Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Chrystus przychodzi do trędowatych

     W Puri nad Zatoką Bengalską budzi się dzień... Przez gęste konary wysokich drzew okalających maleńką kapliczkę przedzierają się pierwsze odblaski słońca. Prosta kapliczka - mniejsza od wielu kaplic na polskich cmentarzach - niektórymi detalami przypomina hinduskie świątynie, ale przecież wieńczy ją krzyż, najświętszy znak Zbawiciela świata, Chrystusa, którego zna tak niewielu mieszkańców subkontynentu indyjskiego. W lewym rogu kaplicy zwyczajna figura Niepokalanej; Tej, która zwycięża, depcząc głowę przewrotnego węża, a zarazem zachęca do spotkania ze swoim Synem. Także tutaj, w tym świętym miejscu.

     O tym, że jest to miejsce uświęcone Bożą obecnością, świadczy - codziennie - sam bonobasi, czyli pustelnik, który przed przekroczeniem progu kaplicy zdejmuje obuwie. Tak trzeba, przecież Ten Który Jest nakazał tak uczynić Mojżeszowi i w kulturze Wschodu jest to zwyczaj powszechny. Najbardziej jednak katolicką kaplicę od świątyń religii Wschodu odróżnia to, że jej drzwi są szeroko otwarte... Nikt nie pilnuje, nikt nie odgania, jak to na przykład czynią pandowie przed nieodległą świątynią Dżagannathy. Jest otwarta na cały świat, bo przecież na prostym stole przykrytym śnieżnobiałym obrusem dokonuje się tajemnica Ofiary, która swymi zbawczymi skutkami ogarnia całą ludzkość. Za tym stołem siedzi - co trochę przypomina Ostatnią Wieczerzę Leonarda da Vinci - wiekowy katolicki bramin; tak go wszyscy tutaj nazywają.

     Jest sam. Nie spieszy się. Jego skupioną i rozmodloną twarz rozświetla radość. Powód? Odprawia Mszę Św., z nadzieją że przyjdzie dzień, gdy cale Indie się nawrócą... Swymi modlitwami ogarnia trędowatych i ich dzieci, którym poświęcił życie, tych wszystkich katolików hinduskich, którzy przyjęli chrzest dzięki jego posłudze misyjnej i żyją na co dzień jako "inni" w morzu hinduistycznym i muzułmańskim; ukochaną ojczyznę - Polskę, z której został wywieziony przez hitlerowców w 1940 roku do... Dachau. Nie zapomina o swoich dobrodziejach z "łańcucha miłości" wiążącego wiele krajów świata - od Japonii, która w tej chwili już krząta się wokół codziennych spraw, po Polskę, do której dzień zawita za kilka godzin. Modlitwa za zmarłych trwa długo - tak wielu już stanęło przed Miłosiernym Stwórcą: rodzice, rodzeństwo, koledzy i przyjaciele, którzy pozostali w Gussen-Mauthausen i Dachau, współbracia zakonni, także ci, którzy byli misjonarzami w Indiach, wszyscy zmarli wierni i "niewierni" (tych jest najwięcej), trędowaci czy "niedotykalni" Adivasi, którym służył przez 25 lat...

     Tak oto rozpoczyna swój zwykły dzień 84-letni polski misjonarz, tegoroczny kandydat do Pokojowej Nagrody Nobla, o. Marian Żelazek.

     Pytam: - Proszę Ojca, jest Ojciec znany w Kościele indyjskim i wśród wielu nie- -Hindusów jako "druga Matka Teresa", wśród hinduistów jako "święty bramin", a wśród wszystkich jako apostoł miłosierdzia wobec trędowatych. Co jest dla Ojca, znanego dzięki tak wielu dziełom społecznym - najważniejsze?

     - Życie duchowe... A największym zagrożeniem dla naszego życia duchowego jest to - mówi o. Żelazek - że możemy pracować dla Chrystusa, ale bez Chrystusa. Modlitwa jest dla nas, misjonarzy, niezbędna. Gdy ją zaniedbamy, wszelkie nasze wysiłki będą bezowocne. Praca misjonarza szczególnie tego wymaga, aby naśladować Chrystusa-Zbawiciela, Chrystusa-Kazno- dzieję, Chrystusa-Nauczyciela, Chrystusa- -Uzdrowiciela. Najważniejszym czynnikiem pracy w kolonii trędowatych jest nasza obecność wśród nich. "Przeklęci" nie są już przeklętymi. Chrystus przychodzi do trędowatych. Rzecz to cudowna: spotkanie trędowatych z Chrystusem, którego my zastępujemy albo lepiej - z Chrystusem w nas.

     Całkowite zaskoczenie. To moja pierwsza reakcja. Bo i jakże...? Około stu pięćdziesięciu osób - polscy nobliści, politycy indyjscy i polscy, profesorowie prawa, nauk politycznych, historii i filozofii, teologii, muzyki, chemii, medycyny, fizyki i innych dziedzin nauki, którzy zgłosili o. Żelazka do Pokojowej Nagrody Nobla, zwracają przede wszystkim uwagę na dwa fakty: jego "społeczną" ofiarną pracę na rzecz trędowatych i niezwykłą otwartość ekumeniczną i międzyreligijną.

     Zaraz potem przychodzi jednak refleksja: przecież gdyby to było "tylko tyle", o. Marian nie wytrzymałby pięćdziesięciu dwóch lat w Indiach, gdzie znalazł się w kilka lat po długim pobycie w obozach koncentracyjnych.

     Słucham więc z podziwem jego dalszych wyjaśnień:

     - W Indiach moją największą radością jest to, że reprezentuję Kogoś niewidzialnego, aczkolwiek rzeczywistego. Codziennie składam Eucharystyczną Ofiarę Bogu w imieniu całego świata. Samotność kapłana na misjach dodaje pracy misyjnej szczególnego uroku. Na misjach łatwiej jest "sportowcom". Ale jeśli ktoś ma wszczepionego ducha poświęcenia, to i tak się zahartuje. Załamują się ci, którym brak ufności i ducha poświęcenia. Jeśli będziemy brać swój codzienny krzyż jako coś naturalnego, to z pewnością będziemy szczęśliwi. A inni z nami.

     Już wiem... Oto człowiek, kapłan, misjonarz, apostoł trędowatych, codziennie jest świadkiem Chrystusowej Ewangelii. Nie głosi pięknych słów wyrwanych z pobożnych książek, lecz odwołuje się do własnych doświadczeń odczytywanych w świetle głęboko przeżywanej wiary. A przy tym jest - jak ktoś powiedział - aż do bólu pokorny.

     Polacy, którzy odwiedzili o. Mariana w Puri i pracowali w jego ośrodkach, zwłaszcza w szpitaliku, zgodnie twierdzą, że polski misjonarz jest świadkiem Ewangelii Miłosierdzia (niektóre z tych opowieści odnajdziemy w książce Drogami Miłosierdzia autorstwa Jerzego Krasickiego i mojego). Jest to tym bardziej niezwykłe, że Ojciec żyje w środowisku hinduistycznym, które nie docenia miłosierdzia. System kastowy nie pozwala na współczucie. Skoro należysz - uważa się - do niższej kasty, jesteś trędowaty, to znaczy, że na to zasłużyłeś. Dlaczego więc hinduiści zaakceptowali i Matkę Teresę z Kalkuty, i o. Żelazka z Puri, którzy codziennie stykali się z "niedotykalnymi", świadczyli miłosierdzie wbrew podstawowej zasadzie hinduskiej kultury? Odpowiedź jest jedna - z "wyższego" powodu. Zostali uznani za "świętych", za ludzi Bożych.

     O. Żelazek wyjechał do Indii wkrótce po studiach w Rzymie, w roku 1950. Przez pierwsze 25 lat pracował wśród Adivasów, czyli ludzi najbardziej pogardzanych przez Hindusów i odsuwanych przez nich na margines życia społecznego. Starał się przede wszystkim o to, aby ich dzieci zdobyły wykształcenie jako niezbędny warunek awansu społecznego. Dziś jego wychowankowie są inżynierami, nauczycielami, kapłanami, politykami... W tamtych czasach, jako misjonarz-pionier, przemierzał setki kilometrów w dżungli z narażeniem życia pieszo, na rowerze, a później na motocyklu. Budo- wal i opiekował się katolickimi szkołami powszechnymi rozrzuconymi na obszarze wielkiej misji, a później diecezji Sambalpur. Przez kilka lat zakładał od podstaw parafię misyjną w Bondamunda, między innymi budując zbiornik wodny, szkolę i kościół. Parafię przekazał miejscowym kapłanom, swoim wychowankom.

     W latach siedemdziesiątych wielu misjonarzy wyjechało z Indii, gdyż z różnych stron dawano im do zrozumienia, że nie są już potrzebni. Nie tylko hinduskie władze niechętnym okiem patrzyły na misjonarzy... katolickich kapłanów i białych, a więc łatwo kojarzących się ze znienawidzonymi Anglikami. Bodaj ważniejszym powodem było to, że Kościół lokalny - dzięki solidnej robocie takich misjonarzy, jak o. Żelazek - już okrzepł, rodzimi biskupi i duchowni przejęli ich funkcje...

     O. Żelazek odnalazł swoje miejsce. W roku 1975 udał się - jak z pewnością wtedy wielu myślało - na "placówkę straconą", bo do centrum ortodoksyjnego hinduizmu, do Puri. Po misjonarzach hiszpańskich, pracujących tutaj pól wieku temu, pozostał zapadający się kościół, jakaś przybudówka-mieszkanie dla misjonarza, w której zadomowiły się szczury. Znów trzeba było zaczynać od początku. O. Marian wykonał zwykłą pracę związaną z charyzmatem werbistów: "rozkręcił" parafię, wybudował kościół, plebanię i centrum dialogu. Lecz przede wszystkim poświęcił się konkretnemu dziełu miłosierdzia.

     Na peryferiach tego miasta koczowali trędowaci. Nikt się nimi nie zajmował, mieszkali w szałasach, w jakiś ruderach. Trąd zbierał straszne żniwo. Polski werbista poszedł do nich, zaczął od oczyszczania ran... z robaków, odpadających skrawków ciała. Co niezwykłe - nigdy, żeby nie urazić swoich podopiecznych, nie założył rękawiczek. Na tym nie poprzestał. Postanowił, że założy wzorcowy ośrodek dla trędowatych. Swój pomysł zrealizował z iście polską fantazją. Wybudował domki dla sześciuset rodzin, przychodnię lekarską i mały szpitalik. Założył pracownię ortopedyczną, w której wyrabiane jest specjalne obuwie dla trędowatych, kuchnię miłosierdzia, staw rybny i kurzą fermę, przędzalnię i pracownię krawiecką. Kilkudziesięciu trędowatych znalazło pracę, już nie muszą żebrać. Przy pomocy Holendrów wybudował szkołę integracyjną, w której uczy się ponad 400 dzieci z rodzin trędowatych i zdrowych. Niedawno zakładał studnie z pompami ręcznymi dla "swoich" trędowatych, a wkrótce będzie rozbudowywał wspomnianą szkołę.

     Polscy lekarze, którzy w jego ośrodku zdobywali praktykę w zakresie leczenia chorób tropikalnych, uważają, że otrzymał od Boga dar miłosierdzia. Idzie do najbiedniejszych z biednych i trędowatych, dotyka ich, przytula, opatruje rany... i leczy. Tak twierdzą. Dr Leszek Niepolski opowiada:

     - Któregoś dnia przyszła do nas matka z dzieckiem chorym na malarię. Było w ciężkim stanie. Powiedzieliśmy matce, że potrzebne są bardzo drogie leki. Lecz od razu dodaliśmy, że porozmawiamy o tym z Ojcem. Oczywiście, o. Marian przyrzekł, że kupi lekarstwa. Nie minęło wiele czasu, ta matka ponownie przychodzi. Tłumaczymy, że wszystko już załatwione. Poszła. Po chwili sytuacja się powtarza. Znów żąda, żebyśmy jeszcze raz zbadali jej dziecko. Tłumaczymy... Przychodziła siedem razy. Za ostatnim razem zaczęła krzyczeć, awanturować się. Widzimy, że jest niezrównoważona psychicznie. Było gorąco, tłum oczekujących pacjentów. Zdenerwowani próbujemy jakoś wbić jej do głowy, że dziecko ma zapewnione leczenie. Na tę chwilę przyjechał o. Marian. Patrzy... Po chwili mówi cicho - po polsku - bardziej do siebie niż do nas: "Zobaczcie, jakie to piękne. Ona, jak Matuchna Maryja dla Jezusa. Wszystko by zrobiła. Nawet się upokarza, żeby tylko jej dziecko było zdrowe".

     Prawda - czysta jak Izy tej awanturującej się matki. Jaką trzeba mieć wiarę, jak trzeba być świętym, aby tę prostą i jakby oczywistą prawdę dostrzec.

     - O. Marian - opowiada Anna Pietraszek, autorka filmu o polskim misjonarzu - wycinał po kawałku ciało ze stopy trędowatej. Było to straszne, odrażające. Ona, oczywiście, nic nie czuła, jak to w trądzie. Lecz widziała postępujący rozkład swego ciała. Była smutna, ale ufna. Płakała łzami, które nie zostały spowodowane cierpieniem fizycznym. Były to dziwne, ciepłe łzy stęsknionej starszej pani. Wtedy o. Marian powiedział: "Zobacz, ona nie płacze z powodu tych ran. Jej serce pęka z tęsknoty. Gdy rozpoznała u siebie trąd, uciekła z domu pod osłoną nocy, aby uratować swoich bliskich przed wypędzeniem z wioski". Niepojęte! Jej rozpacz dotyczyła tego, że była bezsilna wobec własnej tęsknoty za rodziną. I nic nie mogła zrobić. O. Marian dał jej wszystko, co mógł: dom, opiekę, przywrócił jej ludzką godność, był dla niej ojcem. Dwa lata starszy od polskiego Papieża o. Marian Żelazek SVD ma tylko jedno pragnienie:

     - Pracować na froncie misyjnym do końca. I spalać się powoli, jak ta świeca na ołtarzu Bożym.

     A jego przyjaciele pragną, aby świat uhonorował - Pokojową Nagrodą Nobla - miłosierdzie chrześcijańskie, któremu o. Żelazek jest wierny przez całe swe niezwykłe życie. Jeśli możemy, polećmy czasami swoje modlitwy, zwłaszcza Koronki do Miłosierdzia Bożego, tej intencji...

Andrzej Sujka

Miejsca Święte 2/97



   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej