Dziękuję nauczycielomRozpoczął się rok szkolny. Dzieci po skończonych lekcjach przychodziły do świetlicy. Niektóre z nich h przyprowadzały swoje młodsze rodzeństwo, nawet to dwu- trzyletnie. Chciałam je wszystkie poznać - i to jak najszybciej, bo uważałam, że między innymi od tego zależy, na ile będę dla nich jak matka, jak Anioł. Stopniowo poznawałam ich imiona, odkrywałam potrzeby i talenty, spostrzegałam trudności. Czułam się jak w wielkim ogrodzie, w którym rośnie kilkadziesiąt różnych, oryginalnych kwiatów, a moim zadaniem jest je wszystkie poznać, pielęgnować i pomagać im rosnąć. I stało się tak, że jeden z owych kwiatów - dziewięcioletnia Ania - zwróciła w szczególny sposób moją uwagę...Każdego dnia po lekcjach dzieci jadły obiad, potem miały czas na odpoczynek (spacer, zabawę, sport) Następnie przychodziła pora nauki, co dla niektórych było trudnym punktem regulaminu dnia, choć wszyscy czuli jego potrzebę. Zresztą w grupie łatwiej działać - widok kolegów i koleżanek zasiadających do odrabiania lekcji pobudzał leniuchów do pracy. Oczywiście, istniały wyjątki potwierdzające regułę. Jednym z nich, choć może nieco odmiennym, była właśnie Ania. Dlaczego nieco odmiennym? Bo ona niby ochoczo otwierała tornister, wyjmowała książki, zeszyty, ale po krótkiej chwili wpatrywania się w jakąś ilustrację odchodziła od stołu, tłumacząc, że musi zobaczyć, co robi jej młodszy brat w sali maluchów lub że chce się napić. Była w niej chęć, ale i jakieś roztargnienie. Postanowiłam przyjrzeć się bliżej tej dziewczynce. Co zauważyłam? Że jest bardzo dojrzała i opiekuńcza w stosunku do brata, że ma w sobie dużo ciepła i dziwnej powagi. Prawie nigdy się nie uśmiechała. Wydawało mi się, że kryje w sobie jakieś bolesne tajemnice. I rzeczywiście tak było. Od najmłodszych lat doznawała okrutnych krzywd i cierpień, które niweczyły w niej radość dzieciństwa i wyciskały piętno goryczy. Poza tym nie miała ojca. Codziennie pomagałam jej w odrabianiu lekcji. Zauważyłam ogromne luki w opanowaniu materiału - umiejętność czytania była na poziomie przedszkola, odejmowanie liczb dwucyfrowych stanowiło barierę nie do przekroczenia, trudnością było bezbłędne i w całości przepisanie tematu z tablicy. Jednak znając historię Ani, niczemu się nie dziwiłam, tylko prosiłam Pana Boga, by udzielił mi swojej miłości, ciepła i cierpliwości. Wiedziałam, że przy Jego pomocy mogę zmniejszyć w dziecku poczucie niedowartościowania, zagrożenia, smutku, lęku, który czasem przeradzał się w... niechęć do życia. Zaczęła się więc nasza dwumiesięczna przygoda. Dwumiesięczna, ponieważ tylko przez taki okres pracowałam w świetlicy. Pamiętam, że przez pierwsze trzy dni ćwiczyłyśmy czytanie kilkuwersowego wiersza. Nie widziałam wielkich efektów, ale chwaliłam Anię, ukazywałam sens jej pracy. Co jakiś czas robiłyśmy przerwę na zjedzenie kanapki czy na zrobienie przyjemniejszego zadania, jak np. malowanie. Cieszyłam się, gdy sama dopominała się o wspólne odrabianie lekcji, bo wiedziałam, ile wysiłku kosztuje ją ten szkolny obowiązek. Pewnego dnia Ania przyniosła rewelacyjną wiadomość: - Siostro, dostałam szóstkę! - krzyknęła. - Szóstkę! Poczułam mocny uścisk jej ramion oplatających moją szyję. - Taak?! A z jakiego przedmiotu? - zapytałam, nie ukrywając radosnego wzruszenia i zaskoczenia. - Z języka polskiego. To za ten wiersz, którego siostra uczyła mnie czytać. Ja nigdy nie miałam takiej oceny z polskiego! Nasza radość nie miała granic. Dziewczynka, nie czekając na obiad, wyjęła zeszyty, dając znak, że chce się uczyć. Usiadłam obok niej. Próbowałam ułożyć sobie wszystko w głowie. Dlaczego otrzymała najwyższą ocenę? Przecież nie umiała czytać nawet na czwórkę! "Na pewno nauczycielka dostrzegła pracę dziecka" - pomyślałam. W tym momencie poczułam wdzięczność za to pozytywne doświadczenie Ani, za mądrość jej pani, za to, że Bóg czyni nas zdolnymi do pomagania innym. Któregoś dnia dziewczynka przyniosła czwórkę z matematyki, potem piątkę z języka polskiego i wiele innych dobrych ocen. Po kilku swoich szkolnych sukcesach zwierzyła się: - W zeszłym roku pani wychowawczyni powiedziała mojej mamie, że jak będę miała takie kłopoty z nauką, to za rok nie zdam do następnej klasy. Ale ja zdam, bo mam takie dobre stopnie. I to od początku roku! - Jeśli będziesz codziennie odrabiała lekcje, to na pewno zdasz - potwierdziłam. W listopadzie urwał się mój stały kontakt z Anią. Czasem widywałam ją w naszej zakonnej kaplicy, do której d/ieci przychodziły na adorację i Różaniec. Jednak byłam o nią spokojna. Pomagały jej inne siostry, a także ludzie świeccy pracujący w świetlicy. Pewnego czerwcowego dnia Ania weszła do kaplicy. Po krótkiej modlitwie podeszła do mnie (odmawiałam brewiarz), pocałowała mnie i szepnęła mi do ucha: - Siostro, zdałam do czwartej klasy. Dziękuję. A ja dziękuję nauczycielom, którzy pomagają takim dzieciom jak Ania podnosić się ze zwątpienia i wierzyć we własne siły. s. Michaela Kaczmarek,
loretanka
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |