Wytrwałość...Łk 21, 12-19
Krzyż rozjaśni twe oblicze, będzie skarbem, a nie niczym... - Teresa Kruszewska, Listy z Krzyża do Ciebie
...tak po ludzku boję się. Nie potrafię znieść tego, jak ktoś na mnie mówi źle mimo iż prawda jest inna, chcę to za wszelką cenę wymazać z mego życia, zapomnieć o tym. Boję się przeciwności losu, a jutro jest takie wciąż niepewne, to jak wejść do ciemnego pokoju i poruszać się w nim po omacku. Boję się tego co ludzie powiedzą... A Jezus dziś mówi do mnie, że włos mi z głowy nie spadnie, że moja wytrwałość będzie nagrodzona. Czas już może porzucić te lęki, wszelkie obawy i bardziej zaufać Bogu, jeszcze bardziej przylgnąć do Jego Ramion. Krzyż... to On jest wpisany w moje życie, to z Jego powodu będą mnie prześladować, urągać, wyśmiewać, bo Krzyż stał się dziś taki niewygodny, taki palący plecy, taki wstydliwy mebel, coś co trzeba usunąć, zdjąć, podeptać. Życie wciąż gna naprzód, nie nadążam czasem za nim, może zbyt mocno żyję w cieniu Krzyża...? Może. Ale w tym cieniu czas nie stoi, biegnie swoim rytmem, rytmem miłości, dobrych uczynków, słów prostych, słów, które nie ranią. To jest ten czas, w którym ja mam siebie, w którym mogę bardziej poznawać swego Pana. Wytrwale podążam z krzyżem, odkąd pamiętam to wciąż On był i jest częścią mego życia. Już od pierwszych godzin mego życia byłam naznaczona krzyżem - rok 1971, wtedy w małych miasteczkach nie było nawet oddziału położniczego tylko izba porodowa i akuszerki, w takiej izbie przyszłam na świat, byłam słabym noworodkiem, umierałam, nie było inkubatora, miałam problem z oddychaniem, ale Bóg chciał inaczej, było to 8 grudnia - święto Niepokalanego Poczęcia NMP. Znak? A może cud? Swoją wiarę zawdzięczam swej babci, to ona owego dnia padła u stop Przenajświętszej Panienki w Kościele i wymodliła życie dla mnie, i odkąd pamiętam zawsze owego dnia chodziłam z babcią do Kościoła, aby podziękować za owy cud życia, dar, którego jestem świadkiem. I nadal dziękuję tego dnia za swe życie. Krzyż dany mi owego dnia jest moim cudownym krzyżem, uczę się wciąż wytrwałości, uczę się pokonywania trudności, uczę się wciąż i wciąż na nowo miłości. A ludzie? Ludzie gadać będą zawsze, bo taka już nasza natura. Pamiętam, kiedy zachorowała córka... urągano wtedy Bogu, że co to za Bóg skoro dał chorobę dla tak małego dziecka, że skazał je na śmierć, a moją rodzinę na takie wyrzeczenia, ból, cierpienie, próbowano mi wmówić, że Boga nie ma... a potem zaczęto wytykać mnie palcami bo pokazywałam się z chorym dzieckiem, że mówiłam wszystkim, że Bóg nas kocha, że nas nie opuszcza... nawet będąc na Mszy Świętej odsuwano się od nas... Cierpienie wtedy bardziej boli, boli niezrozumienie ludzi, boli odrzucenie i na nic wtedy tłumaczenie... próżne są słowa, bo nikt nie nauczy miłości kogoś kto sam nie kocha siebie, nie kocha Boga, nie otwiera się na Jego miłość. Ale i ten krzyż dałam radę unieść, choć bolał, ranił, kaleczył... ale niosłam go. Każdy dzień był dla mnie lekcją miłości. Czy dobrze odrobiłam te lekcje? Mam taką nadzieję, że tak... "Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie." - rano, gdy budzę się, dziękuję Bogu, że dane mi było obudzić się, że mam jeszcze szansę na poprawienie tego, co nie udało mi się wczoraj, że jeszcze mogę coś zmienić, że nadal moje uzdrowienie trwa. Wielka to łaska Pana, nie chcę jej zmarnować czy też zaprzepaścić, bo nagroda jest wielka. Panie... dziękuje, że dane jest mi żyć tutaj i teraz i nieść swój krzyż.
Renata
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |