Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Czatowe zniewolenie

     Moje zniewolenie czatem jest częścią wcześniej rozpoczętego błędnego koła wciągnięcia się w pornografię oraz w jednorazowe kontakty seksualne z kobietami. Ten ciąg trwał półtorej roku: odwiedzanie porno stron, podrywy na jedną noc i wizyty w agencjach towarzyskich. Wszystko to suto pokropione alkoholem. Z chwilą kiedy odstawiłem alkohol, na ponad rok ustały moje seksualne ekscesy. Ustały aż do momentu, w którym odkryłem czat. Anonimowe kontakty przez internet zaczęły się od odwiedzania erotycznych pokoi. Pierwsze rozmowy budziły we mnie skrępowanie - wprowadzenie konwersacji na tory erotyczne dokonywało się początkowo z dużymi oporami. Odkryłem jednak z czasem, że hasło - poświntuszymy? nie budziło oburzenia, ani niesmaku z drugiej strony. Ruszyła lawina wyobraźni - interaktywny sex bez żadnych ograniczeń. Wymyślne scenariusze erotycznych przygód, nakręcanie reakcjami i wątkami wprowadzanymi przez moje czatowe partnerki. Czat szybko wciągnął mnie w wielogodzinne nasiadówy i poruszającą grę wyobraźni. Gdy o trzeciej, czwartej nad ranem kładłem się spać czułem się wykończony i skacowany moralnie. Po przebudzeniu był jeszcze gorzej. Dzień mijał w podświadomym oczekiwaniu na wieczór, kiedy to znów będę mógł wyruszyć w barwną wędrówkę ścieżkami wirtualnego seksu. Jakaś cześć mnie buntowała się przeciw tym eskapadom i krzyczała, ale stan haju, zamroczenia i zmęczenia wywołanego niedospaniem skutecznie tłumił ten głos. Znów zacząłem zaglądać na porno strony, szybko uciekając stamtąd, lecz stan wychylenia w kierunku doświadczeń seksualnych był cały czas podtrzymywany.

     Podczas którejś sesji na czacie moja propozycja spotkania (którą traktowałem jako element podniecającej gry, nie mającej szans się spełnić w rzeczywistości) została podjęta. Pojechałem na umówione miejsce przekonując samego siebie, że tylko sprawdzę z daleka czy dziewczyna przyszła naprawdę. Nie przyszła. Ale ja chciałem żeby się pojawiła.

     Znów godziny spędzane na czacie. Ogarnęła mnie obsesyjna myśl, że być może spotkanie jednak jest możliwe - że wirtualna sesję da się skonsumować naprawdę. Odtąd wiodącą intencją wizyt na czacie stała się chęć sprawdzenia, czy takie spotkanie może dojść do skutku. Odkryłem, że niektóre dziewczyny niechętnie odnoszą się na nachalnych propozycji spotkania w celach erotycznych wysuwanych zaraz na początku rozmowy. Opracowałem więc strategię powolnego oswajania ofiary. Przez pierwsze kilkanaście dialogów udawałem wyluzowanego, inteligentnego pana po trzydziestce. Sypały się żarty, błyskotliwe riposty oraz rzucane niby od niechcenia uwagi typu: czat to ciekawa sprawa - nigdy nie wiadomo co się tu może zdarzyć. Ta nieprzewidywalność mnie podnieca... Gdy wyczuwałem, że dziewczyna patrzy na mnie z zainteresowaniem pojawiały się powoli tematy naszych temperamentów seksualnych, doświadczeń, oczekiwań itp. Stąd już łatwo było przejść do fantazji typu - co bym zrobił, gdybyś teraz była przy mnie. Tu już ruszała lawina wyobraźni - starannie konstruowanych opisów scen erotycznych. Wreszcie padała propozycja: a może się spotkamy: kiedy - teraz!. Po jednej z takich rozmów propozycja została podjęta. Wsiadłem w samochód i pojechałem na umówione miejsce. Byłem przerażony i podekscytowany widząc, że w umówionym miejscu czeka w swoim samochodzie atrakcyjna dziewczyna - mężatka, w trakcie rozwodu (tak przynajmniej twierdziła). Pojechaliśmy do lasu. W trakcie tej podróży, gdy jechała za mną swoim samochodem krzyczałem do siebie - uciekaj! - ale nie uciekłem, było mi "głupio" tak zwiać. Na miejscu, po ostrej już grze wstępnej okazało się że nie mam prezerwatyw. Posiedzieliśmy przez chwilę, schodziło z nas podniecenie. Nie żałowałem, że ich nie kupiłem. To pozwoliło mi zachować poczucie, że nie upadłem, że to był tylko poślizg. Miałem poczucie, że jestem już dużo silniejszy niż przed półtorej roku, kiedy konsumowałem te kontakty w pełnym wymiarze.

     Podobna sytuacja powtórzyła się jakiś czas potem: po namiętnym wirtualnym seksie doszliśmy z moja czatową partnerką, że możemy to spotkanie dokończyć na żywo. Przyjechałem do biura w którym pracowała po godzinach. Sympatyczna dziewczyna, rozochocona naszym namiętnym spotkaniem w wirtualnym świecie. Od razu, niemal bez słów przeszliśmy do czynu. Zaczęliśmy współżycie z którego po chwili ja się wycofałem. Bałem się że nie będę mógł spojrzeć sobie w oczy, jeśli dojdę do końca. I nie tylko sobie...

     Czułem się w pewien sposób dumny z tego, że umiałem się wycofać. Nie umiałem na to spojrzeć jak na chore zachowanie - na sam ten fakt, że do niej przyszedłem i zaczęliśmy "się kochać". Od tego momentu zaczęło mnie podniecać doprowadzanie do sytuacji, w której miałbym już adres w kieszeni i mógłbym pojechać "tylko sprawdzić" czy dziewczyna jest gotowa do sexu i czy jest ładna. Ocena atrakcyjności partnerki zaczęła się zresztą już na poziomie wymiany zdjęć, których prawdziwości oczywiście nie byłem pewien. Ja sam wysyłałem swoje fikcyjne zdjęcia: znajdowałem w internecie chłopaka dosyć podobnego do siebie w niewyraźnym ujęciu. Stwierdziłem, że wymiana zdjęć zwiększa szanse spotkania. Wmawiałem sobie, że do niczego nie dojdzie. W chwili jednak, kiedy już miałem namiary podniecenie było tak silne a rozum tak zmącony, że wyrywało mnie z domu z siła huraganu. Gdy już znajdowałem się na progu przychodziła chwila przytomnej refleksji - co robisz, człowieku co robisz - nie pamiętasz jak się czułeś w te wszystkie chwile, kiedy już było po?

     Trzy razy udało mi się nie pojechać na umówione spotkanie. Takie "zwycięstwa" dawały mi poczucie siły i przyzwolenie na kolejne "podboje" i fantazje. Chęć spotkania - stawała się moją obsesją.

      Zaczynało mi brakować cierpliwości - od razu pytałem o telefon, proponowałem spotkanie. Były chwile kiedy naprawdę byłem już gotów pójść na całość, ale akurat wtedy nie wychodziło.

     Rozmowa na czacie miała więc swoje następujące etapy: zagajenie, udawanie błyskotliwego mężczyznę, wymiana zdjęć, wirtualny sex, wymiana telefonów, rozmowa przez telefon i wreszcie oferta spotkania. Dwie czatowe znajomości doprowadziły do umówienia się i spotkania. W trakcie wirtualnej gadki mówiłem, że czuje się sam i po prostu chce się tylko spotkać i pogadać. Liczyłem na to, że dziewczyna, która zgadza się na spotkanie późnym wieczorem z facetem w rzeczywistości pragnie tego samego co ja. Do niczego nie doszło: tylko rozmowa ukrywająca moje rzeczywiste wychylenie, gotowość na przygodę. Odwoziłem dziewczynę do domu 40 km od Warszawy - dwukrotnie w nocy.

      Kiedy na czacie nie udało się z nikim umówić snułem się po Warszawie samochodem w nadziei, że trafi się jakaś okazja. Wracałem z ulgą że się nie trafiła.

     Kolejna czatowa znajomość przerodziła się w istną wirtualną orgię, przenosząc się po jakimś czasie na telefoniczne łącza. Mogłem zadzwonić w każdej chwili ruszając lawinę zmysłowości. Byliśmy już umówieni - raz - odwołałem - nie była to moja zasługa - sprawa się wydala przed przyjacielem. Po jakimś czasie odgrzałem ten kontakt z taką samą intensywnością. Znów o krok od spotkania. Nakłamałem, że mam dziewczynę, że chce być z nią. I znów satysfakcja, że się nie daję, że walczę, że umiem być tak radykalny. Że potrafię się wycofać, nie zrobić ostatecznego kroku.

     Po drodze jeszcze dwie sytuacje doprowadzone już do umówienia się w domu dziewczyn. Znów ten sam schemat - czat, telefon, gadka szmatka, poczucie się ze sobą bezpiecznie, rozmowa na tematy naszych temperamentów seksualnych i oferta, że przyjadę. Po odłożeniu słuchawki - walka, rzut na taśmę do kaplicy i ulga, że się oparłem pokusie...

     Powstrzymywał mnie strach przed konsekwencjami - ale nie była to świadomość powagi chorobliwych zachowań, zwyciężających mnie za każdym razem, gdy pozwalałem sobie na pierwszy krok.

     Wiele razy obiecywałem sobie że już koniec z czatem, po czym pod byle pretekstem wchodziłem tam: miałem pomysł na nowy nick, lub strategie zachowania się na czacie. Zawsze kończyło się to popłynięciem na fali pożądania.

     Pierwsze otrzeźwienie przyszło wtedy, gdy przyznałem się przyjacielowi do swojego napięcia i gotowości, żeby znów wskoczyć na czat. Ważny był fakt, że on miał podobne doświadczenie. Rozmowa o tym spuściła ze mnie to spiętrzone powietrze. Przełom nastąpił następnego dnia, gdy ów przyjaciel określił swoje stany jako chore - na tyle dziwne, że domagające się jakichś konkretnych, praktycznych kroków, rozwiązań, pomocy. Padła propozycja poszukania takiego światła w materiałach Anonimowych Erotomanów - w ich doświadczeniach. Przez to zestawienie jego i moich problemów po raz pierwszy nazwałem swoje stany, swoje jazdy i swoje przygody właśnie mianem problemu. Już pobieżna lektura materiałów AE pomogła mi nazwać ten problem chorobą - uzależnieniem, miażdżącym kołem mechanizmów, którym przez lata podlegałem. W pierwszej alkoholowej fazie traktowałem swoje jazdy jako wynik pijaństwa. Nie jako odrębny problem, nie jako rozwijającą się równolegle chorobę.

     Również całej serii późniejszych doświadczeń nigdy nie nazwałem chorym zachowaniem. Nie widziałem ich ciągłości, powtarzalności tego samego schematu. Za każdym razem jakbym zaczynał od nowa wmawiając sobie, że właśnie w tej chwili podlegam słabości wchodząc w zachowanie, nad którym trudno może mi być utrzymać kontrolę. Wciąż żyłem w przekonaniu, że posuwam się za daleko, że nie chcę, a powinienem mieć na tyle prawości, żeby powiedzieć stop w danej chwili. Te chwile, w których umiałem jednak się zatrzymać utwierdzały mnie w przekonaniu, że mogę wchodzić w ten żywioł jedną noga. Nie powinienem co prawda, bo to głupie i osłabiające, ale że w chwilach słabości mogę sobie pozwolić na małą sesję chodzenia po granicy. Nie potrafiłem zauważyć tej oczywistej rzeczy, że zawsze tę granicę przekraczałem, że za każdym razem stawałem się łupem nieprzytomnego stanu mojego nastawienia na nowe doświadczenie seksualne.Przebudzony tymi myślami i lekturą broszurek AE podjąłem decyzję o kapitulacji: jest we mnie obszar choroby: prawdziwej i wyniszczającej choroby, działającej z taką samą siła i żelazna konsekwencją jak wcześniej zdiagnozowany alkoholizm. Z tą chorobą nie mam szans. Każde wejście na jej teren skończy się przegraną. Zawsze tak było i zawsze tak będzie. Każda zgoda na flirt, każde jego rozpoczęcie uruchamiało we mnie i wiem już, że zawsze będzie uruchamiać fale która mnie porwie w odmęty iluzji.

     Skapitulowałem wobec choroby. Uznałem, że jestem wobec niej bezradny. Jedyne co mogę to powierzyć ten nazwany bez niedomówień problem, chorobę Bogu, Jego Matce rodzącej do miłości. Jedyne co mogę to powierzać chore pragnienia drugiemu człowiekowi, który rozumie o czym mówię, ponieważ sam doświadczył wciągającej siły chorych zachowań w dziedzinie swojej seksualności. Jedyne co mogę to nie robić pierwszego kroku, który zawsze skończy się biegiem na oślep w krainę narkotycznie wciągającej iluzji. Dając choćby mały kawałek siebie choremu zachowaniu i pragnieniu zatracę siebie w całości. Ta część mnie, która szuka piękna, dojrzałości i oddania się w miłości innym pozostanie brutalnie oderwana ode mnie i porzucona na brzegu; moje ciało, emocje, wyobraźnia odpłyną na fali pożądania, nigdy nienasyconego głodu bliskości, przyjemności, nowych doznań i wrażeń.

     Uczciwe nazwanie problemu, ogłoszenie swojej bezradności i gotowość skorzystania z pomocy Boga miłości oraz innych ludzi noszących podobne znamię okazało się potężną energią: wypchnęła mnie ona z podwodnego świata na powierzchnie. Ze zdumieniem oglądam ten świat jakbym widział i czuł go po raz pierwszy. Widzę nad swoją głową niebo, słońce. Z nową wrażliwością zaczynam widzieć i czuć innych ludzi. Przebudzenie to dobre słowo. Mam nadzieję na Wielką Miłość. Jej wołanie pozwala mi wreszcie odsuwać się od świata chorych zachowań zamiast przebywać w ich bliskości i zależności. Zabieram manatki - idę za głosem wołającej mnie miłości. Mam na nią wielka chrap.. Nadzieję.


Marek, 30 lat


Uwierzyć w czułość Boga. Wiara a ludzka duma Uwierzyć w czułość Boga. Wiara a ludzka duma
Rémi Parent
Czy chrześcijanie nauczyli się przeżywać swoją wiarę w Boga Jezusa Chrystusa w taki sposób, który utwardza ich w człowieczeństwie? Nie powołują się przecież na pierwsze lepsze bóstwo! Wyznają Boga Jezusa Chrystusa, którego śmierć-zmartwychwstanie na zawsze zapewnia zwycięstwo życia nad śmiercią... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 zniewolony: 11.06.2014, 23:26
 Też jestem uzależniony.nie wiem już jak sobie z tym radzić
 Rozczarowana: 30.01.2014, 15:30
 A ja nie jestem uzalezniona od czata wręcz przeciwnie rozczarowana. W ostatnich 3 latach musiałam sie zmagać z głupotą i prymitywizmem nie tylko uzytkowniczki 60letniej z opola ale z nie gospodarnoscią i olewactwem ze strony onetu (admini), który ma odpowiadac za porzadek wogóle nie reaguje na skargi ludzi którym dzieje sie krzywda ale reaguja zeby bronić takich intrygantów jak otoczka. Ona jest juz jak zaraza absolutnie gdzie sie człowiek nie przekreci siedzi to babsko kopiuje logi i szkaluje ludzi, zamiast ja wywalić to jest nagradzana sopami . Nikt nie ma prawa nawet zaprotestować bo zostaje obwołany trolem i banowany. Przydała by sie wreszcie tam pomoc w zrobieniu porzadku bo nie których uzaleznoinych od czata trzeba leczyć przymusowo.
 Mariusz.: 05.11.2013, 22:59
 Moje uzależnienie ma inny scenariusz niż powyższego autora Marka, ale też ma wiele bardzo wspólnego jeśli chodzi o opisywane stany psychiczne i emocjonalne. Najbardziej wciągające jest to kiedy nasza seksualność miesza się z nutką adrenaliny. Zbyt wiele jest stron internetowych erotycznych oraz także jeśli chodzi o swingowanie. Za dużo w naszym kraju jest agencji towarzyskich, a za mało domów kultury.Autor Marek opisuje swoje autentyczne przeżycia i mogę zaręczyć, że to nie jest zmyślone przez jakąś nawiedzoną dewotkę czy dewota. Bardzo wzruszyło mnie to :"Jedyne co mogę to nie robić pierwszego kroku, który zawsze skończy się biegiem na oślep w krainę narkotycznie wciągającej iluzji. Dając choćby mały kawałek siebie choremu zachowaniu i pragnieniu zatracę siebie w całości."
 jaaa: 13.10.2009, 12:30
 jestem uzalezniona od alkoholu
 ja tez: 16.07.2009, 20:15
 ja rowniez jestem uzalezniony od seksu. Wkazdej postaci. Mam zone i nie moge juz sobie z tym poradzic. To jst silniejsze ode mnie. Jak narkotyk...
 uzalezniona : 11.03.2009, 14:54
 witam serdecznie , pozwolilam sobie przytoczyc panska wypowiedz na ten tak barzdo nurtujacy nas wszystkich temat , ogolnie mowiac wirtualnego oddania , zniewolenia... Moje analizy moich zahamowan i zniewolen nie ustepuja, dzieki takim wpisom jak ten panski poczulam ze nie jestesmy sami w tej materi tak dziwnej a jednak tak narastajacej w nowej generacji naszego spoleczenistwa. Dziekuje barzdo za tak otwarta wypowiedz i jestem przekonana , ze wielu z nas bezdie patrzec na to z innej strony , chodz nie powiedziane ze to zrozumia i podejma odpowiednie kroki ... jednak dziekuje
 heaven so no near: 12.10.2007, 22:57
 to jest ciężka choroba- uzależnienie.
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej