Bóg zamienia kamyki w bursztyny... - rozmowa z Wojtkiem MalajkatemA może trzeba mieć po prostu osobowość? Bo dlaczego jednym się udaje, a innym nie? Wiemy: talent, warunki, praca i łut szczęścia. Ale wiemy jedno, widzimy drugie.Dustin Hoffman na przykład. Warunki? Koń by się uśmiał. Talent? W szkole nikt go nie dostrzegał. Praca? Ale wtedy, kiedy ma się już nad czym pracować, gdy się gra coś więcej niż klamkę, czy drzewo. No więc dobrze. Zgódźmy się, że sukces w sztuce aktorskiej, w zawodzie, o którym marzy tak wielu młodych ludzi zależy od czegoś, czego do końca nie da się wyartykułować, co jest metafizyczne, co stanowi ową tajemnicę. Ale najbardziej intryguje właśnie tajemnica, chcemy ją przeniknąć, zdemitologizować. Wojtek Malajkat jest ostatnim aktorem i ostatnim człowiekiem, który chciałby wokół siebie tworzyć mity. Kiedy w "trójce" czyta kolejny odcinek powieści dla nastolatków jest jakby wyjęty ze szkolnej ławki, ze studenckiej dyskoteki, z tramwaju, z kolejki. Jest jednym z nas. W drucianych, okrągłych okularach, z dołkiem w brodzie, z dziecinną, nieco roztargnioną, ciekawą świata twarzą, w której uderza szczerość, ale także pewna anonimowość, a której dopiero pozbawia go scena. Może ta elastyczność, ta anonimowość właśnie, to pytanie, które zadajemy sobie po każdej Wojtka roli: "Kim naprawdę jest ten chłopak" prowokuje reżyserów do eksperymentowania na jego aktorskich możliwościach. Bohater Wojtka jest w każdej roli bardzo wyraźnie narysowany, widać, że aktor jest świadomy środków wyrazu jakie proponuje, ale ciągle jeszcze nie można go zidentyfikować z żadną postacią. - Chciałbym żeby tak było całe życie - mówi Wojtek Malajkat - żeby ludzie wciąż się zastanawiali: niekomediowy, nieliryczny, niedramatyczny, nieestradowy, diabli wiedzą jaki. Gdy spotykam się z nim w garderobie teatralnej jest tak naturalny, jakby nie miał nic wspólnego z owacjami, które przed chwilą zgotowała mu publiczność. Nie mogę więc nie zadać pytania: - Teatr czy życie traktujesz bardziej serio? - Chyba jestem szaleńcem - odpowiada Wojtek - teatr jest po prostu we mnie, nie umiałbym tego oddzielić i nie wyobrażam sobie, żeby kiedykolwiek w życiu mogło być inaczej. Ten zawód jest zazdrosny, wymaga wyłączności, zabiera nas w całości, zabiera rodzinie. Tak jak matematyk opanowany żądzą rozwiązania zadania nie pójdzie spać dopóki nie rozwiąże tego wzoru, tak aktor, zafascynowany rolą nad którą pracuje będzie myślał o swoim zadaniu intensywnie, przy goleniu, myjąc się, jedząc, czy rozmawiając z dziewczyną. Ten zawód nas pożera, ale to jest właśnie w nim wspaniałe. - Od czterech lat grając na scenie, przed każdą premierą spalasz się jednakowo? - Premiera to nerwy, to kompletna zaćma, wychodzimy na scenę i na moment zupełnie zapominamy, co mamy robić. Publiczność, przed którą trzeba pokazać to, co w zamkniętym gronie próbowaliśmy tygodniami najpierw straszliwie deprymuje. Ale nigdy nie rzuciłbym teatru właśnie ze względu na to, że wymaga on od aktora największej koncentracji, chociaż są też momenty ogromnego żalu, że nic już nie można poprawić, do niczego wrócić, tak jak na planie filmowym w kolejnym klapsie. Za każdym razem szkoda tych gestów, których się nie wykonało, tych reakcji, których zabrakło. - Widocznie lubisz podnosić poprzeczkę. Skończyłeś szkołę w 86 roku, a w dwa lata później miałeś już za sobą najważniejsze dla każdego aktora role: Hamleta i Konrada w "Dziadach". To też jakbyś bez treningu pobił najwyższy rekord olimpijski - aktorów często porównuje się do sportowców. Po zwycięstwach jednych i drugich, podekscytowana publiczność żąda wciąż więcej i więcej. Co może być po Hamlecie więcej? Może być tylko inaczej... - Dlatego marzę o zagraniu tych ról raz jeszcze po latach na przykład dziesięciu. To byłoby dopiero fenomenalne doświadczenie. Mam świadomość, że nie osiągnąłem żadnego pułapu, to był tylko test, może trudniejszy niż przypadł w udziale innym, ale tylko sprawdzian, genialna szkoła życia scenicznego, nigdy w życiu nie nauczyłbym się tyle w czasie najdłuższych nawet studiów. Przez wiele miesięcy wychowywałem się na Szekspirze, na którym wychowywali się najlepsi, który wytrzymał sześćsetletnią próbę czasu. Ale kiedy zobaczył mnie pierwszy raz reżyser, gdy przyjechał z Holandii robić "Hamleta" w teatrze Studio, był przerażony, że jestem taki młody. Potem zdaje się, że mnie nawet polubił, ale do końca walczyliśmy. - Szukasz w pracy przeciwnika? - To jest niezbędne, gdy się chce coś razem tworzyć. Z chropowatego kamienia, gładząc go nie otrzymamy tego efektu, gdyż ma powstać wielopłaszczyznowy cudowny, kanciasty twór, trzeba go więc ostro szlifować. - Ale ten szlif powinna dać. ci także szkoła, żeby w teatrze zapędzony reżyser mógł odróżnić łatwiej brylant od szkiełka. - Struktura szkolnictwa artystycznego włącza nas w ramy administracyjnej dyscypliny, dlatego tym serdeczniej wspominam Profesorów, którzy żądali od nas czegoś więcej nad tę jałową dyscyplinę, sami dając w zamian zapał, umiejętności i wiarę w nas. Do nich zaliczam przede wszystkim moją ukochaną Profesor Ewę Mirowską i Profesora Machulskiego. Należeli do tych, którzy potrafili mnie zapłodnić, wzbogacić moją wrażliwość, dać mi siłę, która tak jest potrzebna w życiu i w teatrze. - Chociaż zaczęło się od porażki. Pamiętam, że gdy robiłam reportaż o absolwentach szkoły warszawskiej z 86 roku, a byli oni właśnie po ogólnopolskim przeglądzie dyplomowych spektakli szkół teatralnych w Łodzi, krzyczeli mi wszyscy naraz do mikrofonu pełni najświętszego oburzenia: "To straszne, Wojtek Malajkat nie dostał żadnej nagrody ani wyróżnienia, a on był najlepszy z nas wszystkich. Niech Pani sobie zapamięta jego nazwisko, zobaczy Pani, że mieliśmy rację i że poznaliśmy się na nim lepiej niż całe szacowne jury". Ale ciebie ich enuzjazm pewnie niewiele wtedy pocieszał. Jak więc dostałeś się zaraz potem do warszawskiego teatru Studio? - Zgłosiłem się na rozmowę do dyrektora Grzegorzewskiego, coś tam kręcił, zbywał mnie niczym, ale w końcu sam wpadł na pomysł obsadzenia mnie w "Hamlecie". - Więc jednak szczęście? - Niebywałe, ja temu szczęściu pomagam, dużo pracuję, czytam, ćwiczę. Ale wśród miliona kamyków można być tym, obok którego Pan Bóg przejdzie obojętnie. Bo tylko te, które Bóg podniósł, stały się bursztynami, szmaragdami, topazami. - Masz jeszcze swoją teorię z butelkami... - Tak, reżyser buduje jedną wielką butlę, a aktor musi orać po sobie samym, żeby się w tę butlę wpasować: czasem trzeba w niej być pęcherzykiem powietrza, czasem dnem, elementem namalowanym na szkle, a jeśli się w tej inscenizacji nie zaistnieje, wtedy jest się jak paproch, który zamętnia obraz tej butli. - Fantazja, która przez ciebie przemawia niewątpliwie ci w tym zawodzie pomaga, a dalej? Pokora, czy pewność siebie, co służy lepiej? - Tylko pokora. Bez niej, mimo pozornych sukcesów, ostateczny bilans będzie zerowy. - Co ci daje taką stabilność i energię?
- Z Mrągowa, skąd pochodzisz, do Łodzi daleko, na warszawską scenę jeszcze dalej. Kiedy sobie wymyśliłeś, że zostaniesz aktorem? - Wcale sobie tego nie wymyśliłem. Chciałem od zawsze być nauczycielem geografii i na długo przed maturą złożyłem dokumenty na Uniwersytet, aż tu nagle, jak diabeł z pudełka wyskoczyła polonistka, wcale nie z mojej klasy, która mnie gdzieś tam wypatrzyła i uparła się żebym zdawał do szkoły aktorskiej. Najpierw się oburzyłem, a potem zapierałem na sześć par rąk. Ale ona też była uparta. W końcu złożyłem, już po terminie, papiery do Łódzkiej Szkoły Teatralnej, a owa polonistka, Pani Anna Pochyła pojechała na egzamin razem ze mną, żebym po drodze nie uciekł. Zresztą mało brakowało. Na egzamin wszedłem prosto z pociągu, nigdy wcześniej w tym gmachu nie byłem, popatrzyłem na tych wszystkich wspaniałych profesorów, których znalem z telewizji i... umarłem ze strachu. - Widocznie cię jednak skutecznie reanimowano. A swoją drogą ile to wspaniałych wyborów, potem błyskotliwych karier, zawdzięczamy owym anonimowym najczęściej polonistkom, które gdzieś tam wiodą szary żywot, niedoceniane, niedowartościowane, a to ich zapał zapala tę pierwszą iskrę. Mam nadzieję, że niedługo ten zawód nauczyciela, który i Tobie się marzył doczeka się nobilitacji. Co było dalej? - Dalej pozapominałem kompeltnie teksty. Świadomość, że mam coś udawać przed tymi, którzy to wszystko mają w małym palcu lewej nogi sparaliżowała mnie doszczętnie. Co chwila przerywałem recytację i rzucałem znaczące i błagalne spojrzenia na prof. Sochnackiego, który siedział z moim tekstem w ręku w nadziei, że mi podpowie. Wynieśli mnie stamtąd prawie zemdlonego ze wstydu i przerażenia, rzuciłem tylko: "Jedziemy" i nie chciałem czekać na ogłoszenie wyników. - Ale zdałeś i musiałeś wyjechać z Mrągowa do Łodzi. Dziś nawet rzucasz takimi tekstami, że chciałbyś być obywatelem świata. Jak to rozumiesz? - Udziałem mojego pokolenia były doświadczenia gorzkie i ponure. Nikt nas nie pytał czy nie chcielibyśmy się wzbogacić na przykład o fantastyczne podróże. Ludziom bardzo potrzeba jest trochę radości, trochę optymizmu, trochę rzutkości. Chciałbym umieć się odbić od tego, co nas dotąd spotykało, co nie znaczy zapomnieć odciąć się od tradycji, ale umiejętnie i z radością bilansować to, co było i co się staje teraz naszym doświadczeniem. - Te doświadczenia wykorzystywałeś głównie w filmie, że przypomnę chociaż kilka twoich ról filmowych: "O rany, nic się nie stało", "Stan strachu", "Deja vu", "Znad wielkiego wieloryba", teraz kręcisz nowy film "Miałeś mnie zabić na końcu". "Stan strachu" dał ci na pewno największą popularność. - Najbardziej się cieszę, że pod koniec czerwca jadę razem z Januszem Kijowskim i ze "Stanem strachu" do Włoch, na Festiwal Filmów Tajemniczych. Nie wiem, dlaczego ten festiwal tak się nazywa, ale bardzo to mnie intryguje, a poza typi odbywa się on w mieście Cattolica na wybrzeżu adriatyckim i to będzie wielka frajda. - A więc... obywatel świata. W teatrze telewizji za chwilę "Garbus" Mrożka z Tobą, w "Studio" świetna rola w "Czajce" Czechowa, w reżyserii Grzegorzewskiego, którą wszystkim polecam. A dziewczyny? Gdzieś jednak na to znalazłeś czas, sądzę nawet, że jedna poważnie konkuruje z Twoją aktorską pasją, bo stale odbiera u ciebie telefony. Dwa lata temu powiedziałeś mi, że nigdy nie związałbyś się z kimś z teatru, że życie prywatne chcesz mieć naprawdę prywatne. Czy jesteś konsekwentny? - Tak, oczywiście, moja dziewczyna jest z zawodu nauczycielką, a teraz uczy mnie, uczy się sama, pozanje świat, a także tajemnice kuchni. - To jeszcze zdradź jedną tajemnicę, jak ma na imię? - Kasia. - Pozdrów Kasię od nas wszystkich i... do zobaczenia! Rozmawiała: Hanna Karolak Magazyn "Być Sobą"
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |