Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Maria Kolbowa - matka świętego

Szczęśliwe są dzieci, które mają dobrych rodziców. Zaszczepione w pierwszych latach szlachetne zasady, a zwłaszcza rodzicielski przykład chrześcijańskiej pracowitości, pobożności i ofiarnego poświęcenia się dla rodziny i bliźnich, stanowią podstawowy czynnik wychowawczy. Niezwykle doniosłą w tym względzie jest rola matki. Dobrze spełniła to zadanie matka bł. Maksymiliana Kolbego, Marianna.

Jako młoda dziewczyna marzyła o poświęceniu swego życia Bogu w zakonie. Było to jednak niemożliwe, gdyż w zaborze rosyjskim zakony zostały rozwiązane przez władze państwowe i zakazane. Wprawdzie o. Honorat Koźmiński, kapucyn, organizował różne tajne zgromadzenia bezhabitowe, ale zapewne Marianna Dąbrowska o nich nie wiedziała. Poznała Juliusza Kolbego. Ujęci wzajemnie szlachetnością i dobrocią pokochali się i zawarli małżeństwo.

Wkrótce po ślubie oboje wstąpili do trzeciego zakonu św. Franciszka. Młoda mężatka przejęta była duchem franciszkańskim. Z jednego jej listu można wnosić, że jest wdzięczna za powołanie i cieszy się, że oboje nie są zamożni, lecz ubodzy, a środki na utrzymanie zdobywają własną pracą.

Kolbowie, zgodnie z tradycjami swych rodzin i stosownie do swego wykształcenia, pracowali jako tkacze. W tym celu wynajęli dom w Zduńskiej Woli. W jednej izbie umieścili warsztaty, na których pracowali sami i trzej chłopcy-terminatorzy. Oboje małżonkowie umieli sobie dawać radę w trudnych i niespokojnych czasach. Kiedy jednak w Łodzi i okolicy zaczęły się mnożyć fabryki włókiennicze, Kolbowie na swoich chałupniczych warsztatach nie mogli z nimi skutecznie współzawodniczyć. Sprzedali swoje urządzenia tkackie i przenieśli się do Łodzi, a potem do Pabianic.

Po dwu latach małżeństwa urodził się im pierwszy syn Franciszek (1892), a następnie Rajmund (1894) i Józef (1896). Później przyszło na świat jeszcze dwóch chłopców, którzy - niestety - zmarli w niemowlęctwie.

Wychowaniem dzieci zajmowali się oboje, ale matka szczególniej, choćby dlatego, że ojciec pracował w fabryce. Pani Maria kochała synów gorąco, była jednak stanowcza i wymagająca. Domagała się posłuszeństwa, cierpliwego znoszenia niewygód i przezwyciężania trudności. Uczyła dzieci karności. Z drugiej strony z całą powagą traktowała swych małoletnich synów. Przykładem tej postawy może być szczegół z życia bł. Maksymiliana. Zdarzyło się, że matce coś się nie podobało w postępowaniu syna i z wyrzutem powiedziała: "Mundek, co z ciebie wyrośnie?!" W pytaniu-skardze było widocznie coś bardzo charakterystycznego, skoro tak mocno podziałało na chłopca, że zaczął zaraz modlić się przed ołtarzykiem domowym i tam powtórzył Matce Bożej to samo pytanie. To wtedy w kościele Sw. Mateusza miała mu się ukazać Matka Boża z dwiema koronami: białą i czerwoną, proponując, by jedną z nich wybrał. Mundek wyciągnął ręce po obie. Stały się one prawie tak samo znane jak sam bł. Maksymilian. Tę historię znamy od pani Marii, a opisała ją dopiero po męczeńskiej śmierci syna. Kiedy dowiedziała się o tym od Rajmunda, musiała się zobowiązać, że dochowa sekretu i nikomu o tym nie powie. Słowa, danego swemu synowi, dotrzymała, póki on żył.

W życiu Błogosławionego było wiele momentów, w których ważyły się jego przyszłe losy. Matka odegrała w nich decydującą rolę.

W czasie gdy Rajmund, będąc już w niższym seminarium franciszkańskim we Lwowie, przechodził pewien kryzys duchowy, matka bezwiednie wpłynęła na zmianę decyzji syna. Zdawało mu się, że życie zakonne bez walk, bez rozmachu jest zbyt spokojne, marzyła mu się zatem walka orężna o wolność Ojczyzny. Dręczyły go wątpliwości, czy z takim stanem ducha powinien rozpocząć nowicjat. Wówczas do Lwowa przyjechała matka. Od niej dowiedział się o zmianach, jakie zaszły w rodzinie. Ponieważ wszyscy synowie byli już w zakonie - najmłodszy również został przyjęty do internatu - oboje rodzice postanowili rozłączyć się. Ona zamierzała wstąpić do zakonu, a ojciec miał jeszcze jakiś czas pracować, aby pokrywać koszty utrzymania i kształcenia najmłodszego syna.

To było wstrząsem dla Rajmunda. Rodzice rozłączają się, aby móc służyć lepiej Bogu, a on miałby porzucać seminarium i wymarzone życie?! Zdaje się, że matce nic nie wspomniał o swoich wątpliwościach. Gdy prowincjał wypytywał się, kto pragnie wstąpić do zakonu, zdecydowanie poprosił o przyjęcie. Matka zapewne nie zdawała sobie nawet sprawy, jak decydująco wpłynęła na syna.

Maria Kolbowa wstąpiła do klasztoru sióstr benedyktynek we Lwowie i przebywała tam ponad rok. Nie bardzo jej jednak odpowiadała idea życia benedyktyńskiego. Napisała do syna, teraz już brata Maksymiliana, przebywającego na studiach we Włoszech, z prośbą o pomoc w przyjęciu do jakiegoś żeńskiego klasztoru franciszkańskiego. Syn starał się o to za pośrednictwem o. Serafina, polskiego spowiednika w bazylice Św. Piotra w Rzymie, w trzech zgromadzeniach, ale odpowiedź była wszędzie odmowna. Maria wywnioskowała, że Bóg zapewne chce, aby pozostała w świecie. Zamieszkała więc w Krakowie u sióstr felicjanek na Smoleńsku. Podjęła się wykonywać każdą pracę w zamian za utrzymanie. Siostry dostrzegły wnet bystrość i inteligencję swej rezydentki i powierzyły jej załatwianie różnych spraw gospodarczych, urzędowych i administracyjnych klasztoru. W ten sposób służyła siostrom felicjankom w Krakowie 33 lata.

W czasie obydwu wojen była osobą bardzo użyteczną, znała bowiem język niemiecki, a przy tym była taktowna i wcale niełatwo ustępowała w załatwianiu najbardziej drażliwych spraw. Na ulicach Krakowa spotykało się ją często. Zawsze w ciemnym ubraniu, w czarnym kapeluszu, zimą w długiej, latem w krótszej i lekkiej pelerynie wchodziła do sklepów i urzędów, skromna, darząca pogodnym uśmiechem tych, z którymi wypadło jej cokolwiek załatwić. W każdej wolnej chwili modliła się w różnych intencjach, a szczególnie za syna, który ją o to prosił. "Dziękuję Bogu - przyznała się Maksymilianowi - że mieszkam w klasztorze, gdzie Pan Jezus jest wystawiony stale na ołtarzu. Dla mnie jest to niewymowne szczęście, że w milczeniu mogę wielbić niepojęte miłosierdzie Boże i przez Matkę Niepokalaną przesyłać swe prośby".

Wielką radością były dla niej otrzymywane listy od syna. Przechowała je prawie wszystkie i po jego śmierci oddała do Niepokalanowa.

O. Maksymilian w każdym liście prosił o modlitwy, aby rozwijała się działalność apostolska, wydawnicza, misyjna, a on nie przeszkadzał w tym dziele swoim niedołęstwem. Był uradowany, że matka tak głęboko i dobrze pojmuje wartość rzeczy nadprzyrodzonych, dziękował jej za to szczególnie. Gdy o. Maksymilian znalazł się w więzieniu i obozie, dowiedziała się o jego cierpieniach. Sam nie chciał niepokoić matki, pisał: "Bądź spokojna o mnie i moje zdrowie, gdyż dobry Bóg jest na każdym miejscu i z wielką miłością pamięta o wszystkich i o wszystkim". Wkrótce otrzymała wiadomość o śmierci syna. Dowiedziała się o jego poświęceniu się za drugiego człowieka i o śmierci głodowej. Miłość matki zaczęła pytać, dlaczego Bóg na to przyzwolił, dlaczego Niepokalana go nie obroniła. Później ukorzyła się w boleści i powiedziała sobie: Nie jestem godna i nie rozumiem wartości krzyża, i poczęła prosić o moc i miłość męczeńską. Zrozumiała, że nad miłość naturalną więcej trzeba cenić miłość Bożą.

Ból udręczonej matki był zrozumiały; straciła przecież w nim czwartego spośród pięciu synów. Najpierw dwaj najmłodsi zmarli w wieku niemowlęcym. Później, na początku pierwszej wojny światowej, zginął mąż. Najmłodszy syn Józef (o. Alfons) zmarł w szpitalu w roku 1930, gdy o. Maksymilian był na misjach w Japonii. Bóg nie oszczędził jej dalszego ciosu. Po o. Maksymilianie również i najstarszy jej syn Franciszek, który podobnie jak ojciec walczył w legionach Piłsudskiego i powrócił z wojny kaleką, zginął także w obozie koncentracyjnym tuż przed zakończeniem drugiej wojny światowej. Marianna Kolbowa nie załamała się pod brzemieniem tylu nieszczęść rodzinnych. Niemniej te bolesne przeżycia osłabiły jej serce. Gdy witała w tłumie krakowian wracającego z Rzymu arcybiskupa Adama Sapiehę, mianowanego właśnie kardynałem, nagle zmarła. Stało się to dnia 17 marca 1946 roku. Maria Kolbowa liczyła wówczas 76 lat. Cicha, skromna, ofiarna, świątobliwa matka i wychowawczyni wielkiego Męczennika odeszła po dobrze zasłużoną nagrodę.

 
[ Strona główna ]

Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty |

Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt

© 2001-2026 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej