Szkoła to nie kołchozJakiś czas temu rozmawiałem z moim znajomym, który jest nauczycielem w jednym z warszawskich liceów. Zwierzył mi się, że szkoła to wielki kołchoz, i że pracować mu się już nie chce. Przyjąłem te słowa z uśmiechem i przyznałem mu rację. Prawdziwe wydawało mi się to porównanie szkoły do rolnego kombinatu.Sądzę, że takie słowa jak nauczyciel, nauka, wiedza nie powinny nigdy stracić sensu nadanego im przed wiekami. Obawy moje budzi na przykład fakt, że wiedza została w dzisiejszych czasach całkowicie utożsamiona z informacją. Wiedzę posiada ten, kto jest dobrze poinformowany. Dlatego nauczyciele w szkołach wymagają od uczniów znajomości czytanek, zmuszają do przysłowiowego kucia i egzekwują z całą surowością znajomość zawartych w nich informacji. Nikt nie zauważa, iż wiedza powinna być skutkiem uczenia się, które nie powinno i wcale nie musi być ryciem na pamięć poszczególnych partii materiału. Wiedza to zbiór odpowiedzi, które uzyskać winniśmy stawiając sobie pytania. Nauka polega więc między innymi na umiejętności stawiania pytań i mozolnym szukaniu odpowiedzi, ale to szkoła i nauczyciele zdają się lekceważyć. Moim zdaniem - a szkołę ogólnokształcącą skończyłem bardzo niedawno - nauczyciel przestał być nauczycielem i upodobnił się do dowódcy wojskowego, który z namaszczeniem wyjaśnia szeregowcom plany działania i wymaga dokładnego ich wykonania. Obowiązuje zasada: bądź tak poinformowany jak nauczyciel, bo znaczy to, iż posiadasz wiedzę. Minął czas nauczycieli-ludzi, którzy podsuwali swym wychowankom indywidualne metody, wzbudzali zaufanie, potrafili pokierować losami tych nad którymi sprawowali opiekę. Dziś brakuje w szkołach osób zdolnych i chcących rozbudzać młodzieńcze pasje badawcze, umiejących wprowadzać w dorosłe życie. W wojsku nie ma dialogu między podwładnym a przełożonym, bo być go nie może. W szkole nie ma dialogu między uczniem a nauczycielem, bo nauczyciele nie są do tego przygotowani. Nauka rozumiana jako dotarcie do tego, co prawdziwe, jako droga do wiedzy poprzez dialog to coś wprost niewyobrażalnego w takiej instytucji jak szkoła. Ten, co zwie się nauczycielem dba tylko o swój autorytet i buduje go surowymi ocenami nie próbując zrozumieć i poznać ucznia (i już nawet nie zauważa, że te oceny w większym stopniu dotyczą jego samego niż ucznia). Nie ma więc dialogu, nie ma zrozumienia, nie ma więzi międzyludzkich. Jak wobec tego można uczyć? Co roku szkoła wypuszcza stada ludzkie z bankami informacji w głowach, ludzi nieprzygotowanych do samodzielnej pracy umysłowej. Muszą oni bardzo często rozpoczynać swą edukację od nowa, nazywać rzeczy ich prawdziwymi imionami, docierać do prawd, które dawno powinni już zdobyć. Zdarzają się na szczęście osoby, które bardzo szybko dostrzegają bezsens takiej sytuacji. Nie poddają się i próbują walczyć o to, by być sobą w tym świecie. Lecz są również tacy - i jest ich większość - którzy w młodym wieku zostali po prostu zrażeni do nauki, skutecznie obrzydzono im takie miejsca jak szkoły i takich ludzi jak nauczyciele. Dopiero z czasem, dojrzewając, zaczynają rozumieć, że wiedza to coś innego niż zbiór informacji. Budzą się zainteresowania i marzenia. Czasami za późno. To naturalne, że każdy dąży do urzeczywistnienia swych planów, tym bardziej gdy ma lat piętnaście, gdy pojawiają się pierwsze wątpliwości i pierwsze poważne wybory. Doroślejąc zaczyna dostrzegać iluzję w jakiej żyje i pojawia się chęć przestawienia świata z głowy na nogi. Wtedy zadają sobie pytania o to, co chcą robić, podejmują decyzje. Często złe, często źle podpowiedziane. Kończąc szkołę podstawową stajemy zatem przed najpoważniejszym wyborem. Niektórzy decydują się na szkołę zawodową by w perspektywie trzech lat podjąć pracę. Inni pragną się uczyć, rozwijać swoje zainteresowania poznawcze i dlatego chcą uczęszczać do liceum. Optymiści uważają, że być może tam odnajdą swoich nauczycieli, spotkają ludzi, którzy podobnie postrzegają rzeczywistość, że będą mogli nawiązać dialog o życiu. Przedtem czeka ich jeszcze egzamin, który dla wielu jest przeszkodą nie do przebycia. Bardzo dobrze, powie ktoś, skoro się nie nauczył, niech nie zda. Moim zdaniem jest to twierdzenie bardzo krzywdzące i niesprawiedliwe. Egzaminy są sprawdzianem stanu posiadania informacji i przeprowadzają je ludzie nie mający z ubiegającymi się o przyjęcie do nowej szkoły żadnego kontaktu, zaś ocena wystawiana przez nich zadecyduje o całym życiu młodego człowieka. To źle, że w takiej chwili nikt nie stara się młodego człowieka zrozumieć i poznać, nie pragnie pomóc a jedynie klasyfikuje. Nie dostrzega się w nim człowieka i zamiast próbować znaleźć dla niego miejsce w społeczeństwie pozostawia się go w tym, kto wie, czy nie najważniejszym momencie życia, osamotnionego. Dzieje się to w chwili, kiedy zaczyna on rozumieć, zaczyna pragnąć i dlatego ten pierwszy egzamin jest złem. Dochodzi do paradoksu. Osoby najmniej upoważnione stają się władcami ludzkiego losu, decydują o przyszłości innej osoby nie mając do tego moralnego prawa, ani wystarczających przesłanek. Ich działaniu przyświeca bowiem jeden cel: wybrać dorodne okazy, mające dużo informacji w głowach po to, by wepchać im w przeciągu czterech lat dodatkowe pigułki reguł. Czyż to nie jest kołchoz? IGOR ZACHARIASZ
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |