Odwiedziny w szpitaluNic nie zapowiadało, że nowy rok szkolny zacznie się dla Marysi tak bardzo niefortunnie. Przyjechała z wakacji szczęśliwa i pełna wrażeń. Opowiadała wszystkim bez koń- t ca o swoich górskich wycieczkach. Pokazywała zdjęcia. Chwaliła się ciocią, szarą Urszulanką. Obraziła się na Magdę, która powiedziała, że Zakopane to zwykła dziura, bo sama była z rodzicami w Bułgarii. Odwiedziła panią Stanisławę i oglądała z nią wspaniałe albumy o Tatrach i o górach. Marzyła, że ciocia zaprosi ją w przyszłym roku po raz drugi, że powędruje po nowych, nieznanych szlakach. W dniu rozpoczęcia roku pobiegła z Ewą do szkoły. Dziewczynki nie doczekały się na Asię, która wciąż była zajęta swoją młodszą siostrą i maleńkim braciszkiem. Pokiwały głowami ze współczuciem.
![]() - Ona zupełnie zginęła w tych stosach pieluszek - stwierdziła jedna. - Z pewnością nie ma co na nią liczyć w żadnych zabawach - dodała druga. Szkolny plac pełen był odświętnie ubranych dzieci. Koleżanki i koledzy odnajdowali się w rozgadanym tłumie. Uczniowie klasy piątej, pełni jeszcze wakacyjnej radości, ciekaiwi byli nowych przedmiotów i nowych nauczycieli. Pierwszy dzień nie przynosił żadnych obowiązków. Szkoła wydawała się nawet sympatyczna. Do domu dziewczynki wracasły we trzy, gdyż przyłączyła się do nich Asia. Musiały wysłuchać długiej relacji o małym Bartku, o kłopotach z Jolcią, która jest o niego zazdrosna. Mało je to interesowało. Wolały rozmawiać o wakacjach. Nawet nie zwróciły uwagi, że zrobiły przykrość Asi, która w tym roku nigdzie nie wyjeżdżała i dzielnie pomagała mamusi. Wstąpiły do cukierni, kupiły sobie lody. Szły wolnym krokiem oglądając kolejne wystawy. Marysia zatrzymała się przy sklepie z różnymi drobiazgami i długo przyglądała się kokardkom, zapinkom, koralikom. - Jak można sprzedawać taką tandetę - powiedziała z irytacją jakaś pani. - Zupełny brak gustu - stwierdziła druga. Dziewczynka zaczęła więc jeszcze raz przyglądać się kolorowym rzeczom, które jej się podobały. Nie rozumiała, dlaczego dorośli uważają je za brzydkie. Medytowała nad tym przez chwilę. Nie zauważyła, że jej koleżanki odeszły już daleko. Dostrzegła je po drugiej stronie ulicy, gdy skręcały na skwerek. - Zaczekajcie! - wołała kilka razy. Ewa z Asią zajęte były rozmową, więc jej nie usłyszały. Marysia rozzłościła się. Zaczęła biec, aby je dogonić. Nie oglądając się skręciła na jezdnię. Rozległ się pisk opon, jakiś krzyk przerażenia. Marysia przestała w tym momencie cokolwiek słyszeć i rozumieć. Prawie natychmiast przyjechała karetka pogotowia i zabrała nieprzytomną dziewczynkę do szpitala. Miała operację i przez cały miesiąc nie wolno było jej odwiedzać. Tylko mamusia, która jest pielęgniarką chodziła codziennie na oddział. Przez pierwsze dni wracała smutna, czasem nawet zapłakana. Na jej głowie pojawiły się siwe włosy. Potem zaczęła przynosić coraz lepsze wiadomości: - Marysia rozmawia i śmieje się. - Marysia pyta o szkołę i koleżanki. - Marysia zaczęła być głodna. Tatuś, kiedy tylko mógł, towarzyszył mamusi do szpitala i czekał na nią w korytarzu. - Weźcie mnie ze sobą zamęczał ich Wojtek. - Jeszcze nie teraz - odpowiadała mama niezmiennie. - Przecież jestem jej rodzonym bratem. - Już niedługo wszyscy do niej pójdziemy. Ami snuł się po mieszkaniu osowiały i smutny. Wchodził do pustego pokoju swojej małej pani. Obwąchiwał wszystkie kąty. Rozumiał całą sytuację, choć przecież nikt mu niczego nie opowiadał. Wojtek twierdził, że pies też chce koniecznie iść w odwiedziny, że wyraźnie tego się domaga. - Ze też nie szliśmy wtedy razem - nie mógł darować sobie starszy brat. - Nie można ustrzec kogoś przed wszystkimi niebezpieczeństwami, choć bardzo by się chciało - zauważył tatuś ze smutkiem. W sobotę mama przyszła radosna i powiedziała, że od następnego dnia lekarz pozwolił na odwiedziny. Mają być krótkie, aby chorej nie zmęczyć. W domu zapanowało ożywienie. Każdy chciał sprawić dziewczynce jakąś niespodziankę. Ami kręcił się między domownikami merdając ogonem. - Szkoda, że ciebie nie możemy zabrać - pożałował psa Wojtek. - Musimy pojechać po babcię - powiedziała mamusia. - Czy cztery osoby to nie za dużo? - niepokoił się tatuś. - Trochę za dużo, ale babci byłoby przykro. Tak bardzo przeżywała wypadek wnuczki. Wojtek chciał jeszcze zabrać Ewę i Asię, które codziennie dopytywały się o chorą koleżankę, ale mamusia wytłumaczyła, że one mogą przyjść innego dnia. W niedzielne popołudnie cała rodzina udała się do szpitala. W szatni musieli założyć białe fartuchy i dopiero wtedy wjechali na drugie piętro, gdzie znajdował się oddział chirurgii. Mamusia pierwsza zajrzała do sali. - Przyprowadziłam ci gości - powiedziała głośno. - Jak to wspaniale! - ucieszyła się Marysia. Wszyscy weszli do środka. Ściskali dziewczynkę. Przyglądali się bladej, wychudzonej twarzy. Wojtek zauważył dwie kule stojące przy łóżku. - A co to za patyki? - zapytał. - Próbuję chodzić przy ich pomocy - wyjaśniła mu siostra. - Może pokażesz, co potrafisz. Mamusia nie pozwoliła jednak na to, więc Wojtek sam zaczął naśladować poruszanie się o kulach robiąc przy tym bardzo zabawne miny. Babcia nie wytrzymała i popłakała się. - Tak bardzo modliliśmy się o twoje zdrowie. W kościele odprawiała się w twojej intencji msza święta - powiedziała przez łzy. - Dziękuję - powiedziała wzruszona Marysia. - Dziękuj bez końca Panu Bogu, który cię ocalił. Podobno kierowca w ostatnim momencie skręcił na chodnik - dodał tatuś. W sali, w której leżała Marysia, znajdowały się cztery łóżka. Dwa z nich były na szczęście puste. Trzecie należało do Marioli, która przed kilku dniami miała operację wyrostka i teraz wędrowała już po całym oddziale. - Nie odechciało ci się zostać lekarką? - zapytał brat rozglądając się dokoła. - Nie, chcę pomagać chorym ludziom - odpowiedziała stanowczo siostra. - Kto sam chorował, lepiej zrozumie innych, których coś boli - dodała mama. - Ja się do tego nie nadaję - podsumował Wojtek. - Każdy ma swoje powołanie, oby tylko je odkrył i dobrze zrealizował - dorzucił tata. Wszyscy rozgadali się na dobre. Opowiadali o różnych sprawach. Marysia pytała o szkołę, o koleżanki. Babcia wyjęła ciekawe książki, które wyszukała dla wnuczki. Zrobiło się wesoło. - Musimy już iść - powiedziała mama. - Przecież dopiero przyszliśmy - protestował Wojtek. - Jak na pierwszą wizytę to starczy w zupełności. Mamusia była nieubłagana i kazała wychodzić. Obiecała córeczce, która posmutniała w jednej chwili, że przyprowadzi do niej którąś ze szkolnych koleżanek. - Niech przyjdzie Ewa - poprosiła dziewczynka. Drzwi niektórych sal były pootwierane. Przechodzący widzieli małych pacjentów leżących nieruchomo w łóżkach. Z jednego pokoju dobiegał przejmujący płacz. - Tyle jest cierpienia na świecie - westchnęła babcia. - Niezbadane są plany Pana Boga. Musimy gorąco wierzyć, że wszystkie doświadczenia są dla naszego dobra - powiedział tata. W milczeniu wracali ze szpitala. Każdy pogrążył się we własnych myślach rozważając trudny problem cierpienia. Przy wieczornym pacierzu modlili się wspólnie w intencji Marysi i wszystkich chorych dzieci na całym świecie. Mamusia zawsze dotrzymywała słowa, więc już we wtorek przyjechała do swojej córeczki razem z Ewą. Dziewczynka wyraźnie bała się szpitala. Białe fartuchy nie robiły na niej miłego wrażenia. Trzymała mamę Marysi za rękę jakby była zupełnie małym dzieckiem. - Jak dobrze, że przyszłaś! - wykrzyknęła uradowana Marysia. Ewa rozglądała się niepewnie po sali. Mariola pokiwała do niej przyjaźnie ręką. Mamusia wyciągnęła z torby słoiki z kompotem i zabrała się do porządkowania szafki. - Co w szkole? Czy moje miejsce w ławce jest puste? Co przerobiliście już ze wszystkich przedmiotów? - dopytywała się gorączkowo Marysia. - Strasznie dużo. Jak ty to wszystko nadgonisz. - Ja codziennie się teraz uczę. - Sama nie dasz przecież rady. - My tutaj mamy szkołę. - W szpitalu? To niemożliwe! Marysia wyjaśniła przyjaciółce, że każdego dnia przychodzą do nich nauczycielki i mają z nimi lekcje. Te dzieci, które mogą się poruszać przechodzą do osobnej sali, a te które muszą leżeć mają lekcje przy łóżku. Ewa nie mogła się temu nadziwić. - Ja czytam właśnie zadaną wczoraj lekturę - właczyła się do rozmowy Mariola. - Dobrze, że miałaś akurat tę książkę przy sobie. - Pani bibliotekarka mi przywiozła na wózku. My tu mamy prawdziwą bibliotekę. Gdy rozmowa rozkręciła się na dobre, mamusia dała znak do wychodzenia. Marysia miała do niej żal, bo chciała dowiedzieć się od przyjaciółki o wszystkich szkolnych sprawach. - Byłyśmy całą godzinę. Tobie nie wolno się jeszcze męczyć - wyjaśniła spokojnie mama. Ewa obiecała przyjść wkrótce i przynieść zeszyty ze wszystkich przedmiotów, aby jej koleżanka mogła porównać sobie, co już ma przerobione, a czego jeszcze nie umie. Następnego dnia czekała na Marysię jeszcze inna niespodzianka. Właśnie zajęta była odrabianiem matematyki, która wyraźnie jej nie wychodziła, gdy zobaczyła w drzwiach swoją siostrę katechetkę. - Ojej, siostra do mnie przyszła! Zakonnica przyniosła swojej uczennicy książkę o młodości świętego Jana Bosko i śliczny obrazek Matki Bożej, który postawiła jej na szafce. Rozmawiały o lekcjach religii, o codziennym nabożeństwie różańcowym, o mszy świętej transmitowanej przez radio specjalnie dla chorych. Nagle Marysia rozpłakała się. - Kiedy ja wrócę do domu? Kiedy pójdę do mojej szkoły? - szlochała. - Pewnie już niedługo. Czujesz się przecież coraz lepiej. - Noga mnie bardzo boli po zdjęciu gipsu. Nie mogę chodzić bez kul. - Jeszcze trochę cierpliwości. Wszystko powoli minie. Katechetka gładziła płaczącą Marysię po głowie. Po chwili milczenia powiedziała poważnie, aby starała się nie myśleć o sobie, ale wszystkie cierpienia ofiarowała Panu Jezusowi. Może w ten sposób pomóc niejednemu człowiekowi. - Jak to? - dziwiła się dziewczynka. - Chrystus zbawił nas przez swoją mękę i krzyż. Nasze małe krzyże złączone z przeogromnym cierpieniem Pana Jezusa mają wielką moc w ratowaniu ludzi i świata. - Jak to mam robić? - Gdy boli cię noga, oddaj to Panu Jezusowi. Gdy ci smutno w szpitalu i chciałabyś być w domu, uśmiechnij się do Niego. - To bardzo trudne. - Możesz jednak spróbować. - Nikt mi o tym nie mówił. - W wielkich kłopotach i zmartwieniach często zapominamy o sprawach najważniejszych. Siostra opowiedziała Marysi o włoskim chłopcu, który był chory na raka i bardzo cierpiał. Wszystko ofiarowywał Panu Bogu za zbawienie innych ludzi. Umarł w opinii świętości mając niecałe piętnaście lat. - Przyniosę ci o nim książkę. Niech będzie dla ciebie wzorem i przyjacielem. ZOFIA JASNOTA
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |