Postęp, ale po co?Bill Gates - najbardziej chyba znana postać spośród tuzów komputerowego świata - zaczynał jako nastolatek, kiedy to szkolna biblioteka otrzymała od sponsora zestaw sprzętu komputerowego. Oczywiście, ta nowa dziedzina aktywności pochłonęła go bez reszty. Jako uczeń niezwykle inteligentny, szybko zdobywał nowe umiejętności i jeszcze będąc nastolatkiem, zaczął sprzedawać swoje programy za pokaźne sumy. Kiedy rzucał studia, by założyć z kolegami firmę, nie myślał zapewne, że kiedyś będzie się procesował z Urzędem Antymonopolowym... A może myślał? A może na tym właśnie polega jego sukces, że już wtedy zamierzał zdobyć świat, a nie tylko trwać do pierwszego?Większość ludzkich poczynań nie idzie jednak tak, jak powinna, i dzięki temu nasz świat jeszcze istnieje i rozwija się. Alexander Graham Bell skonstruował telefon, bo błędnie połączył kabelki. Alexan- der Fleming odkrył penicylinę, bo zapomniał posprzątać laboratorium. Jak będzie ze społeczeństwem informatycznym? Ono także niesie ze sobą pewne błędy i zagrożenia. Stanisław Lem mówi: "Ja jestem jak Robinson Crusoe na wyspie bezludnej, na której wszystko muszę robić sam". Technika może odczłowieczyć człowieka, uczynić z niego narzędzie w ręku narzędzia przez zmniejszenie jego aktywności intelektualnej, rozmnożenie zadań, które zrobią za niego urządzenia, w bardzo radykalnej opcji aż po "istnienie za niego". Pierwszym krokiem do tego może być pozbawienie go kultury duchowej, a więc religii, literatury, sztuki... Ta ostatnia na przykład może się opierać na bezpośrednim kontakcie z dziełem, na oddychaniu myślą i duchem twórcy, co w świecie elektronicznym, gdzie nie za bardzo wiadomo, co jest realne, a co nie, już nastręcza pewne kłopoty. Pojęcie religii wiąże się z pojęciem śmierci, celu ostatecznego, te zaś w nowej rzeczywistości zaczynają się dewaluować. Pojawiają się pomysły zeskanowania osobowości do pamięci komputera i przedłużania wirtualnej egzystencji w nieskończoność, a przez to - całkowitej zmiany eschatologicznego wymiaru ludzkiego istnienia. To trudne problemy, które przysporzą zapewne idei informatyzacji wielu przeciwników i pchną ją w innym kierunku, niż nam się to dziś może wydawać. Można być za to pewnym jednego: zmiany, które nadchodzą, nie ograniczą się do jednego kraju, jednej społeczności, bo coś takiego powoli przestaje istnieć. Era komunikacji zrobiła swoje: cokolwiek się wydarzy, będzie dotyczyło całego globu, wszystkich ludzi. "W świecie pozbawionym nawiasu nie staniesz obok" - pisała Urszula Kozioł już ponad trzydzieści lat temu. Tak więc i Polska będzie zapewne częśęią globalnej wioski. Tylko jaką? Świadomą, autonomiczną jednostką czy - jak to już nieraz bywało - bezwolną kolonią, kopalnią "zasobów ludzkich", czyli pewnego rodzaju współczesnych niewolników? Obie opinie mają poważnych zwolenników i przeciwników. Ich postawy wiążą się zazwyczaj z sympatiami politycznymi. Tak więc euroentuzjaści i globaliści uważają, że rzucenie się w ten nurt nie jest wyborem - jest cywilizacyjnym przymusem, jedyną drogą, by być kimś wśród narodów naszej planety, a nie tylko dziurą. Z optymizmem, może zbyt naiwnym, postrzegają przyspieszenie cywilizacyjne jako wielką szansę dla Polaków, by wreszcie stać się tymi, którymi kiedyś byli albo mogli być: świadomymi, pozbawionymi kompleksów, pełnoprawnymi obywatelami nowoczesnego społeczeństwa a nie jego ciągłymi klientami, uczniami. Bo że wciąż tak jest, choć być nie powinno, zgodne są wszystkie opcje intelektualne i strony politycznej sceny. Jednak ci, którzy kierują się raczej ku konserwatywnej prawicy, widzą w tak nagłym rozwoju cywilizacyjnym liczne zagrożenia dla Polski i polskości. Twierdzą, że nasza państwowość i społeczeństwo - po tych latach różnego rodzaju wyzysków i tkwienia z dala od prądów świata - nie są zdolne, by być dojrzałym partnerem dla doświadczonych zachodnich demokracji. Dopatrują się u tychże podejrzanych intencji, posądzają o chęć zawłaszczenia, skolonizowania, wtłoczenia w ramy kultury i państwowości, które zupełnie do Polski nie pasują, które nie upiększą jej i nie unowocześnią, lecz raczej ją zniekształcą. Przywoływany już Lem dodaje jeszcze: "Gdy teraz czasami nocą wychodzę do ogrodu i widzę na czystym niebie Księżyc, myślę o tym, że stoją tam wraki pojazdów pozostawione przez Amerykanów. Wiem, że to jest prawda, i równocześnie wydaje mi się to jakieś nierealne, że tak szybko i tak daleko doszliśmy. Nie wiadomo zresztą, po co". Bezprecedensowe przemiany dnia dzisiejszego wymuszają zadanie sobie zasadniczego pytania: "Czy postęp cywilizacyjny nie jest czymś, co przebiega ponad naszymi głowami? Czy ma swój koniec i osiągalny cel i czy może być rzeczywiście inspirujący dla konkretnej osoby?" Kacper Michałowski
Zamieszczone wypowiedzi Stanisława Lema
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |