Siostrzyczki o Edmundzie BojanowskimBył piękny, słoneczny dzień. Wiktusię i Magdzię nie cieszyło to jednak. Nic je na razie nie mogło ucieszyć, przywołać na ich buzie choćby cień uśmiechu. Minęło przecież dopiero pół roku jak straciły rodziców w czasie zarazy grasującej w Poznańskiem w roku 1848.Same zresztą cudem ocalały, bo zabrał je z rodzinnej opustoszałej prawie wioski pan, który uratował wiele dzieci. Dziewczynki początkowo trochę się czuły onieśmielone w obecności pana Edmunda Bo janowskiego, fundatora domu dla sierot w Gostyniu. Na razie dziećmi opiekowały się siostry pasjonistki, ale mówiono, że pan Bojanowski pragnie stworzyć zgromadzenie zakonne wyłącznie dla dziewcząt z ludu, by one potem niosły wsi pomoc i oświatę. Zapracowani, ubodzy rodzice nie mogli zajmować się nimi. Maleństwa bywały zdane na opiekę niewiele starszego rodzeństwa. Nic więc dziwnego, że dzieci padały ofiarą wielu wypadków. A to zostały pogryzione przez zwierzęta, a to podpalały niechcący chatę pragnąc sobie ugotować posiłek czy się choćby ogrzać. Pan Bojanowski umyślił sobie stworzyć po wsiach rodzaj przedszkoli zwanych wtedy ochronkami. Tam przez cały rok pod opieką sióstr zakonnych dzieci bawiłyby się i uczyły, a co najważniejsze byłyby bezpieczne i zdrowe. Opiekun często przyjeżdżał do swojego Instytutu w Gostyniu i rozmawiał z sierotami. Interesował się nie tylko ich zdrowiem, ale także pragnął każdej z osobna poświęcić trochę czasu. W tym dniu, kazał zebrać się po obiedzie starszym dziewczętom w salce rekreacyjnej Instytutu. Wiktusia przyszła z Magdzią, bo dziewczynka nie odstępowała ani na krok starszej siostry. Pan Edmund poprosił dziewczęta, żeby usiadły i zaczął z nimi rozmawiać jak z dorosłymi. Wypytywał, co chciałyby robić dalej, jak widzą swoje dalsze życie. Dziewczęta początkowo milczały wstydząc się trochę. Później zaczęły mówić. Mówiły o swojej tęsknocie za wsią, za rozległymi polami, lasem, zwierzętami. Wszystkie przecież pochodziły z wiosek i pragnęły tam wrócić. Niejednej łzy stanęły w oczach. Wspominały dawne życie, zmarłych rodziców, krewnych którzy zostali daleko... Pan Bojanowski popatrzył na sieroty i powiedział, że właśnie w niedalekiej wiosce Podrzecze wydzierżawił od wdowy Franciszki Przewoźnej dużą chatę z ogrodem. Teraz, kiedy nadchodzi wiosna, mogłyby tam pojechać dziewczęta pragnące się przygotować do pracy z dziećmi i chcące służyć w przyszłości Bogu i bliźnim. Wiktusia zamyśliła się. Smutno jej było w Gostyniu. Serce wyrywało się na wieś. Pomyślała sobie, że pojechałaby chętnie, ale co z siostrzyczką? - Co chcesz powiedzieć Wiktusiu? - ośmielił ją opiekun widząc rozterkę dziewczyny.
- Zrobimy ten wyjątek... a nie będzie ci smutno Magdziu z takimi pannami...? - uśmiechnął się pan Edmund podając karmelka dziewczynce. - Nie, ja chcę z Wiktą... ona teraz dla mnie za matusię i tatula,.. My już tylko dwie. Wiktusia otarła oczy. Opiekun odezwał się: - Moje dzieci, waszych rodziców wprawdzie nie ma teraz z wami, ale są tam, gdzie się kiedyś wszyscy spotkamy. .. To tylko rozstanie. Wiecie - powiedział wyjmując z kieszonki surduta różaniec - odmówmy teraz dziesiątkę różańca za ich dusze, a później zastanowicie się co do wyjazdu. Dziewczęta poklękały w skupieniu. Modliły się ze swoim opiekunem. Serdecznie prosiły Matkę Bożą, by ukoiła ich tęsknotę i ofiarowały Jej, to co miały najcenniejszego: swoje smutne serca. * * * Upłynęło kilka dni. Okazało się, że jest więcej chętnych do wyjazdu niż można się było spodziewać. Pan Edmund podzielał radość dziewcząt pakujących swoje skromne rzeczy. Wszystkie pożegnały się z siostrami z Instytutu i wsiadły do dużego, wyplatanego wasąga. Po niecałej godzinie wasąg zatrzymał się przed świeżo wybieloną dużą chatą Franciszki Przewoźnej. Wdowa karmiła właśnie puszyste, żółciutkie pisklęta na podwórzu. Ujrzawszy pana Bojanowskiego, przywitała go z szacunkiem. Wprowadziła wszystkich do dwu dużych izb. Były tam już przygotowane posłania dla dziewcząt. W jednej z izb, na długim drewnianym stole leżały dwa świeże pieczone w domu bochenki chleba, stało mleko. Dziewczęta poczuły się od razu jak w domu. Franciszka Przewoźna nie zdjęła jeszcze żałoby. Zaraza zabrała jej męża. Ona zaś pozostała z małymi dziećmi. Pracowała w polu i gospodarstwie za dwoje. Pan Bojanowski zauważył małe główki wyglądające zza matczynej spódnicy. Uśmiechnął się do małych sierot. - Utrapienie z nimi... - westchnęła matka. - Człowiek pójdzie w pole i drży, czy to nie głodne, albo czy czego nie spsociły... Ciężko kobiecie samej... - Przywiozłem wam pomoc, moja Franciszko - powiedział pan Edmund, - Niedługo w waszej chacie będzie ochronka. Pozbieramy takie dzieciny z całej wioski i moje dfciewczątka będą się z nimi męczyć. - Bóg wam zapłać, panie - pochyliła się do jego ręki wdowa, jednak jeszcze nie bardzo rozumiejąc, o czym mówi jej gość. Po rozpakowaniu rzeczy dziewczęta czekała niespodzianka. Wszystkie dostały jednakowe ciemnobłękitne suknie i białe chusty. Suknie te krojem nie różniły się do strojów kobiet wiejskich z tych okolic. Kiedy przebrały się w drugiej izbie i zasiadły ze swoim opiekunem do skromnego obiadu, ten popatrzył na nie z zadowoleniem. Wyglądały ujmująco w jednakowych sukienkach i upiętych na głowach wykrochmalonych, białych chustach. Wszystkie dostały także krzyżyki na szyję i różańce. - O, jakie ładne niebieskie siostry...! - zawołała na ich widok Przewoźna. Nie wiedziała, że nazwa ta przylgnie do nich i tak właśnie będą nazywane dziewczęta pracujące w ochronkach zakładanych przez pana Bojanowskiego. Po obiedzie pan Edmund przemówił do dziewcząt: - Pragnę, byście były siostrami dla siebie i dla tych dziatek, które niedługo zaczną przebywać pod waszą opieką. Ale na początek was proszę... trzeba się przyzwyczaić do stałych godzin, pracy, posiłku, nauki, a co naj-^ ważniejsze - modlitwy. Wyjął duży arkusz papieru: - Tutaj ułożyłem wam plan dnia. Przypniemy go na widocznym miejscu i będziemy się do niego przyzwyczajać. A naukę zaczynamy od jutra. Przez kilka tygodni pan Bojanowski spędzał całe dni w Podrzeczu. Uczył dziewczęta, jak powinny opiekować się dziećmi, by była to i zabawa i nauka. Niektóre umiały trochę czytać i pisać. Przywiózł im książki, z których najważniejsze było Pismo Święte. Co wieczór rozważano wspólnie wybrane fragmenty Pisma. Dzień zaczynał się od wspólnej modlitwy siostrzyczek, jak nazywała je wdowa ciesząc się, że takie dobre dziewczęta znalazły schronienie pod jej dachem. Dyżurne gotowały wspólnie z gospodynią obiad, a reszta zabierała się do nauki. Popołudniami pracowały w ogródku albo szyły do zapadnięcia zmroku. Dzień kończyło wspólne odmawianie dziesiątki różańca w wyznaczonej intencji. Nadszedł wreszcie trzeci Maja. Pan Edmund wybrał ten dzień na otwarcie ochronki, by uczcić rocznicę uchwalenia Konstytucji, rocznicę tak bliską sercu każdego Polaka. Dziewczęta wysprzątały i przyozdobiły zielenią izbę przeznaczoną dla dzieci. Wdowa zawiesiła w oknach białe firanki, a miejscowy stolarz zrobił na zamówienie pana Bojanowskiego kilkanaście małych zydelków. Ściany ozdobiono barwnymi obrazkami przedstawiającymi Aniołów Stróżów, i patronów Polski. Poczesne miejsce zajmował duży obraz Najświętszej Marii Panny wyciągającej dłonie do wszystkich ludzi, którzy wzywają Jej Imienia. Obraz pochodził z dworu opiekuna i modliła się do niego jeszcze prababcia pana Edmunda. Teraz znalazł się w wiejskiej chacie, by Matka Boża czuwała nad tymi najbardziej potrzebującymi pomocy. Kilka dni przed otwarciem, dziewczęta obeszły wioskę; zachęcały rodziców, by przyprowadzili dzieci do ochronki. Ci początkowo byli bardzo nieufni. - Jak to? Tak całkiem za darmo? I co takie młode dziewczyny będą robić z dziećmi? - zadawano sobie pytania. Dopiero kiedy pan Bojanowski sam poszedł do wójta Zarzecza i porozmawiał z nim, mieszkańcy wioski zdecydowali się przyprowadzić swoje pociechy. A pracy w-polu mieli teraz dużo, bo zaraza nie oszczędziła Zarzecza i było wiele wdów i wdowców. Kobiety chodziły jeszcze do dworskich ogrodów, by zarobić dodatkowe parę groszy. Ciężko było ludziom na przednówku. Nie mogli doczekać się na pierwsze zbiory, do niejednej chaty zaglądał głód. Toteż zarobione we dworze pieniądze przeznaczano na sól, ziemniaki, trochę tłuszczu, byle przetrwać. Początkowo przyprowadzono tylko najmniejsze dzieci. Razem z Magdzią i synkami wdowy Przewoźnej była to już spora grupka. Młodziutkie ochroniarki musiały ośmielać malców boczących się początkowo i krzywiących buzie ^do płaczu. Niejedna łza popłynęła, kiedy drzwi zamknęły się za rodzicami. Wiktusia jako najrezolutniejsza, wpadła na pomysł. Podeszła do synka wdowy, Maciusia i wy pro wadziła go na środek izby. Chłopczyk rozglądał się wokoło. Też był onieśmielony. - A ty Maciuś coś taki nierad? - odezwała się Wiktu sia - przecież tyle dzieci do ciebie przyszło. Powinieneś się cieszyć. I co dzień będą przychodzić! Maciuś podniósł dumnie głowę. Lubił Wiktusię i cieszył się, że jego wyróżniła rozmową. Uśmiechnął się do Magdzi, która wzięła go za rękę. - Wiecie co? - podchwyciła inna z dziewcząt, Kasia. - Może wy zaśpiewacie coś, co wszystkie dźieci znają... a może nie wszystkie znają? Teraz jest miesiąc maj. No, co śpiewamy wszyscy przy kapliczkach Matki Bożej? - Chwalcie łąki umajone... - szepnęła Magdzia. - I ja to umiem! - zakrzyknął triumfalnie chłopczyk. - Śpiewamy to z matusią przy tej figurze Najświętszej Panienki, co to stoi prży rozstajnych drogach! I dużo ludzi przychodzi... wszyscy śpiewają! Początkowo nieśmiało, a potem coraz głośniej dwoje sierot zaczęło śpiewać:
Chwalcie łąki umajone, Dzieci klękały przed obrazem Matki Boskiej i wpatrując się w Jej uśmiech zapominały o biedzie w chacie rodziców, obawie przed tymi obcymi dziewczętami, które nagle stały się ich starszymi siostrami. Niedługo będą wyrywać się codziennie do nich, zapominając nawet o śniadaniu i psotach z rówieśnikami. Pan Edmund wzruszony nie odrywał wzroku od tej gromadki chwalącej śpiewem swoją Najlepszą Matkę. - Dzięki Ci, o Najświętsza Panienko! - szepnął. - Dzięki Ci, że pozwoliłaś mi przeżyć taki piękny dzień. To najpiękniejsza chwila w moim życiu! * * * Upłynęło sześć pracowitych lat wypełnionych modlitwą i służbą bliźniemu. Spełniło się kolejne marzenie polskiego Wincentego a Paulo, jak już za życia nazywano Edmunda Bojanowskiego. Mógł nabyć domek w Jaszkowie nad Wartą, z przeznaczeniem na nowicjat Sióstr Służebniczek Najświętszej Marii Panny. Domek był położony w pobliżu starego gotyckiego kościółka. Otaczały go rozłożyste lipy, a z drugiej strony roztaczał się widok na rzekę Wartę. Pomiędzy nowicjuszkami znalazły się wszystkie niebieskie siostrzyczki, które zaczynały swą pracę w skromnej chacie wdowy Przewoźnej. Dołączyła się też i Magdzia, która pragnęła pozostać z ukochaną siostrą Wiktusią na zawsze. W dniu 26 sierpnia 1856 roku w obecności opiekuna i przyjaciół ksiądz proboszcz z Jaszkowa poświęcił domek i skromne suknie nowicjuszek. Od razu też wprowadzono do tej ochronki dzieci, by nowicjuszki przygotowując się do życia zakonnego mogły wykonywać swoją pracę i być blisko ludu, który ukochały i z którego same wyszły. MARYLA BANAŚ
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |