Dzieci w szpitalach na przyjście kapłana czekają jak na powrót tatyPytają mnie często, czy w życiu kapłańskim nie brakuje mi dzieci. Odpowiadam wtedy, że mam ich tysiące. A na dodatek od kilku miesięcy jestem kapelanem jednego z poznańskich szpitali i tam, na oddziale mam dzieci, które czekają na mnie jak na powrót taty z pracy do domu. One czekają na mnie, ja na nie, choć wolałbym oczywiście, by ich tam - w szpitalu - nie było.Strzykawka do płukania uchaJest cicho. Żanetki nie ma na oddziale. Przy byle otwarciu drzwi nie pojawia się już na korytarzu trzyletnia blondyneczka z chusteczką mokrą od łez. Wyszła kilka dni temu. A raczej zabrali ją jej nowi rodzice. Prawdziwi zostawili słabą i chorą po urodzeniu w szpitalu.- Całą sobą pokazywała, że potrzebuje miłości - mówi pielęgniarka na dziecięcym oddziale. W domu dziecka, skąd trafiła do szpitala, nikt nie potrafił jej tego zaoferować. Spośród dzieci wybrała tylko czternastoletniego Przemka, bladego jak ściana i chudego jak patyk chłopca, który znał wszelkie sposoby na ujarzmienie i zabawienie dziewczynki. Nikt inny nie miał dostępu do Żanetki. Na każdy kontakt reagowała płaczem i krzykiem. Ksiądz wzbudzał w niej szczególne emocje. Zachowywała się wobec niego nad wyraz hałaśliwie. Nie pomagały żarty, uśmiechy, piosenki, głupie miny, opowieści. Raz tylko zainteresował ją pęk kluczy. Ale gdy musiałem je zabrać - zaczęła płakać. Nie wiadomo czy była ochrzczona. - Wydaje mi się, że nie - domyśla się pielęgniarka. - Bo która z nas dałaby dziecku na imię Żaneta. Tak mówimy na wielką strzykawkę służącą do przepłukiwania ucha. Po polsku to byłoby przecież Joanna, prawda? Będziemy robić JezusCzteroletni Piotruś był wiecznie uśmiechnięty. Kiedy się modliliśmy, wchodził na stołek, próbował robić fikołki, zaczynał rozmowę z innym dzieckiem albo kręcił głową.Przyjechał do szpitala z daleka i gdy inne dzieci miały szansę wychodzić w sobotę i niedzielę na przepustki, jemu musiało wystarczyć zapewnienie ze strony pielęgniarek, że po niedzieli pójdzie do domu. W każdą sobotę, gdy tylko pojawiałem się przy drzwiach, podbiegał i powtarzał, że po niedzieli pójdzie do domu. Kiedy przytaknąłem, pytał czy pójdziemy do kościoła. Kościół to szpitalna kaplica, mieszcząca się w piwnicy, tam gdzie schodzą się i krzyżują wszelkie możliwe rury. Jest dzięki temu ciepło. Dla dzieci pójście na Mszę to prawdziwa wyprawa. Można pojechać windą albo zbiec ze schodów, a potem wspinać się możliwie najdłużej. Piotruś "nie czuł" Mszy. Liturgiczna poprawność szczególnie dawała się mu we znaki. Prawdopodobnie w szpitalu pierwszy raz w życiu próbował zrobić znak krzyża. Po pierwszym udanym przeżegnaniu się na twarzy chłopca malowało się zdziwienie i radość. Dla Piotrusia i innych dzieci, którym w kościele się nudzi, wymyśliliśmy podskoki do Pana Jezusa oraz klaskanie, z którego rodził się okrzyk "Amen". Trzeba było widzieć radość chłopca. Dla niego to nie było skakanie czy klaskanie. Piotruś pytał: - Czy będziemy robić Jesus? albo: - Czy będziemy mówić Amen? Gdy starszym dzieciom nie chciało iię już skakać, jemu jeszcze chciało się Jezus. Drewniane paciorki samotnościWszyscy poszli na przepustkę. W świetlicy w porze brazylijskiej telenoweli włączony jest telewizor. Sentymentalną historią nikt nie jest zainteresowany. W rogu sali dziewczynka z długimi włosami zawiązanymi w kucyka układa klocki. Buduje dom, do którego tęskni. - Jutro może pójdzie do domu - pielęgniarka bierze ją za rękę i puszcza do mnie oko.Z Magdą idziemy do kaplicy, razem z nami dwóch mężczyzn i jedna kobieta. Modlimy się, czując że tak mała grupa ludzi onieśmiela nas. Gdy uczestniczymy we Mszy wv kościele, wszystko jest silniejsze, i śpiew, i modlitwa, odpowiedzi bardziej śmiałe, niemal automatyczne. Tutaj, gdy jest nas pięcioro, trzeba - wypowiadając każde słowo - myśleć. Magda nie wytrzymała, napięcia i po kilku minutach zaczęła czegoś szukać w kieszeniach dresu. Wyjęła różaniec. Zaczęła owijać drewniane, proste paciorki wokół rąk. On nie ma grzechówW niedzielę, w czasie wieczornej Mszy w zakrystii odebrano telefon. Nagłe wezwanie do dziecka. Chłopiec, osiem lat, Oddział Intensywnej Opieki Medycznej. Długimi korytarzami, przechodzę z piętra na piętro i wchodzę do maleńkiego pomieszczenia, w którym raz siedzą, raz stoją rodzice dwóch chłopców. Na ramionach zarzucone mają seledynowe szpitalne fartuchy. Mówią, że w ich oczekiwaniu i nadziei maczał palce błogosławiony ojciec Pio. Są przy synach cały czas. Teraz jest zmiana personelu medycznego i muszą posiedzieć w poczekalni. Także księdzu nie wolno wejść. - Adrian uczy nas wiary. Za kilka miesięcy ma przystąpić do pierwszej komunii - tłumaczy mama. - Klerycy seminarium koszalińskiego odbywają właśnie dzień skupienia i modlą się o zdrowie dla niego.Ostatniej nocy Adrian dał rodzicom kolejny raz nadzieję. Wezwali księdza, bo wierzą, że sakrament namaszczenia chorych może okazać się najlepszym lekarstwem. Rodzice Pawła, który na IOM-ie leży obok Adriana mówią, że ich syn już przyjął namaszczenie. Stajemy nad łóżkiem. - Adrianie, będziemy się teraz za ciebie modlić, tak jak tego chcesz - mówię. Korzystając z liturgicznych tekstów obrzędu namaszczenia wypowiadam formułę o odpuszczeniu grzechów. - On nie ma grzechów - słyszę cichy, ale stanowczy głos matki. Odmawiając zdrowaśkę wolę patrzeć w półprzymknięte oczy Adriana niż w oczy jego matki. Zastanawiam się, czy mam prawo kiedyś przyzwyczaić się do takiego widoku. Czasami chciałbym, czasami nie. Pobożność z postanowieniaŁukasza spotykałejn tylko w ciągu tygodnia. Na weekendy wychodził do domu. Był pobożny, przy modlitwie skupiony, ale wyglądało na to, że wszystko, co robił było dla niego święte i godne wyciszenia. Tym różnił się od pozostałych dzieci. Wśród rozbieganej dzieciarni ten czternastolatek swoim świętym spokojem wzbudzał zaciekawienie. Kiedy spotkałem go pierwszy raz, zapytałem czy przyjmie komunię. Podziękował. Zapytałem więc: - Czy chciałbyś się wyspowiadać? - Nie - odpowiedział z największą pewnością.Przy następnym spotkaniu sam zaczął: - Ja, proszę księdza, zawsze w niedzielę idę do spowiedzi i potem do komunii. - W poniedziałem przecież też możesz - próbuję gu przekonać o zbawiennej łasce częstego przystępowania do komunii świętej. - Wiem, ale tak sobie powiedziałem i postanowiłem, że nie będę. Raz do spowiedzi i raz do komunii - bez zażenowania wyłożył swoją teologię pobożności. Ukląkł i modlił się ze wszystkimi. Po przyjęciu przez inne dzieci komunii, najdłużej trwał w dziękczynieniu. Ks. TOMASZ SŁOMIŃSKI
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |