Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Nie ma dymu bez ognia

     Październik - szczególnie ten wcześniejszy, to smugi dymu jak znaki interpunkcyjne rozsiane w polskim krajobrazie. Wielkie sprzątanie, wielkie podliczanie (ile zysków, a ile strat?) i refleksje jak nitki babiego lata. Drażnią, irytują, wczepiają się w rzęsy, w myśli i choć pachną smutkiem, niech nigdy ich nie zabraknie, bo to najpiękniejsza transmisja wieczornych promieni słońca, w której czas, serce i słowo przybierają kształty urzekające rzetelnością.

     Coraz niecierpliwiej szukamy ciszy, normalności oraz odpowiedzi na pytania, które wcale nie tak dawno były proste i oczywiste. - Czym jest rodzina? Miłość to kombinacja czy relacja? Dziecko - dar czy inwestycja? Według jakiej waluty wycenić wartość człowieka? Szczęście ludzkie w połowie drogi między prawem stanowionym a naturalnym, a może go wcale nie ma? Jak daleko ode mnie prawda, której zmienić nie można, bo jest absolutna?

     Październikowe wieczory ciche i łagodne jak przesuwany w palcach różaniec emitują dodatkowe, ale najważniejsze (z dotychczasowych) pytanie - kim jest matka? Tego pytania nie sposób wyłączyć z polskiego krajobrazu, bo oznaczałoby to zmianę historii. A jednak... coraz trudniejsza staje się odpowiedź. Dlaczego?

     Włączam taśmę z mojego doświadczenia (które dawno przestałam dzielić na zawodowe, osobiste czy jakieś inne). To nie będzie miła taśma, może nawet zaboleć, w końcu nie wszystko, co miłe ma wartość.

     Część pierwsza zaczyna się jednak na przekór miło.

     Piękny dom i samochód jak z filmu. Piękna, wykształcona, mająca wysoką pozycję zawodową mama, ojcu też nic nie brakuje, poza czasem, ale dyplomatom to się zdarza. Wojtek jest jedynakiem, narzekać nie może, bo gdyby ptasie mleko było do kupienia, to z pewnością wypijałby litr dziennie. Koledzy z klasy mu zazdrościli, a on zazdrościł kilku z nich. Pod różnymi pretekstami wpadał do nich w porze obiadowej, nieśmiało spoglądał w kierunku ich matek, szeroko uśmiechhł się do ich młodszego rodzeństwa i z nie ukrywaną przyjemnością wciągał w nozdrza zapach cieniutkiego raczej kapuśniaku. Był wyraźnie zły na tych. którzy kręcili nosem na rozliczne polecenia swoich rodzicielek, nie mówiąc już o kuchennych ścierkach, które nierzadko lądowały na plecach opieszalców i pyskaczy.

     - Myślę, że chciałbym choć raz zarobić ścierką w łeb - powiedział cicho, patrząc, gdzieś w przestrzeń.

     - Zwariowałeś? Po co?

     - Nie odpowiedział. Był myślami zbyt daleko.

     - Sam mówiłeś, że masz wszystko, że nigdy nikt nie podniósł na ciebie głosu, że na pewno nigdy nie dostałeś żadnego klapsa, że niańki były specjalnie dobierane. Mówiłeś, że ojciec to super gość... i... - Matce też nic nie zarzucam, oprócz jednego - tak często chcę do niej powiedzieć... proszę pani.

     Druga część scenariusza dotyczy już innej matki, innego dziecka i innych rekwizytów. W tle jednak natarczywie ten sam element samotności, ubrany w pstrokaty kostium pozorów. Nie uprzedzając faktów zatrzymajmy się w wejściu do domu, tuż przy schodach, które prowadzą do pokojów ojca, matki i dwóch dorodnych dobermanów oraz pomieszczenia, w którym zwyczajowo mieści się telewizor i barek. Późno już, prawie północ, hałasuj ątrapery i ciężki plecak (wcale nienaumyślnie). Ania, choć ma już siedemnaście lat kiepsko sobie radzi ze złośliwym oporem przedmiotów (ach ten plecak, a w dodatku trzy wielkie, szeleszczące torby podróżne). Nic to, za chwilę przy gorącej herbacie będzie mamie opowiadać co się działo przez te trzy miesiące, w których się nie widziały. Wróciła właśnie z Anglii, gdzie była na obozie językowym, miała być wcześniej, ale coś organizacyjnie nie dograło. W pośpiechu upchała cały ten podróżny majdan w swoim pokoju, który mieści się na parterze i już zaczęła gramolić się na piętro, gdy usłyszała zirytowany głos matki: - Czy musisz tak hałasować, obudziłaś mnie, idź do swojego pokoju, bo jeszcze psy obudzisz... Dobranoc.

     Dla Ani to nie była dobra noc, czekała skulona na łóżku... a może przyjdzie, żeby choć na nią popatrzeć?

     Spotkałam ją parę dni temu, właśnie wybierała się do pewnego młodzieżowego klubu, który ze względu na swoją łajdacką opinię powinien już dawno być policyjnie zamknięty.

     - Nie chodź tam - prosiłam.

     - Dlaczego? Bo amfa, bo koka? Bo trochę za bardzo wyluzowani ludzie? - odpowiedziała szybko, zaczepnie, prowokująco, ale zaraz dodała łagodniej:

     - Tam przynajmniej nikt nie udaje, jest jak jest i nie jestem sama.

     - Anka, tak tylko się tobie wydaje, a narkotyki gorsze od dżumy. Tu nie ma mocnych!

     Tym razem posłuchała, ale co dalej? Chyba, że zacznie schodzić z tego swojego piętra jej matka.

     Odsłona trzecia będzie krótka. Przed południem w kawiarni raczej mało ludzi, dlatego dwie młode jeszcze kobiety siedzące pod oknem mogą nagadać się do woli, co czynią tym chętniej, że przy drugim drinku, język ponoć bardziej skory. Mówią o interesach, pieniądzach, planach wyjazdowych, trochę o prestiżowych imprezach. Co pewien czas, któraś wyciąga z torebki terkoczącą komórkę, po czym szybko wycisza ją kilkoma wyrzuconymi z siebie komunikatami. Spotkanie dobiega końca, a nie byłoby chyba pełne, gdyby nie zahaczyć o problematykę związaną z dziećmi.

     - Wiesz, chcemy kupić Beacie mieszkanie. Za rok kończy osiemnastkę, to niech idzie na swoje. Oczywiście będziemy ją finansować, ale nie będziemy tak ciągle się o siebie ocierać. Zresztą na Zachodzie wszyscy to robią i to jest mądre. Każdy żyje jak chce: my nie stajemy się starymi zgredami, oni mają luz.

     Ta druga pani powiedziała, że się z tym w zupełności zgadza, poprawiła leginsy na udzie i mocniej do torby wcisnęła komórkę.

     A kelner, starszy już pan, który w pobliżu układał stosy wypucowanych talerzyków i spodków mówił sam do siebie: - Nic wam nie pomoże, zgred zawsze będzie zgredem (nawet w leginsach), a ten luz waszych dzieciaków to ja dobrze znam. Ech, za moich czasów matka była matką, a w każdym razie wiedziała, co to słowo oznacza. Coś się poplątało w tym świecie, coraz zimniej i głupiej się robi.

Krystyna Holly
Pismo Katolickie Pielgrzym
nr 23/99


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej