"A ja chcę się upodobnić do Boga. Dlatego muszę być zawsze i dla każdego wesołym"Bł. ks. Stefan Wincenty Frelichowski zanotował w swoim harcerskim dzienniczku: "A ja chcę się upodobnić do Boga. Dlatego muszę być zawsze i dla każdego wesołym". Poniżej znajduje się wspomnienie Marii Jackowskiej, najmłodszej siostry błogosławionego, wygłoszone w audycji "Rozmowy niedokończone" w Radiu Maryja w poniedziałek, 17 lutego 2003 r.![]() W niezwykłej codziennościW domu wszyscy nazywaliśmy go Wickiem. Nie używaliśmy imienia Stefan. Wicek dominował wśród naszego rodzeństwa. Zachęcał do robienia czegoś prośbami i delikatnymi zaleceniami. Mówił np. "zrobimy kajaki, pomożemy rodzicom, pójdziemy do dziadków". Kiedyś brat spytał mnie: "Czy chciałabyś mieć własne pieniądze?". "Tak, chciałabym" - odpowiedziałam. "A chciałabyś iść do pracy?". "Jak to do pracy? Kto mnie przyjmie? Przecież jestem za mała, by pracować" - odrzekłam. "Jak chcesz wyjechać na wakacje, to możesz sama zarobić na swój wyjazd". "To co ja mam robić?" - nie kryłam zdumienia. "Roznosić gazetki kościelne" - powiedział Wicek. Podjęłam się tego zadania, a potem bardzo się cieszyłam, że mogłam za własne, ciężko zarobione pieniądze wyjechać na wakacje. Wicek zawsze podsuwał nam takie pomysły. Uczył nas, żeby nie być nikomu ciężarem, żebyśmy umieli sami zadbać o siebie.U nas w domu przy stole zawsze gromadziło się wiele osób, bo do wspólnego posiłku zasiadali domownicy, czeladnicy i uczniowie. Po kolacji wszyscy klękaliśmy przed obrazem i mówiliśmy pacierz. W maju odmawialiśmy litanię do Matki Bożej, a w październiku różaniec. Po modlitwie rozchodziliśmy się do swoich zajęć. Moi rodzice utrzymywali również bliskie kontakty z księżmi. Pamiętam zwłaszcza bardzo serdecznego przyjaciela rodziny, ks. Sosnowskiego z Tucholi, który w czasie wojny został rozstrzelany przez hitlerowców. Jak w każdej rodzinie były i dobre, i złe chwile, potrafiliśmy posprzeczać się i pokłócić, ale jedno za drugim skoczyłoby w ogień. Zawsze bardzo przeżywam wszystkie rocznice, nie tylko związane z Wickiem, ale i z moimi rodzicami, którzy byli wspaniałymi ludźmi. Teraz też ze wzruszeniem czekam na sobotnią uroczystość. Ja pierwsza z rodziny dowiedziałam się, że Wicek nie żyje. Poszłam do jego mieszkania, na plebanii przy kościele Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Wszystko tam było posprzątane, czekało na jego powrót. To był bardzo przytulny pokoik, choć nie było pieca, ale Wicek jako harcerz był zahartowany, nie bał się zimna. Woda tam w nocy zamarzała w miednicy, rano jak chciał się umyć, musiał dolewać wrzątku. Z mieszkania Wicka przyszłam do domu. Drzwi otworzył mi tatuś. To było 5 sierpnia 1945 roku, pierwszy piątek miesiąca, więc przy obrazie, który mam do dzisiaj, płonęła oliwna wieczna lampka. Mamusia właśnie klęczała, modląc się. Spytała, co się stało, że tak długo nie wracałam. Odpowiedziałam, że byłam u cioci i tak mi zeszło. Tatuś zawołał mnie do drugiego pokoju i powiedział: "Marylo, mów prawdę, co się stało. Wicek nie żyje, tak?". Powiedziałam tatusiowi o śmierci Wicka. On podszedł do klęczącej mamy i powiedział: "Widzisz, Martusiu, nie było nam dane doczekać powrotu naszego trzeciego syna. Pan Bóg powołał go do siebie". Nie było żadnej histerii ani szlochów, choć rodzice bardzo głęboko to przeżywali. CK
Nasz Dziennik 22-23 lutego 2003
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |