Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Ziarna przyjaźni

     Z rektorem Wyższego Seminarium Duchownego w Pelplinie ks. drem Wiesławem Meringiem rozmawia Marzenna Bławat.

     - Często wychodzę z redakcji "Pielgrzyma" zbyt późno, by iść przez cały Pelplin i jeszcze zdążyć do pociągu. Z konieczności więc skracam drogę. Przemykam najpierw przez biskupi park, a potem most. Kiedy otwieram seminaryjną furtę czuję się jak intruz, który już naruszył czyjąś prywatność i teraz wkrada się w obcą sferę, gdzie na styku człowiek-Bóg dzieją się rzeczy okryte tajemnicą... Może tak właśnie działa niezwykłość miejsca, to wyciszenie, a może niezwykłość samego słowa: seminarium. Wyjaśnijmy zatem, Księże Rektorze, jego znaczenie.

     - Pani redaktor, hm... ja byłbym szczęśliwy, gdyby nasze seminarium było takie wyciszone i uładzone. Chyba zdarza się pani przechodzić tędy, kiedy trwa tzw. studium osobiste czyli wtedy, gdy klerycy się uczą.

     Natomiast jeśli chodzi o objaśnienie słowa seminarium, to wywodzi się ono od łacińskiego terminu semino, seminare, co oznacza sianie ziarna. Od razu bowiem trzeba zdać sobie sprawę kim człowiek przychodzący do seminarium duchownego ma się stać w przyszłości. On ma być kapłanem; ma być tym, który sieje ziarno przyjaźni między Jezusem a człowiekiem. I ma pokazać przykładem swego życia, że warto zabiegać o przyjaźń z Chrystusem, że warto być po stronie Chrystusa, że warto być chrześcijaninem. Do tego oczywiście potrzebna jest wiedza i walory charakteru, formacja duchowa i pewna praktyka pastoralna, ale wszystko rozgrywa się jakby na płaszczyźnie czysto fundamentalnej czyli uwierzenia w to, że warto siać ziarno przyjaźni między człowiekiem a Bogiem i to przekonanie potwierdzać przykładem swojego życia. Tego nie da się, niestety, załatwić w ten sposób, że wejdę na ambonę i powiem: "słuchajcie warto być po stronie Pana Jezusa", a moje życie nie będzie dowodem takiej tezy. Tu nie może być rozziewu.

     - Czyja wiem, proszę Księdza Rektora? Niekiedy "gołym okiem" widać przepaść dzielącą piękne słowo od czynu. Dla mnie są to tajemnice nie do rozszyfrowania, dziejące się na styku człowiek-Bóg. I takimi je zostawiam.

     - Z tym wiąże się jeszcze inny problem: mnie się wydaje, że każde prawdziwe powołanie zostaje zrealizowane. Ale może się zdarzyć i jest to nawet sytuacja biblijna, nowotestamentalna - myślę o tragicznej historii Judasza - iż ktoś, kto nie ma powołania czy bierze swoje złudzenia za powołanie, dochodzi aż do kapłaństwa, po jakimś czasie z niego rezygnuje, bo odkrywa, że nie było ono jego przeznaczeniem. Nie spieszyłbym się z potępieniem takiego człowieka. Raczej starałbym się zachęcić ludzi do wdzięczności za jego dotychczasowy wkład pracy dla dobra Kościoła, za to, co wniósł w Kościół i w nim zostawił.

     Ja wiem, że kapłaństwo ma charakter niezmazywalny i każde odejście jest w Kościele tragedią, bólem, cierpieniem, skazą na jego ciele, ale nie spieszyłbym się z potępieniem. Sam fakt, że ktoś musiał odejść stanowi zwykle już pewną karę.

     - No cóż, każdy ma swoje pensum błędów. Wróćmy jednak Księże Rektorze do początku naszej rozmowy i początku drogi kapłańskiej, która rozpoczyna się w seminarium duchownym, szkole dość niezwykłej. Proszę o niej opowiedzieć czytelnikom "Pielgrzyma".

     - Gdyby tak zebrać opinie ludzi na temat seminarium duchownego, to pewnie pokazałyby się dwie, a może więcej, przeciwstawne oceny. Jedni bowiem uważają, że do seminarium powinien pójść chłopak, dla którego nie ma większej przyjemności nad nieustające trwanie na klęczkach ze złożonymi dłońmi, z podniesionymi oczyma itd. Inni z kolei sądzą, że wejście do seminarium, to w ogóle strata czasu. Przecież należy być aktywnym, obecnym w świecie, trzeba go zmieniać, tak trochę po marksistowsku. W seminarium natomiast - ich zdaniem - panuje bezruch, zastój, a więc, że jest to szkoła, która bardziej należy już do przeszłości i nie rokuje nic ciekawego na przyszłość.

     Myślę, że warto spokojnie przypatrzyć się seminarium duchownemu, będącemu zarówno uczelnią wyższą, bo za takie uznaje je dziś nawet państwo, jak i miejscem formacji, czyli pracy niepozornej, żmudnej, wieloletniej, która właściwie w tym zakresie nigdy się nie kończy.

     - Załóżmy Księże Rektorze taki scenariusz: młody człowiek puka do seminaryjnej furty, słyszy dzwonek, uchyla drzwi i nagle otwiera się przed nim zupełnie inny, nowy świat...

     - Już wiem o co pani chodzi, to są rzeczywiście bardzo silne przeżycia. Jako przykład podam dwie sceny: pierwsza - kiedy św. Jan Ewangelista opowiada o swoim spotkaniu z Jezusem i o momencie powołania go do grona Apostołów. Musiał to bardzo przeżyć skoro zapamiętał nawet szczegół dotyczący godziny ("było około godziny dziesiątej"). Widać więc jakie wrażenie wywołało na św. Janie Ewangeliście uświadomienie sobie powołania, czy zdecydowanie się na wstąpienie do tego seminarium, którym było towarzyszenie Jezusowi.

     I druga scena - moja własna historia. Przyjechałem po raz pierwszy do Seminarium Duchownego w Pelplinie dość późno, bo dopiero 10 września 1962 roku, gdy już zdałem egzaminy i zostałem przyjęty na studia świeckie. Pamiętam, jak dziś, moje wejście do kanonii ówczesnego rektora, ks. infułata Antoniego Liedtkego, miejsce które zająłem w fotelu, jego sylwetkę (siedział) oraz przedmiot rozmowy. Pytał mnie m. in. "czy decydując się na wstąpienie do seminarium nie żywię obaw co do przyszłości Kościoła. Pamiętam, że odpowiedziałem: "przecież historia Kościoła" uczy, że często bywało znacznie gorzej". Nie miałem wówczas pojęcia, jak bardzo trafiłem rektorowi do przekonania. On był z wykształcenia historykiem i ten typ argumentacji wydał mu się słuszny.

     - Czy każdy chłopak może ubiegać się o przyjęcie do seminarium?

     - Kandydat do stanu duchownego musi spełniać kilka warunków. Biorąc od strony czysto zewnętrznej - powinien być człowiekiem właściwego zdrowia, tzn. są choroby wykluczające z grona osób zmierzających do kapłaństwa. Musi mieć maturę (typ szkoły obojętny), być ochrzczony, wierzący i przekonany do tego, że warto służyć Panu Bogu w kapłaństwie Jezusa Chrystusa. Chodzi o intuicję - czy ja w tej służbie i na tej drodze spełnię samego siebie, znajdę satysfakcję, szczęście i sensowne rozwiązanie własnego życia.

     - Tylko tyle? A gdzie egzaminacyjne sito?

     - W seminarium duchownym nie ma egzaminów wstępnych, co wydaje mi się bardzo słuszne. Zwróćmy uwagę, że dzisiaj w wielu uczelniach świeckich również odstępuje się od takiej pierwszej selekcji. Dlaczego uważam, iż to jest słuszne? Bo każdemu, kto się do nas zgłosi powinno się dać szansę i z góry zaufać, że przychodzi w dobrych intencjach, ma prawe zamiary i jest naprawdę powołany przez Pana Boga do służby kapłańskiej.

     To wszystko usiłuje sprawdzić rektor już w czasie pierwszej rozmowy z kandydatem. W rozeznaniu pomagają mu opinie z parafii od księdza proboszcza i katechety, dostarczone przez zainteresowanego.

     Rozmowa kwalifikacyjna zwykle trwa 40-45 minut i decyduje o tym czy rektor będzie prosił księdza biskupa ordynariusza o przyjęcie młodego człowieka do seminarium, czy też z góry dojdzie do przekonania, że nie powinien. W 99 procentach zgłaszający się są przyjmowani, w imię założenia: każdemu dać szansę.

     - Ciekawi mnie jacy są i skąd przychodzą chłopcy, którzy odrzucają młodzieńczą miłość i za seminaryjną furtą zostawiają kolorowy świat?

     - W ciągu ostatnich kilkunastu, może dwudziestu, lat kandydaci wyraźnie się zmienili, nawet w sensie społecznym są już inni, niż na przykład moje pokolenie z lat 60.

     Znaczny procent osób zainteresowanych nauką w seminarium duchownym wywodzi się z rodzin niepełnych, rozbitych, czego jeszcze nie było 20 - 30 lat temu. To jakieś nowe zjawisko.

     Poza tym przychodzą do nas młodzi ludzie ze środowisk nie tak żywych religijnie, jak to bywało dawniej. Kiedyś do seminarium zgłaszali się klerycy głównie z mniejszych miejscowości. Od kilkunastu lat najwięcej powołań mamy z dużych miast. Gdy po roku 1992 nasza diecezja zmieniła swój kształt i zostaliśmy bez ośrodków typu Gdynia, Toruń, Grudziądz, troszeczkę obawialiśmy się o ilość powołań, bo jak mówiłem, większość kleryków pochodziła właśnie z nich.

     - Czy młodzi ludzie są dobrze przygotowani do studiów teologicznych i bez problemów adaptują się w nowej rzeczywistości?

     - Kandydaci do kapłaństwa, wywodzący się ze środowisk mniej żywych w sensie religijnym i z rodzin często niepełnych, nie mają takiej wiedzy religijnej i takiego przygotowania, które pozwoliłoby im bezkonfliktowo wejść w studium filozofii i teologii. Na dodatek słabsze są też szkoły średnie, być może wysiłek ostatnich pięciu lat zacznie po jakimś czasie przynosić owoce. To wszystko sprawiło, że zaczęto myśleć nie tylko w Kościele polskim, bo jest to zjawisko dotyczące całego Kościoła powszechnego, o tzw. roku propedeutycznym, przygotowującym kandydatów do seminarium. Niekoniecznie rok propedeutyczny musi być siódmym rokiem studiów (wstępnym, zerowym). Może przyjmować inną formę, np. kandydaci do seminarium są wychwytywani wcześniej, już w klasie maturalnej, gdzie mają żywsze kontakty z katechetą, księdzem, biorą udział w różnego typu działaniach formacyjnych, rekolekcjach itd.

     W Polsce rok propedeutyczny organizowany jest inaczej w każdej diecezji. W naszej przygotowuje się tygodniowy, wspólny pobyt przyszłych kleryków w jakiejś parafii albo klasztorze, gdzie zapoznają się oni z seminarium zanim do niego wstąpią, z życiem w nim, porządkiem dnia i wymaganiami ze strony profesorów. Ksiądz wicerektor, na przykład, mówi o problemach wychowawczych, dyscyplinie, regulaminie. Ojciec duchowny - o zasadach formacji, jej przebiegu, głównych punktach. Prefekt studiów - o przedmiotach, o konieczności napisania pracy dyplomowej i o wszystkich sprawach związanych ze studiami.

     Zawsze w czasie obozu propedeutycznego naszych kandydatów odwiedza biskup ordynariusz i rektor seminarium.

     - No a potem rozpoczyna się rok akademicki.

     - Tak. Jego początkiem są zawsze rekolekcje, w Pelplinie - czterodniowe. Mają one od razu przypomnieć klerykowi po co przyszedł do seminarium, co w dążeniu do kapłaństwa jest najważniejsze, ukazywać mu perspektywę przyjaźni z Chrystusem.

     Często rekolekcje są trudne dla kandydatów. Zdarza się, że w czasie ich trwania ktoś rezygnuje z seminarium. Takie decyzje wydają mi się przedwczesne i zbyt pochopne. Rekolekcje - to okres wyjątkowy, jakby świąteczny. Życie za seminaryjną furtą wygląda na co dzień zupełnie inaczej...

     - Ale do tych spraw Księże Rektorze powrócimy jeszcze w następnej rozmowie.

Pielgrzym, nr 137


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej