Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Każdy własną drogą...

     Wszyscy ludzie mają przystęp do Boga, lecz każdy człowiek inaczej - Martin Buber, The way of Man

     Jun miai zaledwie 19 lat, kiedy odziedziczył po ojcu mały bar. Nigdy nie był on jakoś szczególnie prosperujący, ale za to położony w bardzo dobrym miejscu - w samym centrum handlowej części miasta. Jednak ojciec Juna niezbyt troszczył się o swój biznes. Starszy, pobożny człowiek uważał, że przywiązywanie zbyt dużej wagi do interesów oznaczało poświęcanie zbyt małej uwagi Bogu. Kiedy był w ponurym nastroju, powtarzał sobie: "Pomyliłem się w wyborze powołania, powinienem był zostać księdzem". Jego późniejsze łata naznaczone były coraz większym zamykaniem się w sobie i zaniedbywaniem klientów. Ci, wyczuwając przygnębienie właściciela, rozmawiali przyciszonym głosem i wychodzili z knajpy, gdy tylko skończyli jeść. Wielu z nich już nie powracało w to miejsce.

     Tak właśnie wyglądała sytuacja, gdy Jun przejął bar. Kiedy umarł ojciec, Jun właśnie ukończył college i nie miał szczególnych planów co do przyszłości. Postanowił więc poprowadzić bar przez jakiś czas. Nie dlatego, że jakoś szczególnie interesowało go robienie biznesu. Czuł jednak, że winien jest to swojemu ojcu - przynajmniej do czasu, kiedy wybierze sobie zawód.

     Każdy zwyczajny młody człowiek w wieku 19 lat przejąłby się wyzwaniem, że oto musi zamienić upadający bar w interes przynoszący zysk. Lecz Jun nie był zwyczajnym młodym człowiekiem. Wraz z barem odziedziczył po ojcu pobożność. Znaleźć Boga - to było jego pragnienie. Od dzieciństwa było ono dla niego najważniejsze, ale starannie ukrywał je pod nonszalanckim sposobem bycia. Toteż po pogrzebie ojca, gdy ponownie otworzył bar, czuł jakby w pewnym sensie zdradził Boga. Rzeczywiście, czy ktoś może poświęcić całe swe życie jedynej Istocie, która w końcu jest najważniejsza, podając posiłki mało znaczącej rzeszy głodnych klientów?

     Minęły trzy lata. Trzy lata, w czasie których Jun bez przekonania prowadził biznes. Nie był zadowolony ze swego życia. Pragnął częściej modlić się aniżeli mógł, chciał więcej czasu poświęcać lekturze duchowej czy medytować w ciągu dnia nad fragmentami Biblii - podobnie jak to robił ojciec. Jednak ludzie, dowiedziawszy się o zmianie, jaka zaszła w barze, przychodzili tłumnie i Jun był zajęty od świtu do nocy. Cała ta sytuacja spowodowała, że Jun czuł się rozdarty między swoim ideałem życia, życia kontemplatywnego, a obowiązkami związanymi z prowadzeniem baru.

     Nic więc dziwnego, że po trzech latach młody człowiek zdecydował, że nadszedł czas na jego poszukiwanie Boga, bez względu na okoliczności. I zapewne sprzedałby bar, gdyby nie proboszcz, starszy mądry ksiądz, który - domyślając się, że Juan przeżywa rozterki - odwiódł go od tego zamiaru. Zamiast tego Jun po prostu wynajął bar w ajencję na pięć lat swojemu kuzynowi. Po czym ruszył w drogę, aby w końcu znaleźć Boga bez względu na cenę, jaką mu przyjdzie zapłacić.

     Najpierw zapukał do furty pobliskiego klasztoru trapistów, znanego z surowej reguły. Całe swe życie mnisi poświęcali postom i modlitwie oraz ciężkiej pracy fizycznej. Taki styl życia bardzo odpowiadał Junowi. Gdzie, jeśli nie w klasztorze kontemplacyjnym, można znaleźć Boga? - myślał Jun, postanawiając zostać mnichem.

     Jednak z jakiejś przyczyny Jun nie znalazł Boga w tym klasztorze. Inni mnisi, jak się zdawało, znaleźli Boga, ponieważ widać było, że są szczęśliwi, promieniujący pokojem i pełni niezwykłej miłości do drugiego. Lecz Jun w ich towarzystwie nigdy nie czuł się jak w domu i po pewnym czasie zaczął chorować. Ku żalowi swojemu i zakonników, którzy uważali go za naprawdę miłego młodzieńca, musiał opuścić klasztor i porzucić myśl o życiu kontemplacyjnym.

     Następnie skierował swe kroki do seminarium. "Bez wątpienia - myślał - życie księdza w parafii jest bardziej aktywne i to jest to, czego potrzebuję. Znajdę Boga, studiując Jego Słowo i głosząc Ewangelię, sprawuąc sakramenty i dając świadectwo wiary." Zaczął więc studiować teologię, co trwało całe dwa lata. Lecz znowu, mimo że był bardzo popularny wśród swoich kolegów, nauczycieli i wychowawców ze względu na swą ujmującą osobowość, nigdy nie czuł się u siebie. Wszystko wskazywało, że inni seminarzyści znaleźli Boga, sens życia i poczucie szczęścia, a on nie mógł zaznać spokoju. Jego modlitwa pozostawała wciąż sucha i pusta. Studia przestały go interesować, chociaż nadal miał wielkie pragnienie poznania Boga. Nie mógł się oprzeć myślom, że dni mijały i nie miały dla niego żadnego znaczenia. W końcu jego zdrowie, które uległo poprawie po opuszczeniu klasztoru, znowu zostało nadszarpnięte przez życie w ciągłej rozterce. Trzeba było opuścić seminarium i szukać Boga gdzie indziej.

     Za trzecim razem Jun przystąpi! do szukania swego powołania i Boga z większą rozwagą. Po dwóch poprzednich doświadczeniach zrozumiał, że jego powołaniem nie jest życie kapłańskie czy zakonne. "Bardzo dobrze - myślał - pozostanę świecką osobą. Lecz będę szukał Boga, poświęcając cały mój czas i siły służbie ubogim i prześladowanym". I tak uczynił, pracując dwa lata jako pracownik socjalny, dzieląc swe życie z ludźmi bezdomnymi. Był bardzo oddany swojej pracy, przyświecał mu jasny cel - sprawiedliwość społeczna. Całym sercem opowiadał się po stronie biednych - lecz Boga nie znalazł. Okazało się to jasne, kiedy powróciły wszystkie symptomy, które zwykle mu towarzyszyły w poprzednich okresach: utrata wagi, bezsenność, podenerwowanie, niezdolność do modlitwy, głębokie poczucie niezadowolenia z życia. I tak, ku swojemu zmartwieniu oraz tych wszystkich, którzy doceniali jego kochające serce i pokorną pracę, młodzieniec doszedł do wniosku, że ten sposób życia nie jest dla niego drogą znalezienia Boga - chociaż jego współpracownicy byli przekonani, że jest na swoim miejscu.

     Mijało pięć lat od kiedy opuścił dom. Ponieważ wkrótce wygasała umowa wynajmu baru, a jednocześnie Jun nie miał na razie żadnego pomysłu na przyszłość, pomyślał sobie, że równie dobrze może wrócić do rodzinnego miasta i ponownie zająć się interesami po ojcu - przynajmniej przez jakiś czas. Wrócił więc i zaczął prowadzić bar, podobnie jak to rolni wcześniej.

     1 dziwna rzecz, opuściło go poczucie przygnębienia, a różnorakie próby poszukiwania Boga podejmowane w przeszłości, jakby jeszcze bardziej intensyfikowały jego zapał duchowy. Jedyna jego trudność, przy całej miłości dla Boga, polegała na tym, że nie miał pojęcia, co powinien zrobić ze swoim życiem i osobliwą obsesją na punkcie szukania Boga. Chciałby przemyśleć całą przyszłość i w końcu odkryć, kim jest dla niego Bóg. Lecz niestety, trzeba było obsługiwać czekających klientów, uzupełniać wciąż zapasy, przestrzegać godzin pracy. Postanowił więc wszelkie głębokie rozmyślania odłożyć na później i zająć się pilniejszymi sprawami.

     Toteż skupił się na prowadzeniu baru najlepiej jak tylko potrafił. W ciągu pięciu lat poza domem nauczył się jednego jako chrześcijanin miał obowiązek uczestniczyć w życiu bliźnich, dzielić ich troski, radości i cierpienia. Dlatego teraz bardziej interesował się problemami swoich gości. Szczególnie, gdy nie trzeba było się spieszyć, a któryś z obecnych w takim czasie klientów potrzebował przyjaznego ucha do słuchania, Jun przysiadał do stołu gościa i zachęcał gościa do podzielenia się zmartwieniami. Sam prawie nic nie mówił, wyczuwając, ze najważniejszą rzeczą w tym momencie jest pozwolić rozmówcy na otwarcie się i wypowiedzenie wszelkich dręczących uczuć. Rezultaty pogawędek bywały dobroczynne, wnosiły bowiem w życie klientów poczucie spokoju i uzdalniały ich do zmierzenia się z problemami. Jun zaczął się też modlić za udręczonych ludzi, a w szczególnie ciężkich sprawach, do modlitwy dołączał post i jałmużnę. Z czasem stało się już zwyczajem, że goście przychodzili do niego ze swoimi problemami, pewni, że spotkają się ze zrozumieniem i wsparciem. W dyskretny sposób Jun pomagał im znaleźć wyjście z trudnych sytuacji albo przynajmniej sposób pogodzenia się po chrześcijańsku z czymś, co było nie do naprawienia.

     Oczywiście, wszystko to nie przyszło z dnia na dzień. Trzeba było wielu lat, aby Jun dorósł do swojej roli, a ludzie ją docenili. W tym czasie wielokrotnie kusiła go myśl, żeby sprzedać bar i podjąć na nowo próbę znalezienia Boga. Zawsze jednak pojawiały się jakieś przeszkody uniemożliwiające ten krok. Poza tym rzeczywiście nie miał pojęcia, co jeszcze mógłby zrobić dla zrealizowania swego marzenia. Wszystko więc pozostawało bez zmian - prowadził biznes i był do dyspozycji każdego, kto potrzebował rady, wsparcia, otuchy. Nic dziwnego, że lu- dzic coraz częściej zatrzymywali się u niego na rozmowę chociaż na chwilę. Do tego stopnia, że bar był przepełniony ludźmi, którzy przychodzili głównie, aby go zobaczyć i posłuchać.

     Zaczęło go to intrygować. Dlaczego ludzie mieliby przychodzić do baru tylko po to, żeby z nim porozmawiać? Aż pewnego dnia, kiedy był szczególnie zajęty obsługą licznej klienteli, zwierzył się jednemu ze swoich gości:

     - Wiesz Fred, naprawdę nie rozumiem, dlaczego tak wielu ludzi przychodzi do mnie ze swoimi problemami. W końcu ja nie jestem księdzem. Jestem tylko zwykłym chrześcijaninem.

     Ten spojrzał na niego z nieukrywanym podziwem i odpowiedział:

     - Prawdopodobnie dla nich jest oczywiste, że znalazłeś Boga.

Nil Guillemette SJ


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




Poprzedni[ Powrót ]Następny
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej