia. W międzyczasie przychodziły dni rekolekcji wielkopostnych. Czekała na nie przez cały rok, bo misjonarze zawsze przynosili tyle nowych mądrości, przykładów, że dusza sama rwała się ku poprawie. Ożywiali życie religijne parafii i nawet najbardziej zatwardziałych prowadzili do kratek konfesjonału.

W okolicach trzeciej niedzieli wielkopostnej, kiedy już odczuwało się ciepło wiosennego słońca, Gertruda wraz z rodziną wybierała się na spacer do okolicznych zagajników, porastających nadnoteckie wzgórza morenowe. To był także ich niezmienny rytuał niedzieli Wielkiego Postu. Przynosili stamtąd gałązki wierzby i brzozy. Sami zrywali je z drzew, w których powoli już ożywały soki. Po zimowym spoczynku zaczęły krążyć pod korą i płynęły do każdej gałązki. Było wtedy już na ogół dość ciepło. We wspomnieniach Gertrudy nawet pogoda była inna. Pory roku wyraźnie następowały po sobie. I kiedy kalendarzowy marzec kazał ustępować zimie, to naprawdę nadchodziła wiosna. No, może takie przedwiośnie. W Poście wszyscy wiedzieli, że słońce przygrzeje i wiosna wybuchnie, by podkreślić radość Zmartwychwstania.

Przyniesione ze spaceru gałązki Gertruda ustawiała w wielkich wazonach. Do wody koniecznie dodawała odrobinę soli. Podobno była ona gwarancją, że gałązki wierzby zakwitną wspaniałymi baziami właśnie na Niedzielę Palmową. Czekała więc cierpliwie. Chociaż dzisiaj przyznaje, że była to cierpliwgść pomieszana z niepokojem. Chciała mieć własne, przez siebie zerwane i wychuchane, gałązki na uroczystą procesję. Żadnego kupowania u rozsiadłych przed bramą kościoła handlarzy. Własne. Zerwane z drzewa, wydarte ciągle trzymającej jeszcze zimie i ożywione w jej domu. Nie pamięta, by kiedykolwiek przyroda zadrwiła z niej, oszukała. Zawsze, przez te wszystkie lata, szła w procesji, niosąc bukiet pięknych gałązek rozkwitniętej wierzby. Spoglądała na nią z dumą. Bo oto po uśpieniu zimowym niosła teraz w ręce na nowo przebudzone życie. Dlatego jej Hosanna, jakie wyśpiewywała w tłumie wiernych, było chyba najradośniejsze. A po procesji niosła te gałązki, po jednej, na groby najbliższych. Kładła je tam, jak symboi odradzającego się życia. Taka była tradycja, w jakiej wyrosła i chciała jej być wierna. Czy na jej grobie kiedyś także ktoś położy gałązkę wierzbową wyniesioną z procesji Niedzieli Palmowej?...

A gałązki brzozy?... Och, one dłużej trzymały swoje pąki zamknięte w błyszczących łuskach. O kilka dni dłużej. Bo krótko po Niedzieli Palmowej ich łuski pękały i wypuszczały z niewoli zielone, prawie seledynowe, bardzo delikatne listki. Ich zieleń była ozdobą stołu wielkanocnego. Zanim jednak można było zasiąsć przy wielkanocnym stole, nadchodziły trzy święte dni: Czwartek, Piątek,Sobota. Ich nastrój, rozmodlenie i atmosfera żalu zawsze towarzyszyła Gertrudzie przez wszystkie lata jej długiego życia. Te trzy dni miała wyliczone niemal do minuty. Nie mogła z nich uronić ani jednej chwili. Godziny przed południem zajmowały nabożeństwa. Potem przychodziły prace domowe, bo przecież święta były tuż, tuż. A wieczorem lub nawet późną nocą klęczała w kościele, adorując uwięzionego Chrystusa. Do dziś pamięta tę przejmującą ciszę kościoła. Po Czwartkowej liturgii kościół opanowywała cisza. Uroczysta i tragiczna. Żadnego, nawet najmniejszego dzwonka. Tylko głuche kołatanie drewnianych kołatek. Gertruda ten smutek widziała nawet w twarzy świętej Magdaleny - patronki jej kościoła parafialnego. Cisza i rozpamiętywanie własnych niegodziwości, które wybudowały Golgotę. Nawet na Anioł Pański drewniane młoteczki swoim klekotaniem przypominały ludziom, że oto zaczęła się największa tajemnica odkupienia - zaczęły się sądy ludzi nad Bogiem. Panował smutek. Był wyczuwalny. Ludzie stąpali w kościele bezgłośnie. Lękali się spłoszyć ten żal, który był bliski każdemu, kto wierzył w Ofiarę Golgoty. Żal i cisza panowały wszechwładnie. Nawet gospodynie tak planowały prace domowe, by dywany wytrzepać wcześniej. No, może jeszcze we Czwartek. Ale w Piątek, kiedy Golgota była tak blisko, żadna nie dopuszczała, by z jej podwórka rozlegały się głuche odgłosy trzepania dywanów. Nie było zakazu, ale taki panował obyczaj. Gertruda mówi, że w tym dniu każdy był wsłuchany w odgłosy młota przybijającego ciało Chrystusa do krzyża.

Życie dyktowało jednak swoje prawa. I mimo powszechnie panującej żałoby trzeba było stać w kuchni przy garnkach lub formach do wypiekania ciasta. Bo Sobota pukała już do drzwi. Zapachy biły w nozdrza, podrażniały łaknienie, kusiły. Ale zakaz był twardy - post całkowity. Próbując jakąś potrawę, jej dosmaczenie, Gertruda nie połykała nawet odrobiny. Tak robiła jej matka. Tak chciała i ona postępować.

W Sobotę, kiedy na półmiskach brązowiły się szynki i balerony, a obok żółcił się wspaniały sernik, konkurując z wyrośniętą babą drożdżową, pojawiał się w kuchni koszyk wiklinowy. Tylko raz w roku. Przez pozostałe dni wisiał pod belką na strychu. Nie korzystano z niego poza tą właśnie Sobotą. Służył tylko jednemu celowi. Święcone. To w nim na półmiseczkach Gertruda w sobotnie przedpołudnie układała mięsa, wędliny, jaja, baranka misternie rzeźbionego w maśle, sól i pieprz. Wkładała jeszcze gałązki bukszpanu. Przykrywała wszystko wykrochmaloną serwetą i w samo południe dumnie kroczyła ulicami miasteczka do kościoła. Święconka!...

Cudowna tradycja polska. Jakże to wszystko pachniało, jakie było uroczyste i kuszące. Ale we wspomnieniach Gertrudy post obowiązywał jeszcze w sobotę. To było wielkie kuszenie!

Dopiero w Niedzielę po uroczystej Rezurekcji, kiedy z wielu piersi, przy dźwiękach organów i wszystkich dzwonów, wyrwało się najbardziej uroczyste i radosne ALLELUJA, ludzie zasiadali do stołu. A przy nim dzielono się jajkiem, symbolem odradzającego się życia. Zaczęły się naprawdę dwa świąteczne dni pełne radości i cudu Zmartwychwstania. Gertruda we wspomnieniach przechowuje te dni jak relikwie. Po uroczystym, a późno zakończonym śniadaniu, spacerem udawali się na pobliski cmentarz. Trochę ruchu dla pobudzenia trawienia. Ale tak naprawdę chcieli tę swoją radość zanieść najbliższym. Tym wszystkim, którzy przed nimi doświadczyli czterdziestu dni Postu, a potem radości Świąt. Stojąc nad ich mogiłami, tworzyli wspólnotę wiernych, złączonych tradycją liturgii Kościoła.

Z cmentarza wychodzili boczną furtką wprost do pobliskiego "lasku". Tak w jej miasteczku nazwano park miejski. Było tam już sporo ludzi. Dorośli kroczyli uroczyście i tajemniczo. A dzieciaki biegały jak oszalałe od drzewa do krzaczka. Zaglądały w zarośla. Rozgarniały kępy zieleniącej się trawy. Ich radosne okrzyki odbijały się echem. To było szukanie "zajączka". Żadnych drogocennych upominków. Smakołyki. Ale ile radości niosły, kiedy dzieciak przy pniu brzozy znajdował koszyczek pełen cukrowych, bajecznie kolorowych jajek, ułożonych na strzępach kolorowej bibuły. To było pierwsze naprawdę wiosenne hasanie. Pierwszy dzień Świąt był dniem rodzinnej radości.

Poniedziałek Wielkanocny natomiast przynosił radość ogólną. Już od wczesnego rana dzieciaki biegały do zaprzyjaznionych domów, by ich gospodarzy wyśmigać zazielenionymi gałązkami brzozy. Tam, gdzie Gertruda spędziła prawie całe życie, w miasteczku na zachodnich rubieżach Polski, krzyżowały się różne wpływy kulturowe. Nie było tu rozpasanych dyngusów. Był śmigus. Dlatego dzieciaki siedmio-, dziesięcioletnie wczesnym świtem biegały od domu do domu i śmigały ich mieszkańców zielonymi rózgami brzozy. W zamian wynosili oni jaja, którymi można było wykupić się od rozwrzeszczanej dzieciarni. Taka była wymowa śmigusa - wiosna puka do drzwi, a w zamian otrzymuje symbol odradzającego się życia.

Koło południa ulice miasteczka opanowywali dorastający młodzieńcy. Dziewczęta nie mogły przejść spokojnie. Zewsząd dobiegały ich piski. Popiskiwały jednak bardziej dla zachowania pozorów. Bo żadna prawdziwej krzywdy nie doznawała. Tutaj nie było wiader i kubłów pełnych wody. Tutaj dziewczynę jedynie skrapiano wodą, najczęściej jeszcze zmieszaną z pachnidłami. Była to bardziej forma zalotów niż prawdziwego dyngusa. Budziła się wiosna i młodzi tak właśnie szukali się wzajemnie, by później iść na wspólne, majowe spacery.

W miasteczku Gertrudy panowała radość powszechna i prawdziwa. Minęły dni zadumy. Nastała radość triumfującego życia. Radość zwycięskiego ALLELUJA była w każdym człowieku.

JANUSZ WYREMBEK



Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść

Nowości

św. Bonawenturaśw. Bonawentura

Modlitwy do św. BonawenturyModlitwy do św. Bonawentury

Litania do św. BonawenturyLitania do św. Bonawentury

Modlitwa do św. Pompiliusza Marii PirrottiegoModlitwa do św. Pompiliusza Marii Pirrottiego

Nie umiem się modlić jak Niemiec...Nie umiem się modlić jak Niemiec...

ks. Romuald Laquaks. Romuald Laqua

Najbardziej popularne

Modlitwa o CudModlitwa o Cud

Tajemnica SzczęściaTajemnica Szczęścia

Modlitwy do św. RityModlitwy do św. Rity

Litania do św. JózefaLitania do św. Józefa

Jezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się JezusowiJezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się Jezusowi

Godzina Łaski 2023Godzina Łaski 2023

Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]

Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty |

Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt

© 2001-2024 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej