Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Praskie katownie UB

     Ustalenie dokładnej liczby Polaków skazanych w latach 1944-1956 przez sądy komunistyczne na karę śmierci bądź długoletnie więzienie dziś jest niemożliwe. Jeszcze trudniej obliczyć, ile z orzeczonych kar zostało wykonanych przez rozstrzelanie wyrokiem sądów wojskowych bądź powieszenie wyrokiem sądów powszechnych.

     Urząd Bezpieczeństwa od początku swego istnienia starał się, zgodnie z radzieckim wzorcem, zająć centralną pozycję w aparacie władzy. Wszystkie nowo powoływane organy kierowane były do walki z podziemiem, głównie żołnierzami Armii Krajowej. W 1944 r. na czele Wydziału Więziennictwa i Obozów stanął przybyły z ZSRR zaufany człowiek Moskwy, komunista, major Teodor Duda. Pod jego kontrolą organy bezpieczeństwa, poza przejmowaniem budynków więziennych, organizowały pospiesznie liczne areszty śledcze, najczęściej w podpiwniczonych częściach budynków, które były siedzibami UB. Przetrzymywano w nich oskarżonych w koszmarnych nieraz warunkach, bez dziennego światła i ogrzewania. Pomieszczenia nie były skanalizowane, woń śmierdzących "kibli" i odór stęchlizny towarzyszyły więźniom na co dzień. Wiele cel nie miało nawet pryczy, lecz zwykłe legowiska - niemal barłogi - z garścią rzuconej na beton czy ziemię słomy. Wszystkie były przepełnione.

     Takie miejsca, "miejsca przeklęte", istniały nie tylko po lewej stronie Wisły, ale także na Pradze. Trudno uwierzyć, ale nawet najstarsi mieszkańcy dzielnicy często nic o nich nie wiedzą.

     Na ulicy Sierakowskiego, u zbiegu z ulicą ks. Kłopotowskiego, stoi wielki szary budynek architekturą przypominający Moskwę z czasów Bułhakowa, z lat 20. O tym, że była to praska siedziba Urzędu Bezpieczeństwa, przypomina tablica wmontowana w ścianę frontową kamienicy. - Zawsze, kiedy tędy przechodzę, odczuwam strach, słyszę jakieś jęki, odgłosy, przechodzą mnie dreszcze. Minęło tyle lat, ale ten dom kojarzy mi się zawsze z miejscem kaźni. Boję się go - mówi Irena Tomasińska, mieszkanka Pragi, polonistka, poetka odznaczona dwukrotnie za pracę społeczną w organizacji kombatanckiej. W czasie okupacji uczestniczyła w organizowaniu tajnego nauczania na terenach przyłącznych do III Rzeszy. - Miałam to "szczęście" być przez kilka dni przesłuchiwana w gmachu na Sierakowskiego - wspomina. - Na szczęście tylko przesłuchiwana. Po wojnie nie mogłam nigdzie znaleźć pracy. Pomógł mi znajomy i zostałam urzędniczką w prokuraturze. Po kilku miesiącach oskarżono mnie o wyniesienie jakichś dokumentów. Przesłuchiwano mnie przez kilka dni po kilka godzin; w końcu zostałam zwolniona, jednak wspomnienia tych upokarzających przesłuchań pozostały do dziś w pamięci. Może dlatego boję się przechodzić obok tego budynku. - Prawdziwa "katownia" była jednak nie tutaj, ale w pobliżu, w piwnicach kamienicy na ul. 11 Listopada, gdzie w latach 50. zrobiono składnicę złomu. To miejsce nazywano kazamatami NKWD - mówi historyk PRL-u Grzegorz Sołtysiak. - To tu w nieludzki sposób znęcano się nad więźniami politycznymi, torturowano ich, zmuszając do fałszywych zeznań. Często bestialsko mordowano. Ich bezimienne groby są prawdopodobnie na cmentarzu Bród-nowskim.

     W tych piwnicach byli przetrzymywani członkowie Armii Krajowej. Prawdopodobnie przebywał tutaj krotko gen. Emil Fieldorf "Nil", również rotmistrz Witold Pilecki. W 1944 r. po wkroczeniu do Warszawy Armii Czerwonej budynek na 11 Listopada stał się siedzibą i aresztem NKWD. Korzystały z niego sowiecki kontrwywiad wojskowy i Główny Zarząd Informacji Wojska Polskiego. Przed kilku laty w piwnicach mieszkańcy odkryli napisy na ścianach i drzwiach. Okazało się, że większość piwnic służyło po wojnie jako zbiorowe cele. Pod schodami był karcer. Zachowane napisy były wydrapane lub wykonane ołówkiem kopiowym. Zawierały hasła i dramatyczne wezwania np. "Bóg, honor, ojczyzna", "Boże, wyratuj", daty (amnestia 5.9.45), kalendarze i adresy. W datach przeważały lata 1945-46. Pamiątką po areszcie są judasze w drzwiach i prostokątne otwory służące zapewne do podawania posiłków więźniom.

     Trzeba pamiętać, że za tymi napisami, za adresami na ścianach praskich katowni kryją się pojedyncze losy ludzkie, tragedie. "Zrozpaczona stanem zdrowia mego męża zwracam się z błaganiem do Obywatela Prezydenta o łaskę dla niego" - pisała w lutym 1949 r. do Bolesława Bieruta pani Maria. "Mąż mój skazany na karę śmierci wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego przebywa w więzieniu od dwóch lat i 5 miesięcy. Od 16 miesięcy ciężko chory jest już u kresu sił. W imieniu swoim i naszego synka błagam Obywatela Prezydenta o łaskę dla niego. Ręczę swym życiem i życiem naszego dziecka, że mąż mój po wyjściu z więzienia będzie lojalnym obywatelem."

     Pani Maria nie kryje łez, mimo upływu tylu lat. - Mąż walczył w Armii Andersa, wrócił do Polski już w 1947 r. Był wielkim patriotą. Po aresztowaniu zostałam sama z małym dzieckiem, o które bałam się tak samo, jak o niego; przecież komuniści zabierali często dzieci do domów dziecka. Widziałam się z mężem tylko raz, w urzędzie na Sierakowskiego.

     Moją prośbę o ułaskawienie Bierut odrzucił. Męża stracono.

     Tragicznie w kontekście tych wspomnień brzmi wypowiedź księdza Hieronima Lewandowskiego, w latach 1945-1952 kapelana więziennego:

     "Gdy przychodziłem do wiezienia, prowadzono mnie do celi, gdzie potem przyprowadzano skazanego, który zwykle wiedział, że wyrok będzie wkrótce wykonany. Każdy z nich przeżywał swój bolesny Ogrójec, ale zwykle po spowiedzi, komunii św. i modlitwie przychodziło uspokojenie. Sądzę, że niewielu z tych, z którymi miałem możność przeżywać ostatnie chwile ich życia, odeszłoby z tego świata z takim zawierzeniem się Bogu, jakiego byłem świadkiem, gdyby umierali śmiercią naturalną." Dodaje jednak: "Niektórzy więźniowie szli spokojnie, niektórych jednak strażnicy musieli prawie wlec. Jeśli więzień nie był skuty w celi, skuwano go na miejscu śmierci. Przed powieszeniem zawsze zawiązywano oczy. Było kilku katów. Wykonywali swa funkcję w milczeniu."

     Więzienia i obozy wtłoczone w strukturę Resortu Bezpieczeństwa były kolejnym ogniwem terroru. W praktyce osoba aresztowana dostawała się pod całkowitą kontrolę UB i pozostawała w tej zależności aż do końca odbycia kary... Albo do śmierci.

     Tragiczną praską pamiątką tamtych lat jest stojący u zbiegu ulic Namysłowskiej i Szymanowskiego pomnik poświęcony ofiarom stalinowskiego terroru. Powstał z prywatnych datków rodzin osób wiezionych i skazanych, zamordowanych w praskich więzieniach NKWD. Stoi w miejscu, gdzie jeszcze do końca lat 70. istniało kobiece wiezienie. Materiał do budowy monumentu dostarczyły za darmo kamieniołomy ze Strzegomia. Obelisk powstał w całości w czynie społecznym jako hołd złożony ofiarom zbrodni stalinowskich na Pradze. Przypominają się słowa poety:

Widziałem człowieka
poddanego torturom
Siedział teraz bezpiecznie
w gronie rodziny
Opowiadał dowcipy jadł zupę
Patrzyłem na jego rozchylone usta
Dziąsła - dwie gałązki tarniny
odarte z kory
Było to nad wyraz bezwstydne
Widziałem całą nagość
Całe poniżenie
Potem
Akademia
Dużo osób kwiaty
Duszno
Ktoś bez przerwy mówił o wypaczeniach
Myślałem o jego wypaczonych ustach

(Zbigniew Herbert)



Kamila Szymańczyk


Tekst pochodzi z Tygodnika

4 października 2009


Wojna polsko-jaruzelska. Stan wojenny w Polsce 13 XII 1981 - 22 VII 1983 Wojna polsko-jaruzelska. Stan wojenny w Polsce 13 XII 1981 - 22 VII 1983
Andrzej Paczkowski
Byłem czynnym świadkiem wydarzeń, które w tej książce opisuję, do dziś czuję więź emocjonalną z tym, co działo się podczas karnawału 1980,1981, przerwanego wybuchem wojny polsko-jaruzelskiej i z ludźmi, z którymi się wówczas spotykałem... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 Janusz Tomasinski: 27.01.2015, 20:01
 Artysta plastyk syn Ireny.To okrutny i ponury budynek cieszę się że moja matka wtedy w nim nie pozostała.
 Janusz Tomasinski: 04.01.2015, 04:06
 Artysta plastyk syn Ireny.To okrutny i ponury budynek cieszę się że moja 26 latka matka wtedy w nim nie pozostała.
 Janusz Tomasinski: 02.01.2015, 18:56
 Artysta plastyk syn Ireny.To okrutny i ponury budynek cieszę się że moja 26 latka matka wtedy w nim nie pozostała.
 Irena Tomasinska: 02.01.2015, 18:10
 Dziękuję za przywołanie moich wspomnień. Pragnę dodać że w tym okrutnym budynku ,powinno powstać coś w rodzaju muzeum męczeństwa. Torturowanym tam ofiarom należy się pamięć.
 przechodzień: 01.03.2014, 13:38
 jakieś 15 lat temu przeszedłem pierwszy raz koło tego budynku na sierakowskiego przypadkiem przechodząc, nie wiedziałem co tam było a jednak coś tak czuć , miejsce przeklęte, zacząłem oglądać otoczenie, jest tam tablica pamiątkowa, zabobonny nie jestem ale mówię wam bez tablicy wiadomo
 patryiota: 18.01.2012, 19:53
 daje do myślenia
 warszawianin: 14.05.2010, 16:16
 Ciarki idą po skórze, jak to czytam..... 8-| ---------------------------- http://warszawianin.blogspot.com
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej